Nowa mapa bezrobocia w Polsce. Dociera do miejsc, w których go nie było
Bezrobocie zaczyna się nam układać w nową, inną niż dotychczas mapę. Ostatnio rośnie bowiem najszybciej w miejscach uchodzących dotąd za obszary w zasadzie pełnego zatrudnienia. I tak na przykład w powiecie wrocławskim stopa bezrobocia urosła w ciągu dwóch lat o 50 proc. A w powiecie poznańskim o 30 proc. Także na Śląsku (Katowice, Gliwice) mamy wzrosty poziomu bezrobocia między 30-50 proc.

Fakty są takie, że w Polsce od miesięcy rośnie głupie i podłe bezrobocie. Rośnie uparcie nawet tam, gdzie go dotąd prawie nie było. I za nic nie chce się to bezrobocie uśmiechać. Niechybnie jest za PiS-em albo i gorzej.
Fakty są więc takie, że bezrobotnych jest już w Polsce prawie milion (stopa bezrobocia w marcu na poziomie 6,1 proc.) i że to jest o 20 proc. więcej niż dwa lata temu.
Faktem jest też to, że mamy bardzo słabe wyniki, gdy idzie o przyrost nowych ofert pracy oraz to, że w 2025 roku nowych etatów stworzono w Polsce najmniej od… kryzysu z 2008 roku.
I to także fakt, że średnia planowana podwyżka w polskich firmach spadła do poziomów nienotowanych od półtorej dekady.
Nowa mapa bezrobocia w Polsce
Jest wreszcie faktem, że bezrobocie zaczyna się nam układać w nową, inną niż dotychczas mapę. Ostatnio rośnie bowiem najszybciej w miejscach uchodzących dotąd za obszary w zasadzie pełnego zatrudnienia. I tak na przykład w powiecie wrocławskim stopa bezrobocia urosła w ciągu dwóch lat o 50 proc. A w powiecie poznańskim o 30 proc. Także na Śląsku (Katowice, Gliwice) mamy wzrosty poziomu bezrobocia między 30-50 proc.
Do tego duże miasta chłonące dotąd pracowników jak sucha gąbka rozlaną wodę nie wyglądają już tak dobrze. W Gdańsku jest dziś o 30 procent więcej bezrobotnych niż w 2024. Podobnie w Poznaniu (plus 35 procent) i Krakowie (plus 29 proc.). Są w Polsce powiaty, gdzie wzrosty bezrobocia są wręcz astronomiczne - jak na przykład w Kołobrzegu (plus 80 procent) czy Gorzowie Wielkopolskim (plus 71 proc.).
Niedobrze o tym mówić
Jednocześnie trwa planowa i skoordynowana operacja wielkiego wyparcia tych wszystkich faktów. Od wielu miesięcy władza i jej komentatorska otulina robią wszystko, by odsunąć od siebie przykre informacje o rosnącym bezrobociu. Jest to konieczne, by uśmiechnięta Polska mogła się dalej uśmiechać i nie czuć dyskomfortu, lęku czy poczucia winy związanego ze stałym pogarszaniem położenia polskiej pracy pod jej rządami.
W służbie tego wypierania stosowany jest pewien katalog określonych chwytów. Pierwszy to argument o sezonowym charakterze rosnącego bezrobocia. Drugi dotyczy zmianach w statystyce liczenia bezrobocia. Trzeci jest o demografii. Czwarty o rekordowo niskim bezrobociu na tle pozostałych krajów UE.
Z każdym z tych chwytów można się oczywiście mierzyć. Z pierwszym wskazując, że rosnące od dziewięciu miesięcy bezrobocie jako żywo nie może być sezonowe. No chyba że w związku z globalnym ociepleniem (lub ochłodzeniem, niepotrzebne skreślić) sezony wydłużyły nam się do trzech kwartałów.
Na drugi argument (ten statystyczny) odpowiedzieć można, iż nawet wedle przedstawicieli ministerstwa zmiany w statystyce tłumaczą tylko część wzrostu liczby bezrobotnych. A po drugie, takie rozwiązania jak trudniejsze wykreślanie z rejestru bezrobocia wprowadzone zostały po to, byśmy lepiej widzieli, ile osób naprawdę jest bez pracy.
To, co widzimy, nie jest więc żadnym złudzeniem optycznym. Także argument o najniższym bezrobociu w UE też już w międzyczasie nie jest aktualny, bo przeskoczyły nas ostatnio Czechy czy Bułgaria. A to dlatego, że liczone przez Eurostat metodą wywiadów (tzw. BAEL) bezrobocie w Polsce także rośnie.
Bezrobocie a kampania wyborcza. Każdy chciałby błysnąć
Rząd i przychylni mu publicyści liberalni nie chcą jednak tak naprawdę o tym dyskutować. Oni żonglują swoimi objaśnieniami na przemian, jak im akurat pasuje. Byle tylko odsunąć od siebie rzeczywistość i nie musieć się mierzyć z problemem pogorszenia na polskim rynku pracy. Efekt jest taki, że sprawa od miesięcy znajduje się poza radarem obecnej parlamentarnej większości.
Nie podejmuje ona więc żadnych działań zapobiegawczych. Nie ma interwencji na rynku pracy. Nie ma inwestycji z przeznaczonego na taki właśnie cel funduszu pracy. Inna sprawa, że pieniądze stamtąd poszły na pilotażowe badanie… skrócenia czasu pracy, którym Nowa Lewica chciałaby błysnąć w trakcie kampanii wyborczej.
Nie widać też nawet głębszego namysłu nad planowanymi przyczynami rosnącego bezrobocia. Choć to ostatnie też jakoś nie dziwi. Bo idąc tym tropem, władza musiałaby zmierzyć się z innymi niewygodnymi faktami. Choćby z tym, jak bardzo polska wytwórczość jest dławiona wysokimi cenami energii oraz kosztami polityki klimatycznej UE (w tym niesławnego podatku ETS). Albo jak masowa migracja (legalna i nielegalna) wpływają na osłabienie pozycji pracownika i jak bardzo wypychają go z rynku pracy. Zresztą już nawet zestawienie liczby bezrobotnych z oficjalną liczbą pracujących w Polsce migrantów dają wiele do myślenia.
W jednym i w drugim przypadku to jest mniej więcej tyle samo. Czyli milion. Bo tyle jest dziś w Polsce zarówno brakujących miejsc pracy dla bezrobotnych jak i cudzoziemców na pobycie stałym i czasowym. I ta tożsamość obu wielkości to też oczywiście nie jest przypadek.
Tego wszystkiego rząd woli jednak nie widzieć. Bo po co się denerwować, jak można udawać, że bezrobocia w Polsce nie ma. A wymyśliła jest zła opozycja, złe związki zawodowe i jeszcze gorsi publicyści w stylu Wosia.
Rafał Woś













