Pierwszy prezes niezgody. Prawica na równi pochyłej
Prezes PiS, atakując nowego pierwszego prezesa Sądu Najwyższego za orzeczenie sprzed 21 lat, właściwie go uwiarygadnia. Tyle że to nie ustawka, to autentyczne emocje. Przy okazji wojna na słowa Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem Karolem Nawrockim utwierdza stereotyp prawicy kłótliwej i szukającej odwetu. W sam raz na wybory.

Zbigniew Kapiński z punktu widzenia dzisiejszego sporu o to co dzieje się w wymiarze sprawiedliwości, wydaje się oczywistym sojusznikiem prawicy. Prezydent Nawrocki zrobił go więc pierwszym prezesem Sądu Najwyższego na sześcioletnią kadencję, wybierając spośród pięciu kandydatów. Logiczne? Niby logiczne.
Kapiński jako sędzia Sądu Najwyższego kilka razy mocno przeciwstawił się wątpliwym interpretacjom prawnym obecnej koalicji. Uważał, że marszałek Szymon Hołownia skierował sprawę mandatów poselskich Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika do niewłaściwej izby Sądu Najwyższego.
Nie uznawał też dokonanego wbrew ustawie, bo bez opinii prezydenta, zmianie prokuratora krajowego. Ba, przestrzegał przed prawną dyktaturą w Polsce. Miałaby ją wprowadzać obecna władza.
Bity z różnych stron
Co więcej, sędzia Kapiński sam jest bohaterem najgorętszego sporu prawnego. Ma długi staż, ale przyjął awans do Sądu Najwyższego z rąk poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa przedstawianej jako nielegalna.
Podobnie więc jak jego poprzedniczka Małgorzata Manowska został obwołany "neosędzią". Dziś różne gremia "starych sędziów" nazywają go uzurpatorem. Takie głosy odzywają się także po stronie polityków koalicji. Dziennikarka TVN24 Katarzyna Kolenda-Zalewska zaprosiła go do swojego programu, aby przedstawić jako "byłego sędziego Sądu Apelacyjnego".
Wojna w sądownictwie polega bowiem na nieuznawaniu wszystkiego, co się zdarzyło od roku 2017. Tym samym jedna trzecia sędziów w Polsce, w tym 60 procent sędziów Sądu Najwyższego, to podobno "przebierańcy".
Trudno sobie wyobrazić większy absurd, prawny i przede wszystkim faktyczny. Realizacja tego dogmatycznego sprzeciwu oznaczałaby konieczność przeprowadzenia gigantycznej czystki faktycznie burzącej ciągłość systemu.
Możemy się raczej spodziewać kolejnych uników i kolizji. Koalicja sama ma problem, bo wybrała kolejną Krajową Radę Sądownictwa z jednej strony wedle ustawy, której nie uznaje na legalną, z drugiej - naruszając niektóre jej przepisy.
Prezydent Nawrocki mógłby w zasadzie uznać, że żadne wybory się nie odbyły. I zablokować trwale wszelkie sędziowskie nominacje i awanse. Tyle że w ten sposób z kolei on zniszczyłby na lata sądowniczy system. Więc pewnie tego nie zrobi.
W takiej sytuacji głosy przeciw wyborowi Kapińskiego nie są jednak tak hałaśliwe, jak mogłyby być. Ale jest jeszcze jeden powód.
Oto na plan pierwszy wybiły się głosy sprzeciwu wobec osoby Kapińskiego ze strony politycznego obozu prezydenta. Jarosław Kaczyński napisał, że nie wyobraża sobie tej osoby na czele Sądu Najwyższego, a Sławomir Cenckiewicz, dopiero co prezydencki minister, rozpętał całą kampanię. Powód: udział sędziego w orzekaniu, w roku 2000, że Lech Wałęsa nie był kłamcą lustracyjnym.
Emocje prawdziwe, ale destrukcyjne
Zacznę od uwagi, że ta kolizja właściwie Kapińskiemu pomogła. Rządzącym trochę nie wypada brzmieć w jednym chórze z prezesem PiS i znienawidzonym przez nich Cenckiewiczem, nawet jeśli przemawiają z innych pozycji.
Przeważają więc głosy rozbawienia i satysfakcji, że oto wreszcie prezydent popadł w zasadniczy konflikt z autorami swojej kandydatury. Choć pobrzmiewają też głosy o "ustawce". One pobrzmiewają zresztą przy okazji każdego konfliktu prawicowego prezydenta z Kaczyńskim. Tym razem mówi o tym choćby polityk PSL, zastępca szefa kancelarii premiera, Jakub Stefaniak, jeden z dyżurnych harcowników.
Gdyby PiS był naprawdę tak makiaweliczny, jak sobie wyobrażają niektórzy jego obsesyjni wrogowie, mógłby nawet wykreować taki konflikt sztucznie. On uwiarygadnia Kapińskiego. Trudniej go będzie od tej pory przedstawiać jako narzędzie w rękach prawicowych polityków. A tak dziś rządzący postępują z każdym prawnikiem, który im się sprzeciwi. Sami przy tym upolityczniając sądownictwo na potęgę.
Ale to nie jest ustawka. Cenckiewicza nawet trochę rozumiem. Poświęcił kawał życia dowodzeniu, że Wałęsa był tajnym współpracownikiem. W odwecie za stwierdzenie historycznej oczywistości mocno go atakowano.
Powinien sobie zadać pytanie, czy wybrał najwłaściwszą formę apelując do Nawrockiego emocjonalnymi wpisami, w których zwraca się do niego per "ty" - warto dbać o powagę swojego obozu.
Ale emocje są autentyczne. Ten spór, choćby z poprzednią prezes Manowską, trwał już przed decyzją prezydenta.
U Kaczyńskiego, który bombardował Pałac Prezydencki zastrzeżeniami, emocje też są autentyczne. On z kolei poświęcił znaczną część życia na polityczną wojnę z Wałęsą. Pytanie o jego agenturalność było jej elementem. Nie wynikało ono tylko z używania tego jako poręcznej broni. Wałęsa położył swoją prezydenturę, zdradził swój program, między innymi ze względu na te uwikłania.
Tyle że ta prezydentura skończyła się 31 lat temu. Dzisiejszy Wałęsa to cień, owszem ostentacyjnie czczony przez Tuska i jego obóz (a także antyprawicowe elity), ale tak naprawdę sam w sobie nieistotny. Chodzi tylko o satysfakcję prezesa PiS, i to pośrednią.
Obsesja
Wracając do zaprzeszłej wojny, Kaczyński, inaczej niż Cenckiewicz, odpowiada za całą politykę swojego obozu. I pokazuje, że w ramach tej polityki gotów jest bić nawet w prawników, którzy mają dziś podobne do niego diagnozy. Bo na którymś etapie życia "zbłądzili". To przypomina, oczywiście na dużo mniejszą skalę, obsesję dziś rządzących i ich prawniczych pomocników w sprawie "neosędziów".
Przy okazji zaś konflikt z prezydentem utwierdza stereotyp prawicy wiecznie skłóconej, bijącej swoich, anarchicznej. Nie dość, że Konfederacja bije się z PiS i na odwrót, nie dość, że sam PiS bliski jest rozpadu, to jeszcze i to. Charakterystyczne: Mateusz Morawiecki poparł decyzję prezydenta, znów wbrew Kaczyńskiemu.
Jeśli myślicie, że tworzycie poręczny własny wizerunek na nadciągające wybory, to się mylicie. Szykujecie, po raz kolejny swoją porażkę. Wbrew wszelkim okolicznościom zewnętrznym, bo rząd Tuska rządzi źle i nie zanosi się w tym względzie na poprawę. Wy sami mu pomagacie. Czasem robi to prezes głównej partii opozycyjnej.
Piotr Zaremba













