Nie będziemy umierać za Grenlandię?
Gładko śmiać się z Bundeswehry. Po 44 godzinach Niemcy zakończyli militarne okazywanie solidarności Duńczykom. O czym jednak świadczy polska niechęć do wysyłania oddziałów na Grenlandię czy Ukrainę? Zapewne nie o romantycznej odwadze.

Ostatnio część naszej internetowej opinii publicznej śmiała się do rozpuku z Bundeswehry. Okazało się, że - dla zamanifestowania solidarności - Niemcy wysłali na Grenlandię garstkę wojska na ok. 44 godziny.
Rzeczywiście, to nawet nie były dwie doby. Poza obecnością Duńczyków i Niemców symboliczne oddziały wysłały także Wielka Brytania, Francja, Norwegia, Szwecja, Finlandia oraz Holandia.
Warto przypomnieć, że po wyjściu Londynu z Unii Europejskiej składa się ona obecnie z 27 krajów członkowskich. Przeważająca liczba państw zatem wolała się nie wychylać. I pozostała "w domach".
44 godziny
Dawno, dawno temu w szkołach podstawowych uczono nas, że warto, a nawet trzeba walczyć "za wolność naszą i waszą". Antyimperializm, powstania narodowe, romantyczne szaleństwo XIX wieku - wszystkie te hasła wydawały się krążyć w krwiobiegu ideowym "wiecznej polskości".
Od dłuższego czasu jednak wszystko wskazuje na to, że owe hasła raczej wypływały z pewnej koniunktury. Ze znajdowania się w beznadziejnej sytuacji geopolitycznej naszych przodków niż z naszej nadzwyczajnej predylekcji do szlachetności. Teraz raczej należałoby powiedzieć, że wyszywanym hasłem na sztandarach byłoby: "Kochani, nie będziemy się wygłupiać".
I w tym punkcie - wracając do liczb - stanowimy normę, średnią europejską. Ostatecznie 20 państw Starego Kontynentu, jeśli na coś się w ogóle zdobyło, to na solidarność werbalną z Danią i Grenlandią. Jakby nie było, chodzi o roszczenia terytorialne ze strony super-mocarstwa XXI wieku.
Wysłanie dziś polskich oddziałów do Nuuk byłoby wręcz wzorcowym zastosowaniem algorytmu romantycznego nieokiełznania. Najwyraźniej od 1989 roku otrzeźwieliśmy, żyjąc w niepodległym państwie.
Za co umierać?
Owa decyzja nie jest jednak pozbawiona dwuznaczności. W 1939 pewien francuski publicysta deklarował, że nie chce umierać za Gdańsk. W praktyce to hasło zastosowano militarnie w 100 proc. Linia Maginota miała uchronić Francję przed katastrofą.
Nie tak dawno temu, po pełnoskalowej agresji rosyjskiej, inny publicysta, zresztą także francuski, oświadczył, że nie zamierza umierać za Donbas. Nie było to miłe dla uszu. Niemniej warto może docenić szczerość publiczną. Ten dżentelmen po prostu powiedział wprost to, co myśli masa ludzi w krajach Europy Zachodniej i Wschodniej.
Solidarność solidarnością, ale my jednak nie zamierzamy ryzykować życia, zdrowia i zebranego majątku. Polski rząd podjął decyzję, aby nie dołączać do wspomnianej ósemki państw. Obecnie to my zatem wysyłamy światu: "Nie będziemy umierać za Grenlandię".
Nie tylko zatem z uwagi na ewentualne członkostwo w G20, można powiedzieć, że bezdyskusyjnie dołączyliśmy do klubu państw sytych, może nawet objedzonych. Z drugiej strony pośpieszny odwrót niemieckich oddziałów z Grenlandii dowodzi, że może w ogóle nie był to dobry pomysł.
Amerykanie zaopatrują Europejczyków w lwią część broni i amunicji. Gdyby doszło do głupiego incydentu wojskowego, sytuacja byłaby wysoce niezręczna. Mądrość na polityków Europy Zachodniej i Północnej najwyraźniej spłynęła z opóźnieniem. Najpierw opowiadano o postawieniu się prezydentowi Donaldowi Trumpowi i jego bezprawnym żądaniom.
Później w kręgach dyplomatycznych spuszczono z tonu. I okazało się, że cała akcja miała na celu "tylko" pokazanie, że Europa umie obronić Grenlandię - w domyśle: przed Rosją i Chinami - a nie przed USA. Zdaje się, że groźba amerykańskich ceł schłodziła głowy szybciej niż grenlandzkie mrozy.
Widać jedynie wolę przetrwania na mapie
Problem jednak nie znika. Jeśli Paryż, Londyn i Berlin niewiele znaczą w tej rozgrywce, to całe zachęty do przemyślenia roli Polski w nowej sytuacji geopolitycznej wydają się mydleniem oczu.
Nasze działania - na plus i na minus - w obecnej sytuacji coraz mniej znaczą. Czy pan Karol Nawrocki będzie w Radzie Pokoju dla Strefy Gazy zasiadać obok Władimira Putina, staje się kwestią smaku, ale w ogóle nie przesądza o naszym bezpieczeństwie. Obecny kryzys postawił w świetle punktowym bolesny brak naszej sprawczości.
Ostatni raz militarnie o czymkolwiek zadecydowaliśmy ponad wiek temu, w 1920 roku. II wojna światowa była samobójczym spazmem przed utratą znaczenia przez cały Stary Kontynent. Mozolne budowanie wspólnej Europy - wbrew opowieściom Trumpa - odbywało się zresztą za amerykańskim pozwoleniem.
Ręka w rękę konstruowano także NATO. Od pewnej chwili w Europie zaczęto łudzić się czy marzyć, że prawem międzynarodowym, dobrobytem i promocją pokoju uda się zmienić świat dokoła. Zredukować przemoc w relacjach między państwami i ludźmi.
Dla Polski ten świat miraży i praw człowieka był wielką szansą, którą zresztą wykorzystaliśmy. Reszta dziś od nas na poziomie międzynarodowym nie zależy. Bez zgody Amerykanów nie zdobędziemy broni jądrowej itd.
Dawnym Polakom postawy ugody wobec caratu nie smakowała. Regularnie buntowali się wobec "rozsądnych" salonów. Czy współczesnym Polakom będzie smakować postawa ugody wobec jankesów?
Czas szparko nam pokaże. Póki co jednak we wszelkich odsłonach haseł "nieumierania za Donbas" czy "nieumierania za Grenlandię" przegląda się dziejowy brak europejskiej, w tym polskiej, podmiotowości. Widać jedynie wolę przetrwania na mapie.
Jarosław Kuisz

















