Najpierw Trzaskowski, potem Miszalski. Czy dalej będzie Tusk?
Odwołanie Aleksandra Miszalskiego odbyło się niemal rok po klęsce Rafała Trzaskowskiego. Czy można mówić o trendzie albo o procesie, który doprowadzi do klęski cały obóz władzy? Na pewno prawica dziś nabiera wiatru w żagle.

Po klęsce prezydenta Krakowa także w mediach sprzyjających obecnej władzy pojawiły się analizy, że coś idzie nie tak, że może powodem kolejnych przegranych wyborów nie są tylko rosyjskie wpływy, brudne zagrywki i ukryci za wszystkim kryptowalutowi macherzy, a że po prostu społeczeństwo ma sporo zastrzeżeń do rządów ekipy Donalda Tuska.
"Jeśli w Krakowie uchodzącym za matecznik KO, z funkcji prezydenta odwoływany jest szef małopolskich struktur tej partii, to jest to bardzo niepokojący sygnał dla ugrupowania, mogący mieć też konsekwencje ogólnopolskie" - stwierdził bez ogródek prof. Marek Bankowicz z UJ na łamach krakowskiego serwisu "Gazety Wyborczej". Tego rodzaju refleksji pojawia się więcej.
Referendum w Krakowie i niemodny Miszalski
Krakowska klęska obozu władzy jest zbyt podobna do klęski ogólnopolskiej sprzed roku, by ekipa Donalda Tuska mogła spać spokojnie. Oczywiście to referendum odwoławcze w mieście: inna skala, inne zasady, inny rodzaj głosowania.
Ale przegranym jest ten sam obóz, te same argumenty, w końcu jest to kolejny cios przełamujący wyborczą falę wznoszącą, która niosła Koalicję Obywatelską od wyborów parlamentarnych w 2023 roku poprzez wybory samorządowe i kilka miesięcy późniejsze europarlamentarne.
Mówiąc krótko, od roku Tusk przegrywa, a jedynym paliwem staje się elektorat zagarnięty koalicjantom. Owszem, dzięki temu Koalicja utrzymuje niezłe wyniki w sondażach, ale coraz mniej ma z kim rządzić, a samemu raczej się nie uda.
Sondaże to tylko jeden z powodów niepokoju dla Donalda Tuska. Dużo poważniejszym są nastroje - rzecz dużo trudniejsza do zmierzenia. A nastroje w Krakowie były takie, że Miszalski pomimo stosowania dokładnie tych samych metod przegrał.
Nie pomogły dawne tańce na dachach, sadzone krakowiankom kwiatki na balkonach i celebryci. Dość uderzające jest ogromne podobieństwo tych działań do kolejnych kampanii Rafała Trzaskowskiego.
Referendum pokazało, że prezydent miasta stał się niemodny, a głosowanie przeciwko niemu zaspakajało potrzebę obywatelskiego aktywizmu.
Przecież to była główna broń ekipy PO, a potem KO. Modelowym tego typu działaniem była akcja "dziewuchy na wybory" rozkręcona głównie na Instagramie na przełomie lata i jesieni 2023 roku.
Test z celebrytów
Politycy prawicy z kolejnych miast deklarują teraz, że będą odwoływać. Część z nich może się rozczarować. Po pierwsze, Miszalskiego udało się odwołać, bo przekonano do tego także dużą część liberalnego elektoratu.
Poza tym Kraków zawsze był trochę inny. Nigdy nie rządził nim polityk PO. Jacek Majchrowski, choć ostro atakowany, zapewne nieraz słusznie, był człowiekiem kompromisu i rozległych układów. Na tym opierała się jego wieloletnia władza.
Miszalski, choć miał stać za nim także miejski układ, był jego przeciwieństwem. Osiem gwiazdek przyklejonych do czoła na zdjęciu mówi tu więcej niż opasłe analizy.
Ale proces zmiany w miejskich elektoratach jest wyczuwalny. Charakterystyczne, że do tej pory prawicowe czy solidarnościowe protesty w stolicy budziły złość dużej części jej mieszkańców. Po zeszłotygodniowej demonstracji "Solidarności", z poparciem PiS i Konfederacji, takich reakcji jak na lekarstwo.
"Miasteczko Gniewu" Roberta Bąkiewicza, będące kopią działań KOD czy Obywateli RP z czasów rządu PiS, nie budzi powszechnej agresji przechodniów. W mediach widać tylko typowe kłótnie ze służbami porządkowymi.
Nie oznacza to oczywiście, że niedawni wyborcy Trzaskowskiego i Tuska nagle poprą Kaczyńskiego czy Bosaka. Ale oznacza to, że dużej części z nich już się nie chce. Popadają w marazm.
To pierwszy objaw dysonansu poznawczego będącego skutkiem rozczarowania władzą. Widać to też po niektórych celebrytach, kiedyś mocno zaangażowanych. Maciej Stuhr czy Krzysztof Zalewski, którzy odegrali ważną rolę za czasów rządów PiS, deklarują, że nudzi ich już polityka. Jakby nie do końca chcieli firmować już wybór, do którego nakłaniali Polaków.
Zły czas dla Tuska
Ten marazm i klimat klęski, nie zawsze skorelowany z sondażami, znało dobrze Prawo i Sprawiedliwość pod koniec swoich rządów, a tym bardziej w pierwszym roku po klęsce.
To, co stało się w Krakowie, może nasilić takie poczucie w obozie władzy. Do jej utraty w roku 2027 droga daleka, szczególnie że dziś te procesy i zmiany społeczne zachodzą w tempie, z którym nie radzą sobie żadne narzędzia badawcze.
Nie zmienia to jednak faktu, że w poniedziałek Donald Tusk jest bliżej utraty władzy niż był w piątek. Dużo bliżej.
Wiktor Świetlik













