Na ringu zostaną Tusk i Kaczyński?
Kolejne aresztowania, zarzuty, straszenie Adama Bodnara Romanem Giertychem i wymiany prezesów spółek, którzy nie dość gorliwie szukają haków na poprzedników, wcale nie wykańczają PiS. A może to nie ono jest celem?

Sondaże popularności partii politycznych pokazują dość ewidentną prawidłowość. Rozliczenia, kolejne zatrzymania i gigantyczna liczba zarzutów - włącznie z kosmicznymi konstrukcjami mającymi łączyć budowę mitycznych "dwóch wież" Kaczyńskiego ze śmiercią Pawła Adamowicza - nie osłabiają PiS. Co więcej, partia ta znów wysuwa się na prowadzenie, a wszystko, co się dzieje, wydaje się wręcz konsolidować jej elektorat.
Czy więc nieustanny spektakl rozliczeniowy nie przynosi zamierzonej korzyści, przekonując jedynie twardy elektorat PO? Przecież nawet jeśli udałoby się w końcu wsadzić do aresztów i więzień wszystkich liczących się liderów PiS, w ich miejsce pojawią się kolejni, a ci uwięzieni staną się dla swojego elektoratu prześladowanymi bohaterami. Po co więc to wszystko?
To pytanie nasuwa się samo i jest podnoszone coraz głośniej przez koalicjantów Donalda Tuska. A co, jeśli faktycznym celem politycznym nie jest partia Jarosława Kaczyńskiego, lecz właśnie oni?
Silny PiS, ale silniejszy Tusk
Rozliczenia prowadzą do gigantycznej polaryzacji nie tylko wśród polityków, ale i w elektoracie. Opinia o sensowności i uczciwości tych działań zależy w niemal każdym przypadku od odpowiedzi na jedno pytanie: czy jesteś za Tuskiem, czy za Kaczyńskim? I właśnie o to chodzi.
W takim układzie nie ma miejsca na opowieści o "trzeciej drodze" PSL czy Szymona Hołowni, na postulaty lewicy, a nawet na różne skrzydła w ramach Koalicji Obywatelskiej czy samej Platformy Obywatelskiej. Liczy się tylko podział na tych, którzy pragną zemsty, i tych, którzy chcą jak najszybciej zemsty na tych, którzy dziś się mszczą.
Takie działanie wzmacnia Tuska wewnątrz własnego, zradykalizowanego obozu. Kosztem dodatkowym jest wzmocnienie PiS poprzez konsolidację jego elektoratu. I tu pojawia się pewien paradoks - Donald Tusk, w kontekście rywalizacji o centrum, staje się na moment kimś w rodzaju sojusznika Jarosława Kaczyńskiego. Wzmacnia go, nie pozwala PiS-owi się rozpaść, przekształcić w coś innego, zreformować się. Bo z takim przeciwnikiem potrafi grać. Poza tym liczy na to, że nawet go wzmacniając, nie wzmocni go na tyle, by ten mógł wygrać.
Ustawiona walka
To kalkulacja oparta na doświadczeniach z czasów rządów PiS. Skrajna polaryzacja służy rządzącym - tym bardziej teraz. To oni dysponują aparatem policyjno-prokuratorskim, mają przewagę w mediach i próbują odciąć przeciwnika od pieniędzy. Na ringu pozostaje dwóch zawodników, ale jeden z nich ma podciętą łydkę.
Donald Tusk, będąc w opozycji, doszedł do wniosku, że nie ma szans wygrać z potężną partią władzy bez koalicjantów. Teraz jednak to on jest władzą i przy kolejnym rozdaniu chce wygrać sam. Koalicjanci stali się kulą u nogi. W przyszłej kadencji Tusk nie chce już dyskutować z Włodzimierzem Czarzastym o ministrze Wieczorku, targować się o spółki z ludźmi Michała Koboski ani słuchać pogróżek Szymona Hołowni dotyczących przyszłości koalicji.
To plan logiczny, prawdopodobny i możliwy do wykonania.
Marszałek zrobił swoje
To gra va banque i jako taka niesie za sobą pewne ryzyka. Ale Donald Tusk ma przed oczami przykład, a może i ambicjonalny impuls, który daje mu historia Jarosława Kaczyńskiego - polityka, któremu dwa razy udało się rządzić samodzielnie.
Donald Tusk jeszcze tego nie osiągnął i wydaje się, że to właśnie jego największa ambicja. Jej realizacji ma pomóc silny, ale niezbyt silny PiS - taki, który nie wykracza poza określony zasięg - oraz anihilacja koalicjantów, co tak boleśnie odczuwa dziś Szymon Hołownia.
Wiktor Świetlik












