Pobożne życzenia kanclerza Niemiec
Po spotkaniu w Berlinie roztrąbiono wielki sukces w negocjacjach. Postęp na drodze do pokoju czy chociaż zawieszenia broni? Bez spotkania Trumpa z Putinem? Najlepsze, co się tam wydarzyło, to brak nowej awantury pomiędzy USA a Europą.

Niewiarygodne, jak dyplomacją można sobie mydlić oczy. Piana ze słów w Berlinie najwyraźniej osłabiła wzrok polityków.
Słowa, słowa, słowa
Po pierwsze, Rosja nie siedziała przy berlińskim stole rozmów i na nic się nie zgodziła. Pragnienie ekspansji terytorialnej popchnęło prezydenta Putina do wojny. Odbudowa imperium okazała się ważniejsza od ekonomicznych kalkulacji.
Obecnie proponowane warunki pokojowe wraz z gwarancjami bezpieczeństwa są nie do zaakceptowania z imperialnego punktu widzenia. To byłoby niemal przyznanie się do porażki.
Oczywiście, prezydent Putin to hazardzista i w polityce element ryzyka zajmuje pokaźne miejsce. Ile zniesie gospodarka i ile zniosą wyrzeczeń Rosjanie, tego przecież do końca nikt nie wie. Niemniej przestawił kraj na tory wojenne od A do Z - co oznacza, że nie będzie się łatwo cofnąć.
Tym bardziej, że pewien zysk geopolityczny i ideologiczny osiągnął: od 2025 międzynarodowa pozycja Rosji podniosła się, prezydent Putin nie jest izolowany jak w czasach Bidena. Dalej, przynajmniej część Rosjan czerpie narodową satysfakcję i finansowe benefity z obecnego stanu rzeczy.
Na temat radosnej akcesji rosyjskich elit do putinizmu ukazała się niedawno ciekawa książka napisana przez autorów Andrei Soldatov oraz Irina Borogan. Wreszcie, czy naprawdę ktoś myśli, że Rosja zareaguje przyjaźnie na pomysł skonsumowania jej zagranicznych aktywów, aby pomóc Ukrainie?
Po drugie, USA zmieniają zdanie co pięć minut - i często na korzyść Moskwy. Od stycznia 2025 roku prezydent Donald Trump prezydenta Ukrainy rugał i chwalił, i znów rugał. Groził Rosji sankcjami, lawirował w sprawie wspierania Ukrainy i oddawania terytorium, po czym znów wycofywał się.
Konkrety zaś są takie, że zlikwidował izolację prezydenta Putina na forum międzynarodowym i regularnie kontaktuje się z Rosjanami ponad głowami Europejczyków i Ukraińców. Nie oglądając się na zbrodnie wojenne, zaprosił prezydenta Putina na bezpośrednie rozmowy 1:1 w Anchorage.
Być może, co może najważniejsze, prezydent Trump cały czas snuje wizje odnowienia biznesowych kontaktów z Rosją. W tle zaś ukazała się strategia bezpieczeństwa narodowego, gdzie czarno na białym można przeczytać, że hasło "Ameryka First" oznaczać może porzucenie dawnych sojuszników, w tym Polski.
Gdyby ktoś chciał w przyszłości powoływać się na prawo międzynarodowe, niech zwróci uwagę, jak obecna administracja USA kompletnie ma w nosie reguły, jeśli chodzi o Wenezuelę.
Nie jest to krótkotrwały trend. Uczciwie dodajmy, że owo lawirowanie Trumpa przychodzi po lawirowaniu demokratów. Pomagano militarnie Ukrainie, ale tak, żeby przypadkiem nie wygrała z Rosją. Nie przygotowano w zasadzie żadnego planu pokojowego.
W czasach Joe Bidena obiecywano Ukrainie czerwone dywany na drodze do UE i NATO. Czego to w Kijowie nie obiecywał sekretarz generalny Sojuszu, Jens Stoltenberg w kwietniu 2023, opowiadając o członkostwie Ukrainy w rodzinie NATO. Czego to nie opowiadali politycy o szybkich ścieżkach do Europy?
Dopiero gdy kamery wyłączano, w rozmowach z dyplomatami niższego szczebla można było usłyszeć, że w praktyce to zapraszanie Ukrainy "nie będzie takie proste" i w ogóle "może być różnie".
Dym się rozwiewa
Wszystko to był dym, który się rozwiał.
I właśnie o tym dymie przychodzi myśleć, gdy kanclerz Niemiec Friedrich Merz czaruje, że możliwość zawieszenia broni jest obecnie najbardziej realna od 24 lutego 2022 r.
Dlaczego Rosja miałaby się zgodzić na daleko idące zachodnie gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy, skoro nie chciała tego państwa w NATO? Dlaczego przejęcie zamrożonych rosyjskich aktywów miałoby nauczyć rozumu Moskwę, skoro wojna nie rozpoczęła się w imię zdrowego rachunku ekonomicznego? Niebywały poziom pobożnych życzeń. Tym bardziej, że od słów do czynów w Europie droga daleka i kręta.
Wreszcie inny słoń w pokoju: jako rzecz pomniejszej wagi traktuje się to, co w istocie najważniejsze. Rosjanie chcą wziąć więcej terytorium Ukrainy, a Ukraina nie chce oddać więcej terytorium Rosji. Na spornym obszarze znajdują się fortyfikacje, o które wciąż kruszy sobie zęby rosyjska armia. Na pewno Ukraińcy nie chcą popełnić błędu cesji umocnień Czechosłowacji z 1938. Ani powtórki z nic niewartych gwarancji memorandum budapesztańskiego z 1994.
Z tego punktu widzenia w istocie w Berlinie w poniedziałek nie załatwiono niczego istotnego. I nie jest powiedziane, że USA znów nie zmienią zdania na korzyść Rosji.
Ważne jest to, iż - w mało ważnych rozmowach - wzięła w końcu udział Polska. Dziwnie to brzmi? Nie powinno. W ramach państw NATO wydajemy na zbrojenia rekordowe kwoty. Rosyjskie rakiety są w nas wycelowane. Miejsce Polski jest zatem przy stołach rozmów europejskich. Tyle że ten stolik - wobec ogólnej degradacji dyplomatycznej Starego Kontynentu - stoi dziś w drugim szeregu. Cóż, tak się stało jednak bez naszego udziału.
Jarosław Kuisz













