O Trumpie. Bez histerii. Choćby przez moment
Przyjmowanie wobec administracji Donalda Trumpa postawy pryncypialnego oporu moralnego może i dobrze podziała na samopoczucie tego albo owego polityka czy komentatora. Ale polskiemu interesowi narodowemu uczyni wielką i trudną do naprawienia krzywdę.

Mam wrażenie, że ogromna część polskich mediów oraz komentariatu postanowiła powtórzyć wobec Trumpa w Białym Domu ten sam numer, który zastosowali wobec PiS-u w Polsce.
Plan jest prosty: od pierwszego dnia zatykamy sobie uszy solidną warstwą wosku, a na oczy nakładamy klapki z mięsistej tkaniny. Tak żeby przypadkiem nie przedostało się do nich nic poza tym, co już postanowiliśmy, że będziemy widzieli i słyszeli. Czyli że Trump jest zły. Za na zło się nawet nie patrzy. Bo można się od niego zarazić. Choćby i przez oczy.
"Trump to Putin, Putin, Putin..."
W efekcie mamy znów to samo pudło rezonansowe, co w latach 2015-2023. Media informacyjne wrzucają info o tym, że Trump - na przykład - powiedział Zełeńskiemu, że jego kraj "jest w wielkich kłopotach". Odpala się komentariat, który podbija, że to oczywiście "zdrada" i ostateczny dowód na powiązania Trumpa z Rosją. Powiązania te są w owym pudle oczywiście tak oczywiste, że nie trzeba ich nawet potwierdzać. A już na pewno nie trzeba wspominać, że w prawdziwym świecie próbował je pokazać specjalny prokuratora Robert Mueller w roku 2019, lecz - ku rozpaczy "New York Timesa" i innych - nie znalazł przekonujących dowodów.
Cóż to jednak obchodzi lokatorów naszego pudła rezonansowego. Tu mamy rzeczywistość alternatywną. Komentarze do komentarzy do komentarzy tworzą echo "Trump to Putin, Putin, Putin...". Jeśli ktoś w tej sytuacji nie ma alternatywnych źródeł czerpania wiedzy, to niestety wpada jak śliwka w kompot. I sam się zaczyna oburzać powtarzając tezy o "zdradzie", "nowej Jałcie" i "końcu NATO". Jeśli nie z przekonania, to choćby i dla świętego spokoju. Stronienie od powtarzania echa w pudle rezonansowym jest przecież tępione z całą surowością.
Oczywiście w prawdziwym świecie przychodzi kolejny dzień. A wraz z nim - na przykład - deklaracja Zełeńskiego, że jednak umowa z USA o minerałach będzie podpisywana. I że generalnie otworzy to przez Ukrainą zupełnie nowe horyzonty rozwoju oraz bezpieczeństwa. Ale tego w pudle nie ma. Bo pudło nie jest fortepianem. Tylko pudłem. I innych dźwięków w nim nie uświadczysz.
Ważna rzecz: w Polsce lat 2015-2023 pudło posłużyło znakomicie. Tak się przynajmniej wydaje antyPiS-owcom. Władza odzyskana? Odzyskana. Może nawet (wszystko idzie w tym kierunku) nie trzeba jej będzie nigdy oddawać.
Tu jednak pojawia się problem. Chodzi o to, że w przypadku Trumpa to kompletne pozamykanie się na nową rzeczywistość nowej amerykańskiej administracji może nas wszystkich bardzo drogo kosztować.
Bo zobaczcie sami. Oto mamy na czele supermocarstwa nową ekipę, która komunikuje bardzo wprost, że będzie zasadniczo inna od poprzedników. Oznacza to także po naszej stronie (czy nam się to podoba czy nie) konieczność dopasowania się do nowej sytuacji. Dobra wiadomość jest taka, że trumpiści dość otwarcie komunikują swoje kierunki działania. Otwarcie i bez ezopowego języka. Czasem może nawet zbyt otwarcie. Ale do tanga trzeba jednak dwojga.
To znaczy trzeba jeszcze chcieć usłyszeć to, co do nas mówią. Zadać sobie choćby trochę trudu i otworzyć oczy i uszy - poczytać, posłuchać, poszukać. Nie musi to nawet wynikać ze szczególnego protrumpizmu. Starczy już choćby tylko chwilowa przerwa w generalnym antytrumpowskim rozhisteryzowaniu.
Oczywiście można się dalej gniewać na rzeczywistość.
Lekcja do odrobienia dla Polski
Można zrobić tak, jak zrobił kilka dni temu w Białym Domu prezydent Zełeński. Każdy, kto widział tę pamiętną "wymianę uprzejmości", ten wie, że Trump i Vance mówili mu wiele razy zbastuj, nie jesteś u siebie, okaż wdzięczność. A wtedy dostaniesz to, na czym ci zależy. Ale Zełeński tego nie robi. Idzie swoim skryptem, który przez ostatnie trzy lata przynosił mu sukces w negocjacjach z europejskimi liderami. Rozmowy wylatują w powietrze. Wkrótce pewnie wrócą. Ale czy na lepszych dla Kijowa warunkach? Wątpię.
Albo reakcje Europy na słynne przemówienie J.D. Vance'a w Monachium. Mini-Trump mówi im tam, co się powinno zmienić w relacjach transatlantyckich zdaniem nowej amerykańskiej administracji. Reakcją - zamiast "przemyślimy, obgadamy" - jest oburzenie i histeria. Czy służy to jedności Zachodu? Nie wydaje mi się.
Polskę też takie zderzenie z walcem trumpowej administracji czeka. W tej czy innej formie, ale czeka.
To jest dla nas zadanie do odrobienia. Oczywiście zderzać się będą decydenci polityczni. Ale przecież oni nie żyją w próżni. Lecz poruszają się w ramach klimatu opinii. Jeżeli będą siedzieli w swoim pudle rezonansowym, to ich odpowiedzą będzie albo bezradna bierność albo bezskuteczny opór. W efekcie nic - ale to absolutnie nic - w relacjach z nową (niekoniecznie nam przecież wrogą) administracją amerykańską nie ugramy.
A stracić możemy wiele. W najlepszym wypadku nie uczestnicząc w zyskach z odbudowy Ukrainy. W gorszym - stając w wobec konieczności podwyższenia składki za amerykański parasol bezpieczeństwa.
A przecież można inaczej. Można posłuchać (posłuchać nie znaczy automatycznie się zgodzić) trumpistów i zobaczyć, na czym im zależy i jak to się ma do naszych polskich interesów. Ale do tego trzeba wykonać pewien wysiłek - poczytać, po co Trumpowi cła i jak chce je wprowadzać, albo jak zamierza wykorzystywać oszczędności w wydatkach na NATO do osłaniania własnym obywatelom skutków ubocznych przywracania amerykańskiej gospodarce opłacalności własnej produkcji. To wszystko jest opisane. Leży i czeka na odkrycie. W razie czego służę wskazówkami.
Sęk w tym, że tego wszystkiego nie da się robić z zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami. Nie może - jak powiada Pismo - ślepy prowadzić ślepego. Bo obaj do dziury wpadną i mocno się poobijają.
Albo i gorzej.
Rafał Woś
-----
Bądź na bieżąco i zostań jednym z 200 tys. obserwujących nasz fanpage - polub Interia Wydarzenia na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!














