Z informacji, które dziś mamy, można wnioskować, choć i to są wnioski bardzo ryzykowne, że Przemysław Kral, szef Zondycrypto, zdecydował się na współpracę z polskimi władzami i odblokowanie części środków, którymi zarządzała giełda w zamian za bezkarność lub radykalne złagodzenie kary.
Pytań pozostaje jednak bardzo dużo. Czy częścią porozumienia będzie udział w walce politycznej i oczernianie przeciwników obecnego układu władzy? Czy bezpieczny powrót Krala do kraju zostanie kupiony za całą "zaginioną" kwotę, czy tylko jej część? Jeśli tak, to gdzie jest reszta? I w końcu, co stało się z zaginionym twórcą giełdy?
Na razie trwają próby dyskontowania politycznego sytuacji, ale też nie do końca jasna gra wewnątrz obozu władzy, która toczy się wokół tej sprawy.
Zondacrypto. Kogo by tu przylepić
Z perspektywy prawnej sprawa jest ogólnie dość prosta, choć w szczególe zapewne piekielnie skomplikowana. Należy sprawdzić, jak doszło do zaginięcia ogromnych kwot zainwestowanych przez klientów giełdy, odzyskać to, co się da odzyskać, w końcu ukarać winnych ewentualnych przestępstw.
Tyle że w tej ostatniej sprawie główny podejrzany właśnie uzyskuje, według informacji przekazywanych przez media, status małego świadka koronnego, a więc prawdopodobnie unika ewentualnej kary albo zostaje ona drastycznie złagodzona.
Jeśli miałoby to prowadzić do odzyskania przez klientów giełdy wszystkich zainwestowanych środków, to jeszcze można to kontrowersyjne działanie jakoś zrozumieć. Biorąc jednak pod uwagę dzisiejszą aktywność, powiązania i CV nowych obrońców pana Krala, czyli mecenasów Romana Giertycha i Jacka Dubois, można mieć uzasadnione wątpliwości, czy jednym z celów ich działania nie jest wizerunkowe uderzenie w przeciwników politycznych za pomocą ustalonych zeznań czy nawet przekazywanych przez media sugestii.
Wystarczy uwzględnić fakt, że pierwszą osobą, która poinformowała o "pozyskaniu" Przemysława Krala przez Romana Giertycha, była mocno zbliżona do kręgów władzy Dorota Wysocka-Schnepf z TVP, a obiektem ataku za rzekome kontakty z Zondacrypto stał się między innymi Krzysztof Stanowski i jego medium. Problem w tym, że ten ostatni żadnej współpracy z giełdą nie podjął, ale i tak jego nazwisko wymieniano w jej kontekście. Trudno nie połączyć tego z ostrym konfliktem personalnym między Giertychem a Stanowskim, ciągnącym się od czasu słynnej debaty wyborczej.
Przemysław Kral i Radosław Piesiewicz, czyli kup pan zegarek
W sprawie Zondacrypto w obie strony będzie teraz latać więc sporo błota, co nie znaczy, że nie zawsze trafi ono niecelnie. Jan Filip Libicki, dziś w PSL, ogłasza, że sprawa doprowadzi do bankructwa prawicowej telewizji, która "będzie musiała oddawać pieniądze" wzięte na reklamy od giełdy.
Problem w tym, że Zonda ogłaszała się w największych mediach i sponsorowała największe polskie kluby sportowe, więc trudno wymagać od biur reklamy, by prześwietlały każdego klienta. Jest to zresztą identyczna sytuacja jak w przypadku niesławnego Amber Gold, które uwiarygodniło się przez najpoważniejsze media w kraju.
Z kolei rozmowy, do których miało dojść, na temat zakupu części Republiki przez Krala, nie zakończyły się transakcją. Także i tu trudno zakazać właścicielom prywatnych telewizji rozmawiać z prywatnymi inwestorami. Zondacrypto działał wówczas jako legalne przedsiębiorstwo.
Co z politykami? Według nowych informacji polityk PiS Michał Moskal miał spotykać się z Kralem na Ibizie. Otwartym pozostaje pytanie, kto płacił za te spotkania i co było ich celem, a także efektem.
Dochodzi sprawa urzędnika Radosława Piesiewicza, szefa PKOl, który miał otrzymać od Krala zegarek. Tu zresztą zarzut jest o niebo poważniejszy. Wedle Piesiewicza zegarek został przez niego zakupiony "za pośrednictwem" Krala. Brzmi to co najmniej dziwacznie, a raczej jak tłumaczenie przed sądem, gdzie musi zostać dowiedziona wina, ale nie przed zdroworozsądkowym odbiorcą.
Ale - z drugiej strony - wiceprzewodniczący klubu Koalicji Obywatelskiej jedzie do Przemysława Krala z dziwną misją. W pewnym momencie zostaje ogłoszone, że jest jego obrońcą. Potem tłumaczy, że właściwie to tym jego obrońcą jest od dawna, a od Krala nie weźmie żadnych pieniędzy, bo wykonuje swoją misję… jako poseł. Dochodzi do tego walka Romana Giertycha z prokuratorem krajowym Dariuszem Kornelukiem, który miał nie wiedzieć o tej dziwnej misji.
I co z wątkiem rosyjskim? Ostatecznie sam szef rządu ogłosił Zondacrypto instytucją stworzoną przez rosyjską mafię i GRU. Czy teraz jego przyboczny adwokat będzie bronił owej mafii? Czy też, w tak ważnej sprawie, Donald Tusk konfabulował? Jedno i drugie nie jest świadectwem odpowiedzialności.
Znajdzie się część?
Sprawa Zondacrypto i to, z czym mamy dziś do czynienia, w oczach odbiorcy komplikuje się coraz bardziej, bo nieustannie próbuje się na niej ugotować polityczny kotlet. A zagadek jest naprawdę dużo. Co stało się z zaginionym założycielem poprzedniego wcielenia tej giełdy? Dlaczego Przemysław Kral zdecydował się na grę polityczną, zamiast skorzystać z izraelskiego paszportu, który posiada (Izrael niemal nie wydaje swoich obywateli)? Jaka jest w tym wszystkim rola prawników zbliżonych do władzy? I czy któryś z polityków opozycji lub urzędników w złej wierze, czyli mając świadomość nieprawidłowości, działał na korzyść Krala?
Dziś każde działanie związane z rynkiem kryptowalut będzie w Polsce traktowane jako jakaś niecna aktywność. Dowiódł tego niedawno PiS, zgłaszając absurdalny projekt… zakazania w Polsce kryptowalut.
Z drugiej strony mamy konsekwentne próby wiązania prezydenta z Zondacrypto, gdyż Karol Nawrocki wetował ustawy dotyczące tego rynku. Jego przeciwnicy oczywiście nie wspominają, że głowa państwa złożyła własny projekt regulacji.
Gdy medialne błoto lata wszędzie i wszyscy są nim w końcu pochlapani, trudno będzie ustalić, kto naprawdę jest winny. A także, czym naprawdę była Zondacrypto i co stało się z pieniędzmi jej wierzycieli. Wszystkimi pieniędzmi, bo triumfalne ogłoszenie odzyskania na przykład 75 czy 90 procent będzie nadal oznaczało zaginięcie gigantycznych funduszy.
Wiktor Świetlik














