On tylko wykonywał rozkazy. Samotny Adam Bodnar
Samotny, sfrustrowany, pozostawiony. A jeszcze tak niedawno pełen poczucia siły, chwalony przez swoich. Kiedyś, dawno temu, doceniany przez obie strony. Kariera Adama Bodnara jest jak wielki znak ostrzegawczy dla wszystkich tych, których polityka za bardzo i za szybko wciąga.

Gdyby dziś napisać scenariusz serialu pokazującego, jak udział w życiu publicznym może być szkodliwy, to Adam Bodnar nadawałby się jak nikt inny.
Pamiętam, że gdy zaczynał swoje rzecznikowanie (był rzecznikiem praw obywatelskich w latach 2015-2021 - przyp. red.), przekonywałem, by dać mu szansę, że to człowiek inny niż politycy, ma inne poglądy, ale w nie wierzy, że dobrze by było, gdyby ktoś spoza sporu partyjnego patrzył PiS-owskiej władzy na palce. Teraz chwila na śmiech, proszę bardzo. Na zdrowie.
Czystka bez końca
Faktycznie, gdy poznałem Adama Bodnara, ja kierowałem Centrum Monitoringu Wolności Prasy, on kierował podobnym programem w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. My byliśmy "prawacy", on był "lewak", a mimo to regularnie ze sobą współpracowaliśmy, co było zasługą znakomitych specjalistów od prawa prasowego i wolności słowa po obu stronach, którzy nas wspierali.
Potem Adam Bodnar został rzecznikiem praw obywatelskich i jako taki coraz bardziej widział na jedno oko. No ale ostatecznie w Polsce były prawicowe rządy. A jeszcze potem został ministrem sprawiedliwości. Wielką nadzieją na oczyszczenie Polski z PiS-u i konserwatystów. Nadzieją dla ludzi, których nigdy się nie da zadowolić.
Nieco lawirując, próbował to robić. Ale na twarz zemsty nigdy się nie nadawał. Nie miał w sobie tej mściwej złośliwości Donalda Tuska (w stylu "Mateuszu, idziemy po ciebie"), nie miał zapału Ewy Wrzosek, Waldemara Żurka i Romana Giertycha. Sprawiał wrażenie urzędnika, który "tylko wykonywał rozkazy".
Te rozkazy zawiodły go daleko. Do klasyki przejdzie prowadzanie aresztowanych urzędniczek po korytarzach aresztów w kajdankach na nogach, przeciwko których stosowaniu niegdyś Bodnar protestował. Ale mimo wszystko do jakiegoś stopnia Adam Bodnar posunąć się najwyraźniej nie mógł. W dodatku, cokolwiek by nie zrobił, to i tak byłoby źle.
Zakładnik jednego człowieka
Z perspektywy jego przeciwników politycznych sprawa jest oczywista. Adam Bodnar szybko, już na początku roku 2024, po sprawie zatrzymań Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego, został okrzyknięty głównym narzędziem represji i zapowiedziano, że jako jeden z pierwszych "będzie siedział". To zapowiedź jak najbardziej aktualna.
Tyle że z drugiej strony też nie było lekko. Dla Silnych Razem, radykałów, którzy być może obsługują i częściowo emocje szefa rządu, był zbyt miękki. Oni chcieli aresztowań, więzień, łez, wyimaginowanego świata swojej zemsty, której Bodnar nie mógł im dostarczyć. A do tego mieli swojego lidera, który obiecywał, że jest w stanie to dostarczyć.
Do tego był sam. Kontakty Adama Bodnara w świecie akademickim czy organizacjach pozarządowych w polityce mają raczej umiarkowane znaczenie. Wchodząc do niej z zewnątrz, nie zdołał zbudować swojej grupy politycznej, jak zrobił to choćby Mateusz Morawiecki. Nawet nie próbował, choć i same próby nie wystarczą, o czym przekonał się Jarosław Gowin.
Być może z zazdrością patrzy na lawirującego Szymona Hołownię, którego ci, którzy dawniej kochali, teraz nienawidzą, a dawni przeciwnicy patrzą łaskawszym okiem.
Tyle że Adam Bodnar był w zupełnie innej sytuacji. Nie miał nikogo za sobą. Partii, grupy, nawet grona jakiś zwolenników. Nie mówiąc nie, nie wycofując się w odpowiedniej chwili, wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i szybką karierę, stał się zakładnikiem jednego człowieka.
Ofiara polityki
A teraz pan jego losu go zwolnił i nawet mu nie podziękował, wskazując w ten sposób na niego jako na mięczaka, który nie podołał zadaniu. Utwierdził wszystkich w tym jeden z najbliższych współpracowników Tuska, Bartłomiej Sienkiewicz, który Bodnara zaatakował za "nieróbstwo". Bodnar odpowiedział, tłumacząc się, że zrobił wiele, i wymieniając swoje sukcesy. Były to same działania wymierzone w przeciwników politycznych, co świetnie pokazuje, jakiego rodzaju "sprawiedliwości" od niego oczekiwano.
Świadomość, że temu zadaniu nie dało się podołać, niewiele zmienia. Perspektywa zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym, która na dziewięć lat ma zabezpieczyć Adama Bodnara prawnie, jest dość mglista i trochę poniżająca. W końcu to ten trybunał, którego legalność jest przez PO nieustannie kwestionowana. Prorządowe media pochylają się nad nim z mieszanką pogardy i litości, pokazując następcom, że oczekują dużo bardziej "walczącej" demokracji.
Jest sam. A przecież mógł tym pokierować inaczej. Mogło to wszystko go tak nie wciągnąć. Pisarz Mario Vargas Llosa pisał o jakimś swoim krewnym, że miał wielkie perspektywy, ale zajął się polityką. Pasuje jak ulał.
Wiktor Świetlik












