Na tej wojnie korzysta i prezydent, i premier
Budżet to tylko kolejna odsłona. Czasem to otwarty konflikt, czasem wojna podjazdowa. Na pewno ta walka się nie skończy, także dlatego, że korzystają z niej obie strony. Zarówno Donald Tusk, jak i Karol Nawrocki. A czy my korzystamy? Wbrew pozorom - czasem tak.

Jako prezes IPN Karol Nawrocki interesował się i na bieżąco osobiście kontrolował finanse instytutu, a także śledził debatę budżetową i środki sobie przyznawane. Nie robili tak wszyscy jego poprzednicy, ostatecznie byli to naukowcy-historycy. Dlatego można założyć, że przed złożeniem podpisu pod ustawą budżetową, a potem ostrym jej skrytykowaniem i odesłaniem do Trybunału Konstytucyjnego, prezydent nad kluczowymi sprawami się pochylił.
Decyzja o tak zwanej "kontroli następczej" jest jednak przede wszystkim ruchem w grze, tańcu wojennym, który nieustannie wykonują dwa najważniejsze w Polsce ośrodki władzy i dwóch najważniejszych dziś polityków i urzędników.
Żelazne repertuary
Losy ustawy budżetowej doskonale pokazują sytuację, w jakiej znajduje się dziś prezydent. Z jednej strony zależy mu na tym, by być postrzeganym jako kontroler posunięć władzy, ten, który zapobiega złym decyzjom, w końcu jako autentyczna głowa państwa o dużej podmiotowości, do której często należy ostatnie słowo.
Z drugiej strony w interesie Karola Nawrockiego nie jest to, by Donaldowi Tuskowi i jego zapleczu medialnemu udało się utrwalać przekaz o nieodpowiedzialnym prezydencie "który wszystko blokuje". A w końcu teza ta stała się żelaznym repertuarem przekazu władzy i jej influencerów. Jednym z punktów kluczowych.
Utrwalanie tego ostatniego jest z kolei w oczywistym interesie Donalda Tuska. Zresztą opowieść o "prezydencie psuju" należy umieścić w szerszym planie zrzucania odpowiedzialności za błędy, niepopularne decyzje, bolączki społeczne i niekorzystne dla nas akty unijne bądź międzynarodowe na przeciwnika politycznego.
Dotychczas ta opowieść polegała przede wszystkim na obarczaniu winą poprzedników. Tak więc za kwestie klimatyczne, migracyjne, a nawet fatalną dla nas umowę z krajami Mercosur ma odpowiadać PiS. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki od dwóch lat nie rządzą i narracja ta staje się coraz bardziej niewiarygodna. Nie to, co w przypadku urzędującego prezydenta.
Czy więc możliwe, by obie strony w tej walce odnosiły korzyść polityczną? Wygląda na to, że tak właśnie jest.
Gra win-win
Karol Nawrocki nie mógł ustawy budżetowej zawetować. Ale mógł jej nie podpisywać i odesłać do Trybunału Konstytucyjnego. Zdecydował się na wyjście bardziej miękkie, ale pozwalające na wyrażenie swojego stosunku. Zaakcentowanie krytycyzmu połączone z niwelowaniem potencjału zarzutu o destrukcję państwa. Niewiele to zmieni oczywiście w narracji strony przeciwnej. Prezydent będzie "wetomatem", który wysyła ustawę do nielegalnego, przynajmniej podczas procedowania niektórych, niewygodnych dla rządu spraw, Trybunału.
Obie strony wyślą więc do swoich elektoratów taki przekaz, na jakim im zależy. Rząd i Donald Tusk koniecznie potrzebują przeciwnika, by utwardzać mobilizację twardego elektoratu. PiS-owski "deep state", poukrywany po instytucjach, stawał się coraz bardziej efemeryczny i niewiarygodny. Inaczej niż silny, zdecydowany prezydent.
Karol Nawrocki do swojego elektoratu wysyła przekaz, że jest takim prezydentem, jakim zapowiadał być. Twardym, konkretnym, decyzyjnym, ale też odpowiedzialnym.
Inaczej niż w wyborach prezydenckich na obie narracje jest miejsce, bo Donald Tusk walczy o dużo mniej niż walczył Rafał Trzaskowski w wyborach prezydenckich. Walczy o ponowne podkręcenie polaryzacji na tyle, by do wyborów udało mu się przejąć jeszcze więcej elektoratu, a może i aparatu politycznego koalicjantów, co mogłoby doprowadzić go w 2027 roku nie tylko do zwycięstwa, ale dość paradoksalnie, jak na tę trudną sytuację, do samodzielnych rządów. Do tego nie potrzeba większości wyborców.
Karol Nawrocki z kolei umacnia się na pozycji lidera obozu przeciwnego Tuskowi. Lidera aktywnego, ale też wyrastającego ponad partyjne waśnie. Nawrockiemu udaje się ani nie zostać zdominowanym, ani nie popaść w konflikt z liderem PiS, pozytywnie wypowiada się o nim Krzysztof Bosak, on sam unika ostrych ataków na Grzegorza Brauna. To wyjątkowa pozycja.
Decydujące starcie?
Ten stan oczywiście nie będzie trwał wiecznie. W pewnym momencie, bliżej wyborów, obóz rządowy podejmie próbę jakiejś ostrej rozprawy z prezydentem, być może kolejnej akcji medialnej. Karol Nawrocki także zacznie wyprowadzać jeszcze mocniejsze ciosy, przede wszystkim poprzez częstszą i ostrzejszą krytykę Donalda Tuska. Po tym będzie można rozstrzygnąć, kto wygrał. Ale dziś mamy sytuację jak z dwoma koncernami lub mocarstwami, które rozwijają się, sposobiąc się do ostatecznego starcia.
A czy obecna sytuacja, w której obie strony, zwalczając się wzajemnie, wzmacniają się, służy Polsce? Niekoniecznie ma ona, jak często się to przedstawia, same wady. Ostatecznie konstytucja zakłada funkcję kontrolną głowy państwa, a demokracja jest politycznym wolnym rynkiem, zakłada grę i konkurencję różnych sił. A na brak tej gry nie mamy co dziś narzekać.
Wiktor Świetlik















