O co chodzi w konflikcie w PiS - i jak to się wszystko może skończyć
Maślarze kontra harcerze, a nad nimi prezes - tak często rysowany jest konflikt w PiS, który może przepołowić tę partię i sporo namieszać na polskiej scenie politycznej. Chodzi przede wszystkim o to, że część liderów chce pozbyć się wewnętrznego konkurenta, a zarazem faworyta do przyszłej walki o władzę w partii, czyli Mateusza Morawieckiego. Ale chodzi też o coś więcej. O tożsamość partii, którą tworzono w zupełnie innych czasach politycznych, a która dziś coraz częściej mówi językiem prawicowej konkurencji.

Właśnie ujrzeliśmy kolejną odsłonę konfliktu w PiS: Mateusz Morawiecki trafi przed partyjną komisję etyki za złamania zakazu wydanego przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tymczasem Donald Tusk ma łatwiej. Platformy Obywatelskiej już nie ma, a jej politykom polecono nie używać tej nazwy. W Koalicji Obywatelskiej ze świecą szukać nazwisk tych, którzy wraz z Donaldem Tuskiem zakładali partię. Paweł Piskorski, Jan Rokita, Andrzej Olechowski, Jacek Saryusz-Wolski, nieżyjący już Maciej Płażyński i Zyta Gilowska polegli z rąk ambitnego lidera. Gdzieś na marginesie partii pozostał ostatni mohikanin pierwszej PO Grzegorz Schetyna.
O tym, jaka ta partia miała być 25 lat temu, nikt nie pamięta, ale też niewielu wymaga od niej konsekwencji w jakiejkolwiek innej programowej sprawie niż zwalczanie PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Nawet silna prounijność, wydawałoby się, najtwardszy rdzeń dzisiejszej PO, była na czas wyborów zawieszana, kiedy z wieców znikały flagi unijne, a lider mówił o tym, że nie da się Brukseli w sprawie migrantów czy efektu klimatycznego.
To paradoks, że elektoratowi PiS zarzucano, iż jest socjalny, kiełbasiany, kupiony za 500 plus i ślepo idący "za prezesem". Tymczasem to elektorat PO i KO bez słowa łyknął zmianę stanowiska choćby w sprawie płotu granicznego oraz kilku innych fundamentalnych spraw.
PiS-owcy natomiast się kłócą. Politycy oczywiście o władzę, ale spór ten jest także sporem programowym o różne grupy elektoratu, które mocno dzielą poglądy. Może to być dla PiS nawet większym problemem niż kłótnie Dworczyka czy Müllera z Jakim czy Sasinem.
Zemsta nie kręci
Kiedy PiS i PO wykluwały się u kresu rządów Akcji Wyborczej Solidarność i u progu rządów Leszka Millera, miały zbliżone programy. Obie partie opowiadały się za wejściem Polski do Unii, choć PiS miał nieco większy dystans, obie chciały umocnienia Polski w NATO. Obie mówiły o odsunięciu postkomunistów od władzy i sanacji państwa, co dziś brzmi dość kuriozalnie.
PiS różniło od PO większe postawienie na komponent socjalny, co z czasem zbudowało podział na Polskę "liberalną i socjalną". Przy tej drugiej PiS twardo pozostał w okresie rządów PO, kiedy zaczął promować modernizacyjny kurs w oparciu o państwo i protekcjonizm gospodarczy.
Doszła jeszcze kwestia stosunku do Brukseli, szczególnie po tym, jak PiS odszedł z Europejskiej Partii Ludowej, gdzie pozostała formacja Tuska, i dołączył do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Przy czym sytuacja stała się nieco trudna, bo z jednej strony po prawej Jarosława Kaczyńskiego zaczęli mijać eurosceptycy z prawicowych partii, które potem złożyły się na Konfederację, a z drugiej miał euroentuzjazm PO, który szczególnie nasilił się za drugich rządów PiS, gdy Bruksela stała się ważnym elementem nacisku na zmianę polityczną w Polsce.
Program Donalda Tuska brzmi dziś: zaorać PiS, wsadzić do więzienia, kogo się da, resztę zwolnić, wykluczyć, postawić pod pręgierzem. I taka też jest wiara spin doktorów premiera. Resztę można zmieniać, ale braku zemsty na PiS elektorat nie wybaczy. A program PiS? Diagnozy społeczne dość jednoznacznie pokazywały, że awersja do ludzi o innych poglądach jest mniej istotnym czynnikiem dla elektoratu tej partii niż w przypadku wyborców partii rządzącej. Cóż więc zaoferować wyborcy?
Rolki i programy
Jeśli zaobserwować podcasty czy rolki części polityków PiS, to mogłyby one być robione przez polityków Konfederacji lub kogoś od Grzegorza Brauna. Ostry kurs antyunijny (wychodzimy) i często antyukraiński (kończymy z pomocą), choć trzeba przyznać, też antyrosyjski, w PiS od zawsze to obowiązkowe, a od 2010 roku tym bardziej. W tej sprawie nie ma przebacz.
Niechęć Jarosława Kaczyńskiego do Putina nie ma nic wspólnego z politycznym wyrachowaniem, a jakiekolwiek wahanie w tej sprawie oznaczałoby koniec kariery. Pojawia się za to krytyka polityki covidowej czy akceptacji KPO.
Z kolei jeśli posłuchać wypowiedzi polityków bliższych Mateuszowi Morawieckiemu, a to programowo dziś najbardziej płodna grupa, to raczej mówią oni o kontynuacji z poprawkami tego, co było za rządów PiS, niż podążają za prawicowymi trendami. Nie pojawiają się tam hasła o polexicie, wręcz traktowane są jako zagrożenie, a polska obecność w UE ma co najwyżej być bardziej podmiotowa.
Rosyjskie (a czasem i chińskie) zagrożenie jest zdecydowanie diagnozowane jako najpoważniejszy problem, a pomoc Ukrainie jako kwestia racji stanu, choć ma się ona odbywać z pewnymi korektami, czyli lepszym zabezpieczeniem interesów Polski, niż działo się to po wybuchu wojny.
Relacje z Brukselą mają się odbywać raczej na poziomie gry, dzisiejszy Waszyngton jest traktowany cieplej, ale nie z aż takim entuzjazmem jak w przypadku niektórych innych polityków - przykładem ekstremalnym jest tutaj chodzący własnymi ścieżkami i mający celebryckie skłonności Dominik Tarczyński.
Pozostaje jeszcze Nowogrodzka, czyli grupa najbardziej zaufanych starych towarzyszy prezesa, a także kilku osób, które do nich dokooptowały. Tu jest trochę jak u Tuska. To prezes ma zdanie, a reszta ma takie zdanie jak prezes. No, może jeszcze w sprawach ekonomicznych zdanie ma prezes Glapiński.
Przykro patrzeć
W prawicowej publicystyce pojawia się teza, że Polska skręciła w prawo, czego dowodem ma być wybór Karola Nawrockiego na prezydenta. Ale nawet obserwując działania prezydenta, można zauważyć pewien rozjazd między ostrym językiem, porządną statystyką wet a dość dużym pragmatyzmem w obszarze konkretnych decyzji.
"Ustawa łańcuchowa" doczekała się prezydenckiej kontrpropozycji, która przypadła do gustu nawet Dodzie, a przecież dla niektórych środowisk prawicowych w ogóle nie powinno się tego regulować.
Prezydent krytycznie odniósł się do ustawy o związkach partnerskich, ale w Pałacu Prezydenckim trwają rozmowy na temat kompromisowej ustawy o osobie najbliższej i to z PSL, które reprezentuje do bólu pragmatyczna zastępczyni Kosiniaka-Kamysza, Urszula Pasławska.
Z czego to wynika? Z praktyki rządzenia. Im bliżej rządów, tym radykalizm się osłabia, a zaczyna się konieczność rozwiązywania problemów w sposób osadzony w otaczających realiach, zdroworozsądkowy i będący efektem licznych kompromisów.
Tyle że w czasach silnej polaryzacji, a także rolek i mediów społecznościowych, elektorat często nie docenia umiarkowania czy rozsądku, bo niewiele one mają wspólnego z emocjami.
Ale czy na pewno? Dość charakterystyczne, że jednak badania konsekwentnie pokazują, iż politykiem najbardziej kojarzonym dziś z programem PiS, a także najchętniej widzianym w roli przyszłego lidera, jest Mateusz Morawiecki. Wyprzedza w tym Patryka Jakiego i Przemysława Czarnka o trzy długości, nie mówiąc o pozostałych politykach.
Paradoks polega na tym, że polityk najbardziej pisowski dla elektoratu i dołów partyjnych jest ciałem obcym dla dużej części partyjnej elity. Obie grupy skupiają się dziś na wewnętrznej wojnie do tego stopnia, że aż - by zacytować Grzegorza Płaczka z Konfederacji - w Sejmie przykro patrzeć.
Logo kontra program
Są i tacy, którzy argumentują, że jeśli ma już dojść do tego rozłamu, to lepiej teraz, bo jeśli partia im pęknie za półtora roku tuż przed wyborami, to się nie odbuduje. W dodatku powstanie dylemat - kto będzie prawdziwym PiS-em i przyciągnie elektorat? Czy posiadacze loga i aparatu programowo ewoluujący w stronę prawicowej konkurencji, czy politycy odpowiadający za rządy PiS ze wszystkimi wzlotami i upadkami, ale pod nowym logiem?
Jest jeszcze jeden element, na który liczą zwolennicy jedności. Że działania czy nadużycia ze strony Donalda Tuska, Waldemara Żurka, Romana Giertycha oraz inspirowanych przez nich mediów na tyle się nasilą w okresie walki przedwyborczej, że partia się na moment zjednoczy w obliczu zagrożenia, gdyż nic tak nie łączy rozbitej drużyny jak wspólny strach przed ostrzem gilotyny.
Wiktor Świetlik















