Na wspólnej konferencji prasowej padła deklaracja Trumpa, że USA nie wycofają wojsk z Polski. To ważne, że ta kwestia się pojawiła, nawet jeśli z dowolnego powodu (np. tego, że polski rząd nie kupi dość broni z USA) w przeciągu miesiąca decyzja może być dokładnie odwrotna.
W odpowiedzi na pytanie o to, czemu Trump nie podejmuje działań wobec Putina prezydent USA zasugerował korespondentowi Polskiego Radia zmianę zawodu. Trump bronił się, mówiąc o sankcjach na Indie za kupowanie rosyjskiej ropy. Nie podejmował jednak dalej idących deklaracji w sprawie wojny, posługując się ogólnikami i rozważaniami na temat natury wojny.
Nawrocki, który większość część konferencji tylko słuchał i się uśmiechał, w swojej krótkiej wypowiedzi miał kilka lapsusów. Śmierć polskiego pilota w katastrofie niechcący nazwał wspaniałą (terrific) zamiast terrible, zasugerował również śmierć (loss) dwójki dzieci Macieja Krakowiana - ale nie miało to większego znaczenia dla przebiegu konferencji i nie wpłynęło raczej na jej odbiór.
Sukcesem Nawrockiego było uzyskanie zaproszenia Polski na szczyt G20 w Miami. To symbol, ale ważny, bo pokazujący rosnące znaczenie Polski i przede wszystkim fakt, że Nawrocki ma możliwość uzyskania czegoś od Trumpa - nawet jeśli jest to tylko bezkosztowy gest pod adresem swojego "szczęśliwego zakładu". Obaj prezydenci podkreślali, że Trump dobrze obstawił w polskich wyborach, co ewidentnie sprawiło mu dużą przyjemność.
Nawrocki zdążył wspomnieć o tym, że z USA łączą nas wartości (choć z Trumpem "it's just business"), przywołując przy tym Pułaskiego i Kościuszkę. Podkreślił swoją kampanijną walkę z przeważającym przeciwnikiem i kluczową pomoc Trumpa. To jak to jest z tym wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy Polski, można, pod warunkiem, że interwencja jest na naszą korzyść? Widać tu kompleks i realny brak suwerennościowego myślenia polskiej prawicy.
Polski prezydent przytomnie podziękował również 10 milionom "Polaków" w USA, którzy głosowali przeważnie na Trumpa - oraz na niego samego. Faktycznie głosów z USA padło na niego raptem 28 tys. (na Trzaskowskiego 21 tys.). Natomiast podkreślenie, że Polska ma wpływ na wybory amerykańskie było i jest ogromnym atutem w relacjach z naszym sojusznikiem i Nawrocki zrobił to we właściwy sposób.
Nawrocki przypomniał o inwestycjach w zbrojenia, a Trump podkreślał korzyści z tego dla USA i wyróżnił Polskę jako jeden z dwóch krajów, które wydawały więcej niż musiały. Nie przeszkodziło mu to podkreślić, że USA przestaną wysyłać uzbrojenie dla Ukrainy w formie darowizny i że teraz za wszystko płacić będą kraje NATO. To był jeden z tych momentów, gdy z szeroko uśmiechniętej twarzy polskiego prezydenta, zniknął na moment uśmiech.
Skutki wizyty
W sensie wizerunkowym Nawrocki uzyskał bardzo dużo. Trump przyjął go serdecznie i podkreślał atuty swojego gościa. Jednocześnie wizyta nie przyniosła żadnego przełomu (bo jednorazowe zaproszenie na szczyt G20 nim nie jest), mimo enigmatycznych zapowiedzi nowego projektu w dziedzinie bezpieczeństwa.
Jednocześnie wizyta pokazała jak łatwo jest Polaków rozgrywać. Jak lojalność wobec zagranicznego ideowego sojusznika stawia się wyżej nad lojalność wobec państwa, kierowanego przez politycznych przeciwników. Ten problem z plemienną a nie narodową lojalnością jest niestety polską przywarą od rozbiorów i dłużej. Okazywanie podziałów w przededniu wizyty (szczególnie ujawnienie i ośmieszanie instrukcji MSZ - w której nie znajdowało się nic zdrożnego), prośba o nieobecność polskiego ambasadora przy powitaniu prezydenta, publiczne słowne przepychanki z szefem MSZ - to wszystko nie budowało polskiej siły, ale ujawniało naszą słabość, którą bezwzględnie wykorzysta cyniczna administracja Trumpa.
Polska, uzależniona od pomocy USA, będzie musiała płacić coraz wyższą cenę za zachowanie status quo. Wraz z nieuchronnym wycofywaniem się Amerykanów z Europy będzie rosła presja na Warszawę. Polacy będą musieli zastanowić się jaką cenę gotowi są zapłacić - nie za specjalną relację, na wzór Izraela, ale za to, co wcześniej uznawali za oczywistość, czyli artykuł 5. NATO.
Polska musi w przyspieszonym tempie przygotowywać się na przyszłą sytuację, w której za bezpieczeństwo Europy odpowiadać będą Europejczycy, w tym my sami. Bycie wasalem USA tylko ten proces utrudni. Szczególnie, jeśli kosztem ubocznym będzie antagonizowanie partnerów z Europy, czy co gorsza, odgrywanie, tym razem na serio, a nie w oskarżeniach hejterów, roli amerykańskiego konia trojańskiego.
Musimy utrzymać USA tak długo jak się da, jednocześnie budując własne i europejskie bezpieczeństwo, tak szybko jak to możliwe. To jest niezwykle trudna i wyrafinowana gra. Gra o naszą przyszłość. O życie. Tu niezbędne jest współdziałanie. A nie drobne partyjne gierki.
Leszek Jażdżewski
















