PiS spokojnie może mieć jeszcze 40 proc. Nie wierzycie?
Umieram ze śmiechu, gdy kolejni poważni ludzie obwieszczają kolejny koniec PiS-u. Ile już takich końców Kaczyńskiego mieliśmy? Pięć? Dziesięć? Piętnaście? Ostatni z nich - przypomnę tym, co zapomnieli - zakończył się wybraniem kompletnie nieznanego Karola Nawrockiego do Pałacu Prezydenckiego z poparciem 10 milionów ludzi.

Tak, wiem. PiS się skończył. Słyszałem to już w roku 2007, 2010, 2011, 2014 i 2023. Oczywiście słyszałem też, że "tym razem" naczelnik to już absolutnie ostatecznie i nieodwołalnie "stracił kontakt z rzeczywistością". A cała reszta jego ekipy to oczywiście beztalencia, które bez Jarosława Kaczyńskiego butów sobie zasznurować nie potrafią.
Czytam i słucham, że PiS już nigdy do władzy nie wróci, bo "ludzie mają dość polaryzacji", a elektorat im wymiera, zaś wszyscy prawacy będą już za chwilę głosować na Konfederację i Grzegorza Brauna, bo tamci umieją w TikToki, Jutiuby i wiedzą, jak obsługiwać pokoje na Iksie. A PiS nie umie, a poza tym "nie mają wizji" i "niczego nie zrozumieli". I tak dalej...
Słyszałem to wszystko już sto razy. Przynajmniej. I za każdym razem, gdy słyszę po raz kolejny, biegnę sprawdzić, cóż takiego się wydarzyło, co jakoś by tę tezę o końcu PiS-u uprawdopodabniało. Zazwyczaj okazuje się wtedy, że teza jest zawieszona na jakimś przełomowym sondażu, w którym PiS-owcom spadło z 29 do 28. Albo z 31 na 30. No prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi.
Niewyciągnięte wnioski
Robię w mediach od lat i doskonale rozumiem, że branża swoje prawa ma. Komentować trzeba niezależnie od tego, czy jest co - czy też nie ma do komentowania nic. Ale przecież ostatnia (prezydencka) kampania wyborcza skończyła się ledwie pięć miesięcy temu. I co? Już zapomnieliśmy jaki był jej przebieg? Jak w zasadzie do końca wszystkie sondaże pokazywały Rafałowi Trzaskowskiemu, że może już dorabiać sobie klucze do Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, bo wybory ma wygrane? I czy zapomnieliśmy też, jak Karol Nawrocki miał w ogóle nie wejść do drugiej tury, bo przeskoczy go Sławomir Mentzen? I co? Jak się skończyło? Kandydat PiS-u wygrał i to z przewagą na tyle dużą, że nawet Silni Razem musieli porzucić nadzieje na liczenie do skutku, aż wyjdzie na ich.
Przypominam tamtą kampanię, bo mam wrażenie, że lekcje z niej zostały najpierw wyciągnięte w sposób właściwy. Ale zaraz potem czarodziejsko wymazane z głów większości komentatorów. Przypomnę więc tamte wnioski.
Pierwszy był taki, że sondażami się kręci i się je kupuje jak ogłoszenia płatne w telewizji albo sloty w internecie. A kto ma więcej pieniędzy (prywatnych lub/i publicznych), ten może sobie kupić ich więcej, a potem przy ich pomocy urabiać opinię publiczną, że idzie na jego. Druga lekcja była zaś taka, że PiS jest sondażowo permanentnie niedoważony. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze wielu rodaków woli się proPiS-owskimi sympatiami mimo wszystko nie chwalić, bo jeszcze z tego jakieś kłopoty będą.
Po wtóre, nawet wśród prawaków istnieje tendencja, by deklarować preferencje bardziej radykalne niż są one w rzeczywistości. Takie nastawienie w naturalny sposób przecenia chojraków z Konfederacji czy ostatnio Korony Brauna. A niedoważają PiS-u.
Gdy jednak przychodzi do faktycznych wyborów, to ludzie cenią jednak swój głos bardzo wysoko (w końcu mają tylko jeden). I ostatecznie skreślają bardziej profesjonalnego i dającego nadzieje na autentyczny wpływ na rzeczywistość PiS-owca niż narwanego Brauniarza czy Mentzenowca. Wszystkie te nauki z minionych głosowań - nawet tych ostatnich z lat 2019-2020 czy 2023-24 - wydają się wręcz elementarne. I aż mnie samego dziwi, że muszę o nich komukolwiek przypominać.
Między silnymi i słabszymi
Ale jest jeszcze jeden duży powód, dla którego wydaje mi się, że PiS wciąż ma wielkie szanse zgarnąć w wyborach roku 2027 ogromną cześć puli z "czwórką z przodu". Chodzi o to, że główna (nie zawsze wypowiadana na głos) oś polskiej polaryzacji wciąż przebiera między tymi, co mają i tymi, co nie mają. Między silnymi i słabszymi. Między społeczną, ekonomiczną i statusową "górą" a tymi, którzy chcieliby tym co na górze pokrzyżować szyki. Prawo i Sprawiedliwość było i pozostaje w polskiej rzeczywistości tą siłą, która daje słabszym (niekoniecznie i nie zawsze "najsłabszym") realną ofertę trwałej zmiany polskiego status quo.
Odbywa się to na bardzo wielu planach. To spór Polski liberalnej i solidarnej - trwający w praktyce nawet dziś, choć w międzyczasie liberałowie nauczyli się już, że nie jest w ich interesie stawianie go na ostrzu noża. To krytyka ustanowionej w początkach III RP postkomunistycznej kolejności dziobania, która została na naszych oczach odziedziczona przez kolejne pokolenia spadkobierców jej beneficjentów (oni też niechętnie o niej mówią).
To dalece większa wrażliwość PiS-u na postulaty zorganizowanego świata pracy, Polski powiatowej, plebejskiej, proletariackiej i starszej wiekiem. To wreszcie spór o polską suwerenność i o to, czy powinniśmy się o nią wykłócać z Brukselą i Berlinem. Czy też przykryć to wszystko radosnym "kochajmy się" czy też zakłamanym "kto nie z Unią Europejską ten za Rosją" w czym celują ostatnio liberałowie.
PiS spina te wszystkie elementy w jeden sprawdzony bojem wachlarz politycznej doktryny. To odróżnia partię Kaczyńskiego (i jego następców) nie tylko od głównego ideowego wroga czyli obozu Donalda Tuska. Ale także wciąż bardzo efemerycznych i pozbawionych głębszych korzeni ruchów na prawicy.
Bywało lepiej, ale nie jest źle
Oczywiście sytuacja nie jest dla PiS-owców z gatunku bajkowego "i żyli długo i szczęśliwie". Rząd Tuska już dawno przekroczył wszelkie dopuszczalne w zdrowej demokracji granice i zwalcza swoich arcywrogów metodami wręcz tyrańskimi - aresztuje fundusze na funkcjonowanie, zdejmuje immunitety, próbuje doprowadzić do pokazowych procesów. A przecież może być jeszcze ostrzej.
Wszystko to jednak raczej pokazuje, że PiS nie jest żadnym "przedwczorajszym śniegiem". To nadal największa siła polskiej opozycji demokratycznej stojąca pomiędzy obecną władzą a ich polityczną wszechmocą.
I szczerze mówiąc, nie widzę powodu, by się to miało w najbliższym czasie jakoś radykalnie zmienić.
Rafał Woś















