Po co Netfliksowi nowe "Noce i dnie"? Nie ukrywam swoich obaw...
Gdyby w imię specyficznej filozofii przybliżania młodym widzom dawnych czasów "Noce i dnie" miały być zdeformowane, to wolałbym, żeby adaptacja nie powstała.

Kamila Tarabura, reżyserka mało znana, ma zrobić dla Netfliksa serial "Noce i dnie", adaptację powieści Marii Dąbrowskiej. Może i trochę się zdziwiliśmy. Ale zaczynamy się przyzwyczajać, bo fala adaptacji polskich klasycznych powieści to fakt.
Wciąż buzują wieści na temat adaptacji "Lalki" Bolesława Prusa. Właściwie dwóch adaptacji, bo Paweł Maślona kręci serial "Lalka" dla Netfliksa, a Maciej Kawalski - film kinowy dla Gigant Films. Obie produkcje są obwieszone aktorskimi gwiazdami.
Zerkniemy przez ciekawość?
Wcześniej Netflix nakręcił "Znachora", trzecią adaptację popularnej przedwojennej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Zderzył się w ten sposób z kultem, jakim otaczana jest przez pokaźną grupę widzów starszego pokolenia adaptacja druga, Jerzego Hoffmana z roku 1982. Takie zderzenie w wymiarze biznesowym niczym nie grozi. Można było założyć, że mnóstwo ludzi będzie chciało obie wersje porównać. Nowy "Znachor" Michała Gazdy był frekwencyjnym sukcesem.
Sam miałem doświadczenie z producentką obsługującą Netfliksa. Przymierzała się do sfilmowania mojej powieści "Horror licealny". Padło pytanie, czy któryś z młodzieżowych bohaterów nie mógłby być homoseksualny
Pewnie podobny mechanizm zadziała w przypadku "Lalki", choć pytanie, czy równoległość dwóch premier nie zaszkodzi obu przedsięwzięciom. I w tym przypadku magnesem będą adaptacje wcześniejsze, zwłaszcza wciąż kultowy dla niektórych serial Ryszarda Bera z roku 1977. Nawet jeśli werdykt będzie na niekorzyść nowego odczytania, mnóstwo ludzi zechce się o tym naocznie przekonać.
Z kolei młodych widzów może zaciekawić przeniesienie na ekran szkolnej lektury. Zakładam też, że wciąż istnieją w polskiej przestrzeni wielbiciele samej powieści Prusa. Sam znam kilku, nawet pewnego młodego aktora.
W przypadku "Nocy i dni" czeka nas zderzenie z jeszcze większą legendą. Nie wiem, co ten mit znaczy dla młodych ludzi, ale film Jerzego Antczaka z roku 1975 został okrzyknięty lata temu skończonym arcydziełem. W tym przypadku recenzenci i zwykli widzowie byli w ocenach zgodni. Dotyczyło to także późniejszego o dwa lata serialu.
W przypadku filmu koncentrowaliśmy się na dziejach rodziny Niechciców, na miłości Bogumiła do Barbary i skomplikowanego stosunku Barbary do Bogumiła, także na sposobie, w jaki każde z nich szuka szczęścia, a przynajmniej godnego życia. Serial pozwalał także na szerszą panoramę historii, bardziej społecznej niż politycznej, między powstaniem styczniowym (1863) i wybuchem pierwszej wojny światowej (1914). Antczak umiał o niej opowiadać barwnie, zajmująco, ani w duchu "pedagogiki wstydu", ani cukierkowej apologii.
Co ciekawe już w tamtych czasach niektórzy recenzenci uznawali samą powieść za nieatrakcyjną, nudną. Ja, czytając ją po obejrzeniu filmu jako licealista, nie odnosiłem takiego wrażenia. Ale jeśli Dąbrowska zbytnio celebrowała powolne tempo codziennego życia, Antczak skorygował słabości jej języka, podkręcając tempo, czarując pięknymi filmowymi obrazami i wyrazistymi aktorskimi kreacjami. Choć zwłaszcza jego serial współczesnym młodym ludziom, mającym kłopot z koncentracją, może się wydać zbyt statyczny.
Jerzy Antczak, zabierając się za "Noce i dnie", był 45-letnim reżyserem ze znacznym dorobkiem i z bagażem życiowego doświadczenia, a przy tym erudytą często grzebiącym się w historii. Kamila Tarabura ma lat 35, a na koncie jeden większy film - "Rzeczy niezbędne", współczesny, o zacięciu feministycznym. Jest pytanie, czy jej życiowe wybory, poglądy, gusty pchną ją w kierunku zrozumienia, o co chodziło Dąbrowskiej i jej bohaterom. A na ile potraktuje wyjściową historię jako tworzywo do opowiadania o współczesnych dylematach. To częsta choroba dzisiejszego teatru, czasem i filmu.
Nie deformujcie tego
Z jednej strony ów gwałtowny nawrót ku klasyce powinien cieszyć. Szukamy inspiracji nie tylko w tematach i sposobie patrzenia współczesnych. Rozumiemy siłę ciągłości. Ale już "Znachor" obchodził się dowolnie z realiami pierwowzoru, w imię efektu. Pytałem reżysera Michała Gazdę, czy istotnie młoda, skromna dziewczyna Marysia, wychowana w małym miasteczku, prawie od razu rzuciłaby się do łóżka z hrabiczem. On twierdził, że nie wiemy wszystkiego o naszych przodkach.
Ale to książka popularna, właściwie po części romans. "Lalka" to ambitniejsza opowieść o naszych przodkach. Wyrażałem już w Interii niepokój z powodu zapowiedzi Maślony, że zamierza nadać serialowi wymowę feministyczną. Pusta arystokratka Izabela Łęcka odrzucająca miłość Wokulskiego ma się zmienić niemal w buntowniczkę. Z punktu widzenia logiki fabuły Prusa, i z punktu widzenia jego wizji świata, to nonsens motywowany ideologią.
Mogę sobie wyobrazić jakąś parafrazę, nową historię odnoszącą się do wątków z "Lalki", a polemiczną z nią. Ale pod innym tytułem. Komercyjne używanie formuły adaptacji, po to aby przekręcać intencje autora, uważam za nadużycie. Czy podobną drogą nie zechce pójść Kamila Tarabura?
Projektodawcy nowych wersji głoszą, że kolejne pokolenia mają prawo do nowych spojrzeń. To dotyczy i formy, i treści, mają być bardziej agresywne, "współczesne". Po co jednak w takim razie sięgać po klasyczne utwory? Nawet XIX-wieczne realia można deformować "na własną rękę". Tyle że wtedy widzów będzie mniej. W znakomitej "Superprodukcji" Juliusz Machulski pokazał, z jakim wyrachowaniem świat filmu korzysta choćby z etykietek szkolnych lektur.
Znamy na dokładkę misjonarskie podejście Netfliksa i innych platform cyfrowych do filmowego tworzywa. Nie chciałbym oglądać dziejów rodziny Niechciców poprzerabianych na modłę "Bridgertonów", gdzie niektórzy angielscy arystokraci są ciemnoskórzy, bo tego wymaga i moda i inżynieria społeczna. Sam miałem doświadczenie z producentką obsługującą Netfliksa. Przymierzała się do sfilmowania mojej powieści "Horror licealny". Padło pytanie, czy któryś z młodzieżowych bohaterów nie mógłby być homoseksualny. Ostatecznie z projektu nic nie wyszło. Dziś słyszę, że Netflix trochę się wycofuje z przeróbek wszystkiego w imię politycznej poprawności czy kultury woke. Na ile jednak konsekwentnie?
Jestem wielbicielem klasycznego serialu brytyjskiej BBC "Saga rodu Forsyte'ów", o tamtejszym mieszczaństwie z przełomu XIX i XX wieku. Tę historię rodzinną po latach nakręcono potem raz jeszcze. Byłem zdumiony, kiedy Fleur Forsyte okładała w nowym serialu swojego ojca Soamesa torebką po głowie. Nie ten świat, nie te obyczaje. Gdyby w imię specyficznej filozofii "przybliżania" młodym widzom dawnych czasów "Noce i dnie" miały być tak zdeformowane, wolałbym żeby nic nie powstało. To zbyt ważna dla mnie powieść, dla wielu Polaków również.
Ale może obawiam się niepotrzebne. Oto wypowiedź Kamili Tarabury: "Nasza interpretacja arcydzieła Marii Dąbrowskiej to szczera i emocjonalna refleksja na temat mitu romantycznej miłości i odwiecznej walki oczekiwań z rzeczywistością. Jest to także opowieść o długofalowym budowaniu relacji, o tym, że związek to praca, która może owocować przez całe życie. Barbara mierzy się z wieloma uniwersalnymi dylematami, które dotyczą poświęcenia dla małżeństwa i rodziny, rezygnacji z własnych marzeń i poszukiwania szczęścia".
Mówi więc słuszne rzeczy. "Noce i dnie" są poza wszystkim opowieścią o sensie zwykłego, także rodzinnego życia, jego wartości pomimo całego pesymizmu Barbary. Jeśli pani Tarabura rozumie taką wizję świata, niechaj kręci.
Czy Bogumiłem powinien być Tomasz Schuchardt, zaraz po swoim Wokulskim, w sytuacji, kiedy gra już w niemal każdym polskim filmie? Moim dużo mniej ogranym faworytem jest Leszek Lichota, choć był profesorem Wilczurem w nowym "Znachorze". Z kolei Jaśmina Polak jako Barbara budzi moje odwrotne wątpliwości. Jadwiga Barańska podejmowała się tej arcytrudnej roli będąc aktorką dojrzałą i doświadczoną. W tym przypadku takiego doświadczenia nie widzę.
Zatem wdałem się w licytację dotyczące obsady. A miałem zapowiedzieć, że serialu w ogóle nie obejrzę. Ale przecież w to nikt by nie uwierzył.
Piotr Zaremba












