Obserwujemy koniec kariery Rafała Trzaskowskiego
W zdumiewającą kampanię przeciw sygnaliście doktorowi Emilowi Jędrzejewskiemu włączył się sam premier. Pisaliśmy kiedyś wszyscy, liberałowie i konserwatyści, o "mafijnym państwie SLD". Kiedy liberalna strona polaryzacji uzna, że mamy teraz "mafijne państwo KO"? Tymczasem grunt pod nogami traci Rafał Trzaskowski, choć przecież on raczej ozdabiał samym sobą układ warszawski, niż go budował.

Najpierw była to historia młodego faceta, który pracował według faktur po 12 godzin dziennie przez siedem dni w tygodni, na dokładkę w kilku placówkach medycznych równocześnie. Potem historia działacza Koalicji Obywatelskiej, który zorganizował kolegom z partii luksusową ścieżkę dostępu do świadczeń medycznych, na które zwykli Polacy czekają godzinami.
Teraz mamy najpoważniejsze oskarżenia formułowane przez byłego ordynatora chirurgii Emila Jędrzejewskiego. Dawid Kacprzyk miał popełniać sam, albo złą organizacją pracy szpitalnego SOR, błędy medyczne kończące się śmiercią pacjentów. I tuszować je fałszowaniem dokumentacji. On sam w oświadczeniu zaprzecza, by miał cokolwiek wspólnego z opisywanymi przypadkami.
Nałożyło się to na pytania o odpowiedzialność co najmniej polityczną, a może i prawną prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.
Kontrofensywa rządzących
To, że doktor Jędrzejewski, skądinąd zwolennik KO i samego Trzaskowskiego, zawiadamiał go, że w Szpitalu Południowym źle się dzieje, jest dowiedzione. Istnieje zapis tej przestrogi podsyłanej drogą elektroniczną.
Pierwszą odpowiedzią ludzi Trzaskowskiego było twierdzenie, że nie musiał badać oskarżeń zgłaszanych drogą nieformalną. Podważyła w jednej z telewizji tę logikę była minister Julia Pitera, zajmująca się w pierwszym rządzie Tuska korupcją. Jej zdaniem każdy, także najbardziej nieoficjalny sygnał należało sprawdzić.
Za to kwestia owych najcięższych oskarżeń zawisła w powietrzu. Sygnalista został wezwany do prokuratury natychmiast. Nie chciał zeznawać bez adwokata, choć podał namiary na dwoje świadków mających być równocześnie pokrzywdzonymi.
Kacprzyk, który milcząco przyjął represje polityczne i zawodowe, tym razem przeszedł do kontrofensywy grożąc oskarżającemu go w Kanale Zero lekarzowi procesem.
Ważna uwaga: jeśli Jędrzejewski swoich zarzutów nie dowiedzie, partia rządząca skorzysta z okazji i będzie próbowała zamieść pod dywan także pozostałe tematy. Znów okaże się, że nie wiadomo, czy salonik dla VIP w ogóle istniał. Już dziś fanatyczni zwolennicy KO to kwestionują.
Do kontrofensywy przeszła także partia rządząca, choć dopiero co jej czołowi politycy wypierali się znajomości z byłym szefem ich młodzieżówki. Przecież fakt, że adwokatem Kacprzyka został, wkraczając do sprawy bardzo agresywnie, adwokat Jacek Dubois, jest sam w sobie sygnałem.
To prawnik związany z KO, jej nominat w Trybunale Stanu, uczestniczący w rozmaitych porachunkach z PiS u boku Romana Giertycha. Owszem, przez kilka dni środowisko KO było mocno pogubione. Ale teraz próbuje wszystko odwrócić.
Szpital Południowy i brzydka kontrofensywa
Powtórzę, porażka sygnalisty będzie interpretowana jako uniewinnienie układu rządzącego Warszawą, który Adrian Zandberg nazwał celnie "ośmiornicą Kierwińskiego". Nie wiem, jakie dowody ma doktor Jędrzejewski. Zarazem owa kontrofensywa wygląda bardzo brzydko.
Tylko że publika, przynajmniej ta wierna partii Tuska, po prostu chce być zwodzona. Kiedy aresztowano dziennikarza Leszka Kraskowskiego, który naraził się Giertychowi, wystarczyła relacja jego żony, przedstawiającej się jako ofiara przemocowego męża, żeby mnóstwo ludzie zaczęło ogłaszać, że zamknięto tropiciela grzechów Giertycha właśnie za to.
To oczywista nieprawda, zamknięto go za co innego. Rzekome pogróżki kierowane pod adresem komendanta policji w Piasecznie mogą być prowokacją. Ale zwodzić tych, co tak lubią, jest dość łatwo.
Piszę o brzydkiej kontrofensywie. Pierwszy był poseł Bartosz Arłukowicz, wyjątkowo zainteresowany sprawą, bo osobiście wspierał kampanię samorządową radnego Kacprzyka, a w zarządzie Szpitala Południowego miał dobrych znajomych. Jego wypowiedzi na platformie X i w telewizyjnych studiach pobrzmiewały groźbami, zresztą jeszcze przed pojawieniem się najpoważniejszych oskarżeń.
Były minister zdrowia z KO powtarzał zarzuty dotyczące samego doktora Jędrzejewskiego, ale też operował aluzjami, że wie coś na jego temat. I pytał, dlaczego lekarz nie zawiadomił prokuratury.
Celem gróźb Arłukowicza stali się też dziennikarze Kanału Zero. - Karty na stół - wzywał ich, podnosząc, że nie ujawnili na razie nazwisk polityków przyjmowanych poza kolejnością.
Klimat agresji wobec mediów udzielił się kolegom Arłukowicza. Poseł KO Robert Kropiwnicki posunął się do legitymowania reporterów telewizji wPolsce24, sugerując, że pozbawi ich wstępu do Sejmu. Powodem było samo zadawanie mu pytań na sejmowym korytarzu.
Posłanka Dorota Łoboda, rzeczniczka klubu KO, powtórzyła zarzut niezgłoszenia szpitalnych brudów do prokuratury, a poseł PSL Marek Sawicki nazwał to niezgłoszenie przestępstwem. Sygnalista szybko stał się niemal oskarżonym.
Wszystkich, którzy podnoszą ten zarzut, formalnie słuszny, można spytać, jakie podstawy ma ktokolwiek, aby wierzyć w rzetelność i dobrą wolę prokuratury Adama Bodnara i Waldemara Żurka. Po oczyszczeniu Romana Giertycha czy byłego marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego można mówić o jej pełnym partyjnym zaangażowaniu po stronie partii rządzącej.
Donald Tusk wkracza do akcji
Kiedy pojawiły się oskarżenia dotyczące podejrzeń o błędy medyczne, włączył się zasępiony jak zwykle w takich przypadkach Donald Tusk. Wcześniej jego rola polegała na odwracaniu uwagi od partyjnego kontekstu historii Kacprzyka. Tusk wezwał do systemowego rozwiązania sprawy nadmiernych zarobków lekarzy.
Wynikają one faktycznie z systemu kontraktowego ich wynagradzania, wprowadzonego za poprzedniej władzy. Tyle że wadliwość tego modelu to jedno. Tolerowanie wyczynów partyjnego lekarza, pracującego w wielu miejscach równocześnie i biegającego podczas swojego dyżuru do telewizji, to osobny problem. Tolerowali zwierzchnicy namaszczeni przez partyjny układ w Warszawie.
Premier rozkręcił małą kampanię w sprawie zarobków lekarzy, mamy ustawę niby ułatwiającą władzom wgląd w nie. Ale najpoważniejszy krok Tuska nastąpił po wybuchu wątku błędów lekarskich i odmowie zeznań przez doktora Jędrzejewskiego. Na platformie X szef rządu uznał tego świadka za "mało wiarygodnego".
To oczywisty sygnał dla wymiaru sprawiedliwości. Tak jak premier Tusk na platformie X wskazywał winnych, tak tym razem wkroczył w dopiero rozpoczęte śledztwo w odwrotnej roli: de facto adwokata Kacprzyka.
Oburzyło to nawet zwykle wspierającego "praworządnościowe" kampanie rządu prof. Marcina Matczaka. Choć oczywiście opatrzył to zastrzeżeniem, że podobne ingerencje polityków PiS były znacznie gorsze. Szkoda, że pan profesor nie dał żadnego przykładu.
Rafał Trzaskowski traci grunt
Mamy więc wojnę, która nie wiadomo czym się skończy, kiedy nie wiemy nawet, co jeszcze w tej sprawie wypłynie. Zapewne Tusk gotów jest zrzucić z sań każdego, łącznie z patronem "ośmiornicy" Kierwińskim, choć wolałby tego uniknąć. Niezależnie bowiem od wrażenia kontrofensywy KO, nawet takie poświęcanie swoich ludzi zwykle jest symptomem erozji wpływów partii władzy.
Przekonał się o tym Leszek Miller, kiedy wybuchła mu w rękach afera Rywina, choć i inne, pomniejsze. Pisaliśmy wtedy wszyscy, konserwatyści i liberałowie, o "mafijnym państwie SLD". Dziś powinno się tak powiedzieć o państwie KO. Tyle że nie tylko profesorowi Matczakowi coś podobnego nie przejdzie przez usta.
Obserwujemy chyba koniec kariery Rafała Trzaskowskiego, nawet jeśli dociągnie do końca kadencji prezydenta Warszawy. Choć przecież on raczej ozdabiał samym sobą układ warszawski, niż go budował. Na ile doczekamy się rozprawy z upartyjnianiem wszystkiego na szczeblu samorządów, skoro partyjne mogą być szpitale? To budowali pracowicie po trosze wszyscy, choć w dużych miastach przede wszystkim środowisko polityczne Donalda Tuska.
Piotr Zaremba






















