Rakieta, która uderzyła w terytorium Polski, boleśnie przypomniała, że naszym prawdziwym wrogiem jest putinowska Rosja, a nie Ukraina i Ukraińcy. Bez względu na historię, która nas dzieli, bez względu na momentami konfrontacyjną politykę prowadzoną przez Wołodymyra Zełenskiego, polska prawica wciąż stoi przed szansą, by nie podgrzewać antyukraińskich nastrojów.
Prezent dla Kremla
I tak dobierać słowa w debacie publicznej, by walka o rozliczenie Wołynia i krytyczny stosunek do ukraińskich elit, które nie odcinają się od banderyzmu, nie stawała się inspiracją lub przyzwoleniem do ksenofobicznych ekscesów i aktów agresji. I by polska racja stanu - przetrwanie niepodległej Ukrainy - była wyprowadzona poza codzienną wojnę polsko-polską.
Być może pierwszym odruchem, jaki warto w tej sprawie odnotować, była jednoznaczna reakcja Jarosława Kaczyńskiego na słowa Przemysława Czarnka.
Kandydat Prawa i Sprawiedliwości na premiera - w swej szarży po elektorat Grzegorza Brauna - stwierdził, że "Unia Europejska powinna wstrzymać finansowanie zbrojeń i odbudowy Ukrainy do czasu zmiany jej polityki wobec Polski".
Gdyby tak się stało, byłby to prezent wyłącznie dla Kremla i być może sprowadzenie na nasz kraj jeszcze większego niebezpieczeństwa. Ta cyniczna gra, by antyukraiński elektorat pokochał PiS, to ślepa uliczka: poparcie nie rośnie, a nienawiść jest karmiona. I daje fatalne owoce.
Polacy, Ukraińcy i najgorsze skojarzenia
Prezes PiS - choć Czarnek nie poniósł żadnych konsekwencji partyjnych i nadal buduje alt-rightowy wizerunek po rozłamie - stwierdził, że jego partia stoi i zawsze stała "na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna".
"To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa" - skwitował Kaczyński.
Także prezydent Karol Nawrocki, ustami swojego rzecznika, opowiedział się za dalszym wspieraniem Ukrainy. Ten sam Nawrocki, wezwany przez Donalda Tuska do potępiania bandyckiej napaści na młodych Ukraińców we Wrocławiu, odpowiedział poprzez swojego przedstawiciela, że premier nie radzi sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa na polskich ulicach.
Tyle że problem jest realny. Używanie antyukraińskich nastrojów do budowania polityki nie pozostaje bez echa. Banda osiłków okładająca pięściami i kopniakami niewinnych ludzi tylko dlatego, że są Ukraińcami, to obrazek, który przywołuje w pamięci najgorsze skojarzenia.
Ataki na tle narodowościowym są zawsze drogą do piekła nacjonalistycznej destrukcji, budują atmosferę pogromową i ośmielają przemoc.
Kto nie słucha Jana Pawła II?
Prawica - zwłaszcza jeśli chce nieść na sztandarach walkę o historię, na kartach której nie czci się zbrodni UPA - powinna wiedzieć to najlepiej. I umieć twardo potępiać wszelkie akty szowinistycznej agresji, takie jak we Wrocławiu.
A nie, jak Witold Tumanowicz z Konfederacji w Polsat News w "Debacie Gozdyry", stwierdzać, że "to są właśnie sytuacje, których będzie jeszcze więcej, jeśli będziemy dopuszczać do masowej niekontrolowanej imigracji".
Bo dokąd prowadzi tolerowanie takich ekscesów, także doskonale wiemy z przeszłości. Samozwańcze "patrole" nacjonalistów na warszawskim Dworcu Centralnym, które tropiły Ukraińców, to już wzorzec z katalogu faszystowskiego.
Ze strony rządowej słychać apele nie tylko do prezydenta, by potępił przemoc, ale także do przedstawicieli Kościoła katolickiego. Nawet jeśli jest to próba zbudowania nowej polaryzacji - większość tolerancyjnych Polaków kontra coraz bardziej agresywna mniejszość - milczenie hierarchów jest wymowne.
Jan Paweł II, wzór polskich patriotów, ponad dwie dekady temu w orędziu na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy przeciwstawiał się "wszelkim przejawom rasizmu, ksenofobii i skrajnego nacjonalizmu".
Dziś widzimy, że bezskutecznie.
Przemysław Szubartowicz















