Na wizerunku i prezydenturze Karola Nawrockiego pojawiają wyraźne rysy
Wraz z dymisją Sławomira Cenckiewicza skończył się "miesiąc miodowy" prezydentury Karola Nawrockiego. Chciał być wszechmocny i nieprzemakalny. Chciał grać w wielką grę o przywództwo na prawicy przebojowo, bez przeszkód. W tę sielankę wtargnęła brutalna rzeczywistość polityki.

Odejście Sławomira Cenckiewicza ze stanowiska szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego to kolejna - a czwarta bardzo wyraźna - porażka prezydenta Karola Nawrockiego w ostatnim czasie. Wizerunkowa i polityczna. Wizerunkowa - bo Cenckiewicz był jedną z najważniejszych twarzy tej prezydentury, antyrządowym symbolem, radykalnym wrogiem premiera Donalda Tuska.
Przerwana sielanka
Dymisja po niedawnym zwycięstwie w batalii sądowej i ogłoszeniu sukcesu może być odczytana tylko jako klęska, ponieważ Cenckiewicz nie tylko nie uzyskał dostępu do tajnych informacji - o co walczył - ale niejako potwierdził, że to Służba Kontrwywiadu Wojskowego miała w tej sprawie rację. Głowa państwa nie obroniła swojego człowieka. Wygrał premier.
Ale ważniejszy jest wymiar polityczny. Dla Nawrockiego - bez względu na faktyczne powody wewnętrzne czy środowiskowe, jakie stały za odejściem Cenckiewicza (mówi się o konflikcie z innymi urzędnikami w Pałacu Prezydenckim) - oznacza to koniec trwającego niespełna rok "miesiąca miodowego".
Przez ten czas prezydent mógł konsumować sukces wyborczy, pielęgnować wizerunek dbającego o tężyznę fizyczną "równiachy", który - gdy trzeba - pójdzie na kebab, odwiedzi piłkarską szatnię albo poćwiczy ze znanym strongmanem.
Mógł też prowadzić brutalną rozgrywkę z rządem, serwować weta, blokady czy pouczenia, torpedując kluczowe dla obecnej władzy reformy. Mógł także nadawać ton w środowisku prawicy, szykując się do patronowania wyborczej lub powyborczej ofensywie wspieranych przez siebie grup politycznych.
W tę sielankę wtargnęła rzeczywistość, a na wizerunku wszechmocnego prezydenta zaczęły pojawiać się rysy. Teraz - po nagłej dymisji Cenckiewicza - widać je już wyraźniej.
Fatalne weto i zły koń
Po pierwsze, weto wobec programu SAFE poważnie nadwątliło zaufanie do prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych, w którym pokładano nadzieje, że w niektórych sprawach będzie umiał opuścić logikę partyjną.
Decyzję Nawrockiego - choć tacy sojusznicy prawicy jak Georgia Meloni czy Viktor Orbán poparli ten europejski program zbrojeniowy - krytykowali nie tylko politycy, ale zwłaszcza wojskowi, dla których była ona niezrozumiała i nieracjonalna.
Nawrocki poniósł w tej sprawie dodatkową porażkę. Jak się szybko okazało, firmowana przez Pałac Prezydencki kontrpropozycja Adama Glapińskiego okazała się wydmuszką, a rząd i tak znalazł sposób, by podpisać z Komisją Europejską umowę.
Po drugie, Nawrocki zbyt jednoznacznie postawił na złego konia, udzielając wsparcia Orbánowi (poprzez manifestacyjne spotkanie z nim w epicentrum węgierskiej kampanii wyborczej).
Korupcyjno-oligarchiczny system odchodzącego premiera upadł, a do polskiego prezydenta przykleiła się opinia, że jest sojusznikiem sojusznika Rosji, który przegrał z kretesem.
Pycha kroczy
Mówi się, że niechęć Emmanuela Macrona do spotkania z Nawrockim wzięła się właśnie z tego, że polska głowa państwa tak fatalnie rozegrała sprawę wyborów węgierskich, co okazało się dewastujące dla pozycji w relacjach międzynarodowych, a szczególnie europejskich. Polskiemu prezydentowi będzie trudno wyjść z cienia Orbána i Donalda Trumpa, który też zaczyna mierzyć się ze swoimi kłopotami oraz konsekwencjami własnych decyzji i nie wiadomo, jak długo będzie patronem alt-rightowej rewolty.
Po trzecie wreszcie, zawetowanie przez Nawrockiego ustawy regulującej rynek kryptowalut w Polsce w połączeniu z rozwijającą się aferą giełdy Zondacrypto - finansującej między innymi różne prawicowe inicjatywy - stworzyło wrażenie politycznej szarej strefy, w której znalazł się prezydent.
Poparcie dla ustawy regulacyjnej autorstwa Polski 2050 jest próbą ratowania sytuacji i okiem puszczanym do części ekipy rządzącej. Ale efekt tego może być tak nieskuteczny, jak próba rozmycia dymisji Cenckiewicza zapowiedzią rychłej publikacji aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Czyli żaden.
Być może prezydent wierzył, że przyjemne zajęcie sypania piachu w tryby rządu nie będzie zakłócone problemami. I że przez pięć lat będzie mógł być wszechmocny i nieprzemakalny. Szło nawet nieźle. Ale rzeczywistość skrzeczy, a pycha kroczy.
Przemysław Szubartowicz













