Nie kibicuję Orbanowi. Powody są dwa
Polska prawica ma kilka dobrych powodów aby myśleć o dalszych rządach Orbana z sympatią. Ja się ich obawiam, bo węgierski premier ową polską prawicę demoralizuje. Polski interes narodowy z pewnością nie jest tożsamy z węgierskim.

Na kilka dni przed węgierskimi wyborami w internecie miało miejsce rozliczanie konserwatywnych autorów, komentatorów i publicystów z tego, czy i na ile popierają Viktora Orbana. Naturalnie nie wszystkich. Ci, którzy schowali się we własnej bańce, byli raczej bezpieczni.
Szczególnie dotkliwe było to z kolei dla tych, którzy byli i są znani ze swojego zaangażowania antyrosyjskiego i proukraińskiego. Dla nich, istotnie, było to kłopotem.
Wybory na Węgrzech. Orban problemem prawicy?
Sam Jarosław Kaczyński miał ostatnio wypowiedzi (także dla węgierskich mediów), w których tłumaczył, dlaczego zwycięstwo Orbana byłoby ważne i pożądane - dla Europy i Polski. A nie szedł on do tej pory szlakami Orbanowej geopolityki.
Co do przypieranych do muru konserwatystów, wybierali różne opcje. Jedni wklejali linki do swoich tekstów, w których Orbana krytykowali. Inni udzielali rozmaitych, czasem przewrotnych odpowiedzi.
Jak pewien prawicowy intelektualista bliski PiS, który twierdził, że chce aby Orban wygrał, bo rządzone przez niego Węgry są pierwszym chłopcem do bicia w Unii Europejskiej, więc będzie więcej przestrzeni dla Polski, jeśli pod władzą prawicy znów spróbuje bardziej suwerennistycznego kursu.
To były i są debaty typowe dla czasów współczesnych. W social mediach, ale i w mediach tradycyjnych, coraz ciężej broni się poglądów bardziej złożonych. Coraz trudniej powiedzieć: "Tak, ale i nie". Albo "Tak, ale i inne tak".
Nie dyskutuje się na ogół żeby kogoś przekonać, albo przynajmniej poznać i zrozumieć cudze poglądy. Oponenta trzeba dopaść, zdemaskować, zawstydzić, ośmieszyć. W memicznej wersji debaty nie ma miejsca na niuanse, na komplikacje.
Węgry. Orban się stawia
To oczywiste, że polska prawica może woleć Węgry, rządzone przez Orbana, od Węgier rządzonych przez Magyara. Z dwóch powodów co najmniej. Po pierwsze, wydaje się, że dziś napięcie między pomysłem na Europę bardziej federalną i obroną racji bytu państw narodowych, to jedna z głównych treści polityki: na szczeblu krajowym i europejskim.
Orban jest wyrazistym oponentem centralizacji Unii Europejskiej. Stawia się Brukseli w sprawach, które ważne są dla wszystkich środowisk eurosceptycznych: polityki wobec imigrantów, polityki klimatycznej czy ideologicznej urawniłowki, zarządzanej przez Brukselę.
Stanowisko Magyara w tych sprawach jest co najmniej niejasne. Możliwe, że w ramach wdzięczności wobec Unii, która go otwarcie popiera, zacznie się po swoim zwycięstwie dostosowywać do jej polityki.
Powód drugi to ideologiczna treść rządów Orbana. On najbardziej świadomie zabrał się za szukanie alternatyw dla tzw. demokracji liberalnej. Wyprzedził w tym inne formacje w Europie - przypomniała o tym na stronie Klubu Jagiellońskiego Hanna Szymowska. Przy czym realna treść tej jego polityki nie jest tak radykalna jak ogólne deklaracje.
Jego rząd nigdy nie próbował na przykład zakazywać aborcji, a miał większość nawet dla konstytucyjnego zakazu.
Zarazem w podważaniu pewnych poprawności dekretowanych przez Brukselę, a lansowanych choćby przez zachodnie fundacje, chyba dość mocno przebudował świadomość węgierskiego społeczeństwa. To charakterystyczne, że w kolejnych wyborach liberalne i lewicowe formacje przegrywały z nim z kretesem.
Magyar to dysydent z Fideszu, przedstawiający się jako narodowy konserwatysta. Dopiero ktoś taki mógł się poważyć na rzucenie wiecznemu premierowi wyzwania. W oparciu o zarzuty, dotyczące jakości rządzenia.
Orban dokonał czegoś, co PiSowi na przykład kompletnie się nie udało (i chyba nawet nie próbował): zbudował rodzimą oligarchię. W Polsce pieniądze po ośmiu latach rządów prawicy są nadal przeważnie w rękach jej wrogów.
To są powody dla których polski prawicowiec może lubić Orbana. Donald Tusk używa go dziś jako kolejnej maczugi do okładania po głowach pisowców, wpychania ich w bagno rzekomej prorosyjskiej międzynarodówki.
To żadna debata, to czysta propaganda na poziomie kolejnych memów. Ja staram się zrozumieć. Nawet i to, że utrata przez Zbigniewa Ziobrę azylu to dla PiS realny problem.
Orban demoralizuje
Zrozumieć to jedno, przyłączyć się, to co innego. Orban walczy dziś z Ukrainą, kreując ją na główne zagrożenie dla suwerenności swojego państwa. To absurd, przy okazji także niegodziwość. Ale wspieranie blokad pieniędzy idących na ukraińską obronność to przede wszystkim wspieranie ekspansji Władimira Putina w Europie.
Prawicowcy rozdarci między antyrosyjskością i pokusą aby nieliberalnej demokracji znad Dunaju nadmiernie nie atakować, odpowiadają długą listą innych rządów, które także na różnych etapach wojny blokowały sankcje czy utrudniały antyputinowską mobilizację. I to prawda, mało kto ma tu całkiem czyste sumienie. Ale dziś to Orban jest w prorosyjskich działaniach najbardziej skuteczny. I to wystarczy abym mu nie życzył zwycięstwa.
Przy czym jest coś groźniejszego nawet niż owe działania Węgier na szczeblu międzynarodowym. Te recytacje, że oto mamy polityka, który realizuje narodowy interes swojego kraju, zamiast wdawać się w międzynarodowe awantury, degenerują część polskiej prawicy.
W PiS jedni na zarzuty flirtu z prorosyjskim politykiem odpowiadają: "My go w tym nie popieramy". Ale ludzie dawnej Solidarnej Polski mówią o tym wymiarze polityki Orbana z wyraźną sympatią. Takie tony pobrzmiewają czasem i u Przemysława Czarnka. Im coraz ciężej trwać w rozkroku. Jeśli Orban znów wygra, ta pokusa się nasili.
Wraz z nastawieniem Konfederacji i zwłaszcza partii Grzegorza Brauna, oni Orbana kupili jako geopolityczny wzorzec od początku, będzie to zapowiedź czegoś bardzo niedobrego, jeśli w roku 2027 naprawdę powstanie prawicowa koalicja.
Dziś to jest wciąż bardziej produktem propagandy, uprawianej osobiście przez Donalda Tuska, premiera nie od rządzenia, a od PR-u, także czarnego. Wyobrażam sobie jednak prawicowy rząd, który wycofuje się z kolejnych elementów wspierania ukraińskiego sąsiada.
Dlaczego? Między innymi dlatego, że "dał nam przykład Victor Orban, jak zwyciężać mamy". Przy czym "zwycięstwem" będzie kupowane sobie złudnego spokoju po to, aby tkać rozgrywki wewnątrz Unii z wątpliwymi partnerami.
Nie wszystko jest czarno-białe
Mam świadomość, że moje własne stanowisko uwikłane jest w sprzeczność. Bo na początku pokazałem, że rządy Orbana nad Dunajem to nie jest czyste zło, po czym przed nim jednak przestrzegam. Prawda, ale przypomnę, że ja w tych wyborach nie biorę udziału. Innym Polakom też zalecam aby zamiast przywdziewać szaliki kibiców przy okazji nie swojego meczu, pomyśleli, z maksymalnym chłodem.
Ja rozumiem, że po raz kolejny pojawia się nadzieja na zwycięstwo eurosceptyków w kilku innych krajach Europy (Francja), a więc nadzieja na jakieś przemodelowanie Unii Europejskiej. Tym niemniej przywołajmy inną hipotezę. Gdyby Rosja po pokonaniu Ukrainy, spróbowała coś wymuszać, niekoniecznie nawet w trybie wojennym, na Polsce, to prawicowy brat Orban z pewnością nie próbowałby nam pomóc.
Przy okazji jeszcze jedna rada. Nie udawajcie mądrzejszych od samych Węgrów. Jeśli po szesnastu latach rządów ten rząd chyli się ku upadkowi, są ku temu powody, wykraczające poza logikę ideologicznego meczu. Warto dowiedzieć się spokojnie, jakie. Od nadmiaru wiedzy się nie umiera.
Piotr Zaremba



















