NATO dziurawe jak ser
Jeżeli NATO nie zacznie wypełniać swoich zobowiązań, kolejne drony rosyjskie mogą spaść w Polsce. Sojusz coraz bardziej staje się symbolem bezradności wobec agresji Rosji.

We wrześniu 2025 rosyjskie drony wleciały do polskiej przestrzeni powietrznej. Na swoich mediach społecznościowych prezydent Donald Trump pomniejszył wówczas znaczenie naruszenia naszych granic.
Czerwone linie
W tym samym miesiącu Moskwa naruszyła przestrzeń powietrzną Rumunii oraz Estonii. Odpowiedź znów była "poczciwa". Politycy i dyplomaci wyrazili oburzenie. W międzyczasie Trump ogłaszał wycofanie części wojsk NATO z Europy Wschodniej. Owszem, podobno wyhamowano odwrót Amerykanów z Polski. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.
Po pierwsze, trend stopniowego opuszczania Europy jest oficjalną doktryną Waszyngtonu. Przesuwanie uwagi militarnej na Pacyfik nie zaczęło się dziś, lecz za Baracka Obamy. W pierwszej kadencji Trump z grubsza kontynuował ten kierunek. Teraz rzecz doprowadzana jest do logicznego końca. Chociaż i tam sojusznicy, jak Korea Południowa, Japonia czy Tajwan - nie są pewni dnia ani godziny. Joe Biden powtarzał, że USA w razie ataku na pewno przyjdzie Tajpej z pomocą. Trump już tego nie robi.
Albowiem i tu - po drugie - rozmieszczeniem wojsk na mapie zaczęły rządzić indywidualne kaprysy jednej osoby, a nie strategia i taktyka (patrz: cieśnina Ormuz), zatem nie wiadomo, jak długo i w jakim stopniu będziemy się cieszyć obecnością wojsk USA na terytorium Polski. Być może z dnia na dzień zmiana sytuacji na Bliskim Wschodzie spowoduje roszadę naszym kosztem.
I znów to samo
Wszystko to warto mieć w pamięci, albowiem w ubiegłym tygodniu rosyjski dron uderzył w rumuński budynek mieszkalny. Dwie osoby raniono. Zniszczono mieszkanie. Nie zadziałała żadna "ściana dronowa" ani "kopuła".
Jak by nie patrzeć, to był atak na terytorium NATO. Kiedyś oczekiwano by stanowczej reakcji, zdecydowanej kontry. Tymczasem wylała się rzeka dyplomatycznej mowy-trawy.
Najmocniejsze w reakcji były zatem przymiotniki i przysłówki, którymi posługiwali się politycy. Od Marka Rutte, sekretarza generalnego NATO, po Ursulę von der Leyen, przewodniczącą Komisji Europejskiej, lała się woda. Reakcji Donalda Trumpa na uderzenie w dom zwykłych ludzi w Gałaczu nie ma co szukać.
W mediach Europy zachodniej znowu powrócił "poważny argument", "że Putin im słabszy, tym groźniejszy". "Że to wojna Kremla, ale nie Rosjan". I tym podobne mądrości dziennikarskie. To żałosne, ale poważne. W gruncie rzeczy wszystkie dawne czerwone linie zostały przekroczone. Rosyjskie drony wlatują w przestrzeń NATO jak przez dziury w żółtym serze.
Wiadomo, że zwykli mieszkańcy Francji czy Niemiec nie palili się do wojny z Rosją. Ale przecież na tym sprawa się nie kończy. Od stycznia 2025 Trump daje do zrozumienia, że art. 5 Sojuszu jest relatywny. Może zadziałać, może nie zadziać. Wszystko zależy od wydatków na obronność, aktualnych relacji z Waszyngtonem czy od pogody.
Krótko mówiąc, w jednym trzeba się z gospodarzem Białego Domu zgodzić - coraz bardziej NATO wydaje się "papierowym tygrysem".
Papierowe zęby
Niemal nikt z liderów politycznych w Europie nie mówi tego głośno, ale wszyscy to samo myślą. Właśnie dlatego kolejne kraje ustawiają się w kolejce do francuskiego parasola atomowego, chociaż owa ochrona w praktyce może mieć podobne znaczenie.
Czy Paryż zaryzykowałby wymianę atomowych ciosów w XXI wieku, jeśli kiedyś nie chciał "umierać za Gdańsk"? Raczej nie. Dlatego o obronności europejskiej mówi się w kategoriach odstraszania, a nie kontratakowania.
Jednak odstraszanie nie działa. Kolejne drony mogą niebawem spaść na miasta estońskie, rumuńskie czy polskie. Czasem uda się je zestrzelić, czasem nie. Nikt przecież nie użyje francuskiej bomby atomowej, gdy zginą kolejni cywile.
Oczywiście, w europejskich stolicach nie brakuje wielkich planów na przyszłość. Jednak - tu i teraz - wionie wielka dziura, przez którą strzela do nas Kreml. Jeśli odpowiedzią będą tylko kolejne puste słowa, opowieści o obronności w dniu jutrzejszym oraz doraźne kunktatorstwo, w najbliższych tygodniach mogą zginąć ludzie w Polsce. Prawdopodobnie, w realu odpowiedzią powinien być jeszcze ściślejszy sojusz państw NATO, których ludność - z racji historii i geografii - czuje się bezpośrednio zagrożona.
A liczba incydentów nie maleje. W maju 2026 Rosjanie znów wystrzelili drona w kierunku Estonii. Jakoś wcale mnie nie zdziwiło, że pilot F-16, który bez wahania go zestrzelił, był Rumunem z jednostki stacjonującej na Litwie.
Jarosław Kuisz













