Plan dla Ukrainy a strach o suwerenność Polski
Mam dla nas złą wiadomość: ani jedność polityczna Polaków, ani wściekła polaryzacja nie podniosą naszej rangi w Waszyngtonie. Ludzie Trumpa planów pokojowych dla Ukrainy - w których znalazł się passus o Polsce - ani z Sikorskim, ani z Nawrockim, ani z Tuskiem, ani z Kaczyńskim nie konsultowali. Trzeba się w Polsce opamiętać i przemyśleć, jak teraz skutecznie bronić naszej suwerenności.

"Monachium!" - ryknął były premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson. Nie on jeden zresztą w mediach społecznościowych oświadczył, że czuje zapach zdrady dyplomatycznej roku 1938.
Inni, gdy pociągają politycznym nosem, raczej czują zgniły swąd z kierunku Jałty. Słusznie czy nie, analogie historyczne wyrażają nasze obawy niż scenariusze przyszłości. Dawne wydarzenia łatwo się nie przekładają na teraźniejszość.
Pułapka pobożnych życzeń
Niemniej wiadomość o tym, że zakulisowo trwają prace nad planem pokojowym dla Ukrainy gruchnęła jak grom z jasnego nieba. A nie powinna. Od stycznia 2025 bezustannie wpadamy w pułapkę pobożnych życzeń.
Donald Trump ewidentnie ma feblik do Władimira Putina. Na pewno nie postrzega go jako wroga i kryminalisty, z którym nie powinno się rozmawiać. Niechęć odczuwa raczej wobec słabszej Ukrainy.
Od czasu, gdy próbował znaleźć haki na syna Joe Bidena w Kijowie, aż do niesławnej awantury w Gabinecie Owalnym, prezydent Zełenski raczej Trumpa irytuje. Prezydent USA przyczyn wojny w Ukrainie nie rozumie i nie chce rozumieć. Z waszyngtońskiego punktu widzenia - wojna mu tylko przeszkadza w innych planach, choćby napięcia muskułów wobec Chin.
Szybkie rozmowy pokojowe z kolei pozwolą mu wyjść z medialnego bagna tzw. sprawy Epsteina, skandalu kryminalnego z pedofilią w tle. Odwrócenie przez Trumpa uwagi od sprawy byłego przyjaciela wcale nie jest obojętne. Poparcie polityka poleciało na łeb, na szyję. Po raz pierwszy na konserwatywnym horyzoncie pojawiły się postacie gotowe krytykować prezydenta.
Nas te sprawy żywo nie obchodzą, to "fait divers", bo mamy wojnę. Niedawno rosyjskie drony wleciały do Polski.
Dwa punkty widzenia
Właśnie dlatego ze wschodnioeuropejskiego punktu widzenia pan Trump jest raczej geopolitycznym ignorantem, który nie pojmuje, że ustępstwa wobec agresora nie mogą przynieść pokoju. O żadnym realnym pokoju nie może być mowy.
Oddanie ufortyfikowanych pozycji przez Ukrainę (jak tego chce Rosja) rzeczywiście niewiele różni się od wydarcia od Czechosłowacji przez Adolfa Hitlera sudeckich umocnień w 1938.
Jako że waszyngtońskie i wschodnioeuropejskie punkty widzenia (przynajmniej chwilowo) wyraźniej nie spotykają się, decyduje zdanie najsilniejszego. Dlatego możemy sobie hamletyzować do woli. Wołać o sprawiedliwość oraz rozsądek. Pokazywać zdjęcia ofiar. Niewiele to zmieni.
Raczej powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że od stycznia 2025 Donald Trump właśnie ze swojego punktu widzenia jest konsekwentny. Dodajmy od nas: NIESTETY. Równolegle roztacza czerwone dywany przed Kremlem i dla pozoru grozi. W istocie jednak żadnego poważnego działania wobec Rosji nie podjął od początku prezydentury.
Gadanie o strasznych sankcjach, o tym, że Ukraina ma prawo odzyskać utracone terytoria itd., okazuje się tym, czym jest: gadaniem. Nic więcej. Realnie natomiast w różnych częściach globu przedstawiciele Trumpa zasiadają do stołu z wysłannikami Kremla. Bez reprezentantów Europy. Bez przedstawicieli Kijowa.
Jakoś tak się "czarodziejsko" dzieje, że niemal za każdym razem przychylają się do stanowiska rosyjskiego. Później Ukraina wraz z wybranymi krajami Unii Europejskiej ruszają, żeby te rosyjsko-amerykańskie dusery dyplomatyczne odkręcać. Nie zmienia to faktu, że właśnie takie są trendy dyplomacji Waszyngtonu. A pomaga im zdecydowanie jeszcze jedno. Oddanie przez Donalda Trumpa dyplomacji w ręce armii lustrzanych ignorantów.
Prezydent USA ma zaufanie do deweloperów itp., bo się w nich przegląda. Czasem na horyzoncie pojawi się jedyny człowiek, który coś tam wie o Ukrainie, czyli Marco Rubio - wtedy musi pędzić do Genewy na rozmowy o dokumencie, którego, mimo teoretycznie wielkich uprawnień, sam ewidentnie nie przygotował. Proszę zapomnieć o czasach makiawelicznych erudytów, globalnych szachistów pokroju Kissingera czy Brzezińskiego. Tamtego Waszyngtonu nie ma.
Lekceważenie Polaków
My zauważyliśmy, że w pierwotnym planie pokojowym dla Ukrainy pojawił się passus o Polsce. Podobnie jak z Kijowem nikt tego punktu z nami nie konsultował. Ani z Sikorskim, ani z Nawrockim, ani z Tuskiem, ani z Kaczyńskim - krótko - z NIKIM.
Chociaż teraz ten punkt, jak się wydaje, wyparował, a my próbujemy sobie śpiewać: "Polacy, nic się nie stało" - uważam inaczej. Stało się - i to bardzo dużo. Po pierwsze, warto zdać sobie sprawę, że polityka imperialnej siły w dyplomacji oznacza po prostu olewanie stanowiska państw słabszych. Sojuszniczych czy nie, to bez znaczenia.
Czasem słyszy się głosy, że Warszawy tak instrumentalnie by nie potraktowano, jak od stycznia 2025 traktowany jest Kijów. Otóż historia z planem pokojowym dowodzi czegoś zgoła innego. Właśnie potraktowano nas tak samo. Nasza suwerenność czy członkostwo w NATO NIE miały znaczenia. I lepiej wziąć to pod uwagę.
Po drugie, mam dla nas złą wiadomość: ani jedność polityczna, ani polaryzacja nie podniosą naszej rangi w Waszyngtonie. Zwrot dyplomatyczny w USA oznacza, że do archiwum złożono globalny idealizm, z którego korzystaliśmy. Aby wspierać małe kraje w drugim końcu świata, trzeba albo propagować demokrację, albo ideę samostanowienia narodów.
Można przy tym zarobić, jak w czasach zimnej wojny (i później), ale nie można było zupełnie owego idealizmu się wyrzec. To była strzałka przy drodze wskazująca dyplomacji kierunek. Ów drogowskaz wyrzucono na śmietnik, zatem nasze lokalne "swary głupie" nie mają dla USA znaczenia.
Ostatecznie Donald Trump od lat zadaje pytanie, czy w ogóle potrzebuje NATO. My zaś wraz z innymi Europejczykami zadajemy pytanie, czy - pomimo wydawania milionów na broń zza oceanu - Amerykanie naprawdę nam pomogą?
W świecie, w którym rządzi pięść, ignorancja i podstępy drapieżnych supermocarstw, zdanie naszych polityków się nie liczy. Nie wiem, czy jest pociechą, że w podobny sposób w USA zlekceważono zdanie np. zaprzyjaźnionego z Trumpem prezydenta Finlandii i wielu innych. Dla nas to raczej kolejny powód do troski o naszą suwerenność. A nie żadna pociecha.
Jarosław Kuisz

















