Reklama

Reklama

Na (tępym) ostrzu noża

Dlaczego pośród szalejącej drożyny, geopolitycznych niepokojów, coraz bardziej niepewnej przyszłości Jarosław Kaczyński zdecydował się na rozpętanie kolejnej wojny światopoglądowej? Tylko dlatego, że szykuje się do ostatecznej rozprawy z III RP, z Polską liberalną, z proeuropejskim kursem, z zachodnim stylem myślenia. Nie chodzi jednak tylko o to, by po prostu wygrać wybory i dostać trzecią kadencję. Chodzi o to, by tak rozhuśtać nastroje społeczne, tak pobudzić najniższe instynkty, aby wygrana była mocna i pozwoliła zacementować rządy PiS na lata i uniknąć rozliczeń.

Kaczyński doskonale wie, że kpiny z osób o zaburzonej tożsamości płciowej trafią na podatny grunt, zostaną skwitowane rechotem suwerena o określonej mentalności, więc cynicznie tą kartą gra. A to zażartuje, że na Zachodzie do 17.30 można być kobietą, a od 17.30 mężczyzną, a to powie, że Zosia może być Władysławem, a potem znów Zosią, a wszystko to okrasi komentarzem, że wprawdzie nie chce nikomu zaglądać do sypialni, ale jednak "ja bym to badał" i "chcemy utrzymać zwykłą normalność". Nie interesują go problemy tych ludzi, nie interesują go wyjaśnienia seksuologów czy psychoanalityków, interesuje go to, że może użyć tego tematu do pogłębiania polaryzacji, która nie raz pomogła mu zwyciężyć.

Reklama

Kiedyś słyszeliśmy od PiS, że "LGBT to nie ludzie, tylko ideologia", teraz słyszymy, że trzeba bronić Polski, tradycyjnych wartości, kultury przed zachodnim permisywizmem, zepsuciem i szaleństwem. Ten zabieg opiera się na założeniu, że identyfikacja, powiedzmy, ideowa jest ważniejsza od tego, na co stawia opozycja - a przynajmniej jej liberalna większość - która chciałaby przynajmniej, by zrozumienie dla odmienności przenikało polski dyskurs. Kaczyński ustawia więc debatę publiczną na ostrzu nożna: albo jesteś za Polską, albo jesteś za zgnilizną płynącą z Europy; albo jesteś za "normalnością", albo późnym popołudniem zmienisz płeć; albo jesteś z nami, albo jesteś z nimi. I tak dalej. Ma nie być niczego pośrodku, niczego w centrum, bo silne centrum, oparte na jakiejś formie kompromisu, jest dla PiS największym zagrożeniem.

Media wprawdzie zwróciły uwagę na to, że przy okazji ostatnich wystąpień szef PiS popełnił kilka gaf - pomylił (senatora) Brejzę z (posłem) Mejzą, a Inowrocław z Włocławkiem - ale przecież one tylko podkreślają wizerunek trochę nieporadnego pana starej daty, któremu leży na sercu los zagrożonego narodu. Jeśli dodamy do tego ponowne uderzenie w antyniemieckie nuty - niedawno prezes PiS "nie wiedział", czy Niemcy zbroją się na Rosję, czy na Polskę, a teraz mówił o niemieckiej tradycji demokratycznej, "z Adolfem Hitlerem na czele" - to mamy komplet. Co z tego, że dla wielu takie narracje są niedopuszczalne, stygmatyzujące, prymitywne, ale działają, ponieważ dla wielu innych są zbawienne. Być może zresztą w ten sposób więcej dowiadujemy się o Polsce, niż byśmy chcieli.

Podczas gdy prezes PiS z jednej strony dorzuca iskierki do stosu rodzimej nienawiści, z drugiej pozuje na racjonalistę, który przekonuje, że walka z inflacją trwa, płace stale rosną, a podatki zostaną obniżone. Szykuje się do wyborczego starcia z taką motywacją, że nawet opuścił stanowisko wicepremiera, dzięki czemu za żadne trudne decyzje nie będzie już formalnie odpowiadał i jako "zwykły poseł" zajmie się partią. Jak już skończy, warto, by w wolnej chwili przeczytał słynny list Zygmunta Freuda do matki pewnego homoseksualisty z 9 kwietnia 1935 r., ponieważ zawarte w nim tezy wybitnego uczonego niejedną głowę przewietrzyły z nietolerancji i zacietrzewienia. Może się uda i tym razem. Polecam!

Przemysław Szubartowicz


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy