Nowej konstytucji nie będzie. I jest niepotrzebna
To mit, że Polska potrzebuje innego ustroju. Co nie znaczy, że wojując samym hasłem, Karol Nawrocki czegoś nie ugra.

Prezydent Karol Nawrocki w dzień 3 maja wezwał mocno do podjęcia prac nad nową konstytucją. Termin wybrał dobrze. Rocznica tamtej konstytucji przypomina o roli ustroju w dziele umacniania podmywanego słabościami państwa.
Skład jego rady mającej programować nowy ustrój jest przypadkowy, niespajany żadną wspólną myślą. Prezydent przemieszał polityków (dawno nieczynnych jak Marek Jurek, Ryszard Legutko czy Józef Zych) z ekspertami typu prof. Ryszarda Piotrowskiego czy Anny Łabno. Choć za wcześnie na narzekanie, bo na ile zrozumiałem prezydenta, będzie on to gremium poszerzał o reprezentantów politycznych środowisk.
Ustroju się nie zmieni
Nie widzę problemu w złośliwości Donalda Tuska, który pouczył głowę państwa na platformie X, że warto by zacząć od przestrzegania konstytucji obecnej. Przypomina to wystąpienie piromana upominającego innych, jak szkodliwa jest zabawa ogniem.
Tusk pije do nieprzyjęcia przez prezydenta ślubowania nowych członków Trybunału Konstytucyjnego. A tymczasem w jego państwie ustawy zmienia się rozporządzeniami. Dymisjonuje się samowładnie prokuratora krajowego, choć potrzebna do tego jest zgoda prezydenta. Przeprowadza się wybory Krajowej Rady Sądownictwa według procedury, której wciąż obowiązująca ustawa nie przewiduje. Nie uznaje się orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, choć jest on legalny.
Nie o to więc chodzi. Raczej o to, czy nowa konstytucja jest realna. I czy rzeczywiście jej potrzebujemy. Na oba te pytania odpowiadam, choć to niepopularne, przecząco.
Perspektywa zdobycia przez którąś ze stron pogłębiającej się polaryzacji większości 2/3, potrzebnej do zmiany konstytucji, jest zerowa. Wiadomo już, że KO do wspólnego stołu z ekspertami Nawrockiego nie zasiądzie. Nawet jeśli wybory parlamentarne w roku 2027 wygra prawica, z żadnego sondażu nie wynika tak wielka jej przewaga.
Co więcej, "prawica" jest pojęciem mocno niejednorodnym. Naprawdę wierzycie w skuteczne negocjacje ustrojowe między PiS i Konfederacją? O Grzegorzu Braunie, zwolenniku monarchii, nawet nie wspominam.
Istnieje realna perspektywa, że jeśli zespół powołany przez Nawrockiego, zabierze się serio do roboty, i wyprodukuje jakiś tekst, ten wysiłek zostanie zmarnowany. Prezydent mówi, że właśnie teraz mamy "moment konstytucyjny". Tyle że taki moment wymaga minimalnej skłonności różnych środowisk politycznych do kompromisu. A w obecnej Polsce jest jej coraz mniej.
Zarazem nie uważam, aby przyjęcie nowej konstytucji było potrzebne do naprawy polskiego państwa. Owszem, może tu i ówdzie przydałoby się rozmaite artykuły budzące wątpliwości interpretacyjne poprawić. Tego skądinąd też nie da się zrobić. A Karolowi Nawrockiemu zależy na nowym ustroju, nie na korektach.
Powołuje się on na to, że system się zacina, bo trochę władzy ma prezydent, trochę rząd. Skądinąd w rzadko którym państwie konstytucja w pełni zabezpiecza przed sporami kompetencyjnymi.
Można by nawet złośliwie odpowiedzieć prezydentowi, że nie zacinałby się tak bardzo, gdyby on sam nie korzystał tak chętnie z wszystkich swoich uprawnień. Nie wetował tak często. Nie próbował rządu rozliczać na różne sposoby. Prawa pan prezydent nie łamie. Ale gdyby działał bardziej powściągliwie, zacinania byłoby mniej.
Polska prezydenta czy kanclerza?
Prezydent mówi: postawmy w roku 2030 na jeden ze spójnych, skończonych modeli: prezydencki lub kanclerski, czyli taki, gdzie cała władza skupia się w rękach premiera odpowiedzialnego przed parlamentem.
Skądinąd już przy okazji uchwalania obecnej konstytucji, byli ludzie którzy krytykowali go za połowiczność, choćby Jan Rokita. Ten polityk mówił kiedyś: potrzebny jest naprawdę silny prezydent lub premier. Inaczej decyzje będą blokowane lub rozmywane.
Nawrocki nie ukrywa zarazem, że jemu zależy na systemie prezydenckim. Chce wzmacniać własny urząd, to naturalne. Ma zresztą argumenty. Polacy przyzwyczaili się do wybierania prezydenta w wyborach powszechnych i bezpośrednich. Taki polityk ma mocny mandat. Może więc i należy mu się jeszcze większa władza niż teraz.
Są jednak poważne racje przeciw. Jeśli wybierany oddzielnie od parlamentu prezydent miałby być zarazem szefem rządu (jak w USA, a do pewnego stopnia i we Francji), potrzebna by mu była większość parlamentarna. A co jeśli takim prezydentem byłby, dajmy na to Nawrocki, a większość miałaby obecna koalicja? Otóż w polskich warunkach taki system całkowicie by się zaciął.
Owszem, w USA wiele razy prezydenci rządzili przy Kongresie zdominowanym w obu izbach lub w jednej przez przeciwną partię. Ale ich demokracja kształtowała się przez ponad 200 lat. Nauczyli się ucierać kompromisy i patrzeć sobie wzajemnie na ręce.
Podobnie we Francji. Kiedy w roku 1986 silny prezydent socjalista Francois Mitterand dostał w kolejnych wyborach parlament z centroprawicową większością, uważano, że system V Republiki się zablokuje. Jednak tak się nie stało.
Ale w Polsce by się stało. Wyobraźmy sobie odwrotną sytuację: prezydent Donald Tusk i Sejm, w którym PiS ma większość. Ustrój byłby spójny i konsekwentny tylko pozornie. Posłowie nie mogliby takiego prezydenta odwołać. Ale mogliby odmawiać mu ustaw zgodnych z jego wolą. USA czy Francję ratowała demokratyczna kultura polityczna. W Polsce mieliśmy jej po PRL nie za wiele. Dziś wyzbywamy się tego, co osiągnęliśmy.
Może więc lepszym byłby system kanclerski, z silnym premierem wyłanianym w następstwie wyborów parlamentarnych? W teorii można by to sobie wyobrazić. Trzeba by jednak okroić uprawnienia prezydenckie, a przede wszystkim powierzyć parlamentowi a nie narodowi jego wybór. Dziś Polacy nie są na to gotowi.
Ale mam i innego typu zastrzeżenia. Kiedyś byłem zwolennikiem rządów parlamentarnej większości, która ma pełen wpływ na wszelkiego typu decyzje. Dziś ta moja wiara wyblakła. Wyobraźcie sobie Tuska i jego koalicję z nieograniczoną władzą. Kontrola parlamentarna nad nimi byłaby czysto pozorna. Centrum władzy byłoby niby w Sejmie. A tak naprawdę ta władza robiłaby, co chciała, łącznie z szykanowaniem opozycji, co otwarcie pokazuje. Nikt by jej nie przeszkodził - szczególnie po rozmontowaniu przez obie partie Trybunału Konstytucyjnego.
Obecny pat nas... chroni
Tak naprawdę najbezpieczniejsza jest sytuacja obecna. Rząd parlamentarny ma instrumenty rządzenia, ale prezydent ma narzędzia korygowania niektórych jego decyzji. Oczywiście inaczej jest, kiedy prezydent ma tę samą barwę co większość parlamentarna, ale i wtedy, choć rzadziej, potrafi się zdobyć na kontrakcję - przypomnijcie sobie weta Andrzeja Dudy wobec ustaw sądowych albo lex Czarnek, za rządów PiS. Owszem, taki system jest narażony na wstrząsy. Ale nikt nie dostaje władzy absolutnej. Przy dzisiejszej degeneracji polskich polityków to jest co najmniej mniejsze zło.
Co oczywiście nie przeszkadza nikomu narzekać na podwójność władzy wykonawczej, na wzajemne blokowanie. Nawrocki z tego korzysta, wywołując wrażenie, że można by system naprawić. W rzeczywistości polskie państwo nie psuje się z powodu takich czy innych kompetencji prezydenta czy rządu. Psuje się, bo ma niewydolną administrację, nieprzejrzysty system prawny, słabe służby fiskalne. Tylko że to wszystko może się zdarzyć zarówno w systemie prezydenckim jak i kanclerskim.
Nowej konstytucji raczej nie będzie - bądźmy realistami. Oczywiście wzywając do jej uchwalenia, Karol Nawrocki może odnieść polityczne korzyści. Będzie wskazywał na siebie jako na reformatora, a ludzi Tuska jako hamulcowych. Dlatego ja bym na miejscu obecnego premiera od jakiejś dyskusji o ustroju się nie uchylał. Ale polaryzacja jest chyba zbyt definitywna. A Tusk zdolny do rozmowy tylko z samym sobą.
Piotr Zaremba














