Myślicie, że Polska jeszcze nie jest krajem migracji? To się mylicie
W Polsce żyje dziś około 2,3 miliona obcokrajowców. W większych miastach ich odsetek to już 15, a nawet 20 procent całej populacji. Na dodatek droga do polskiego paszportu jest dla rezydentów bardzo krótka. I tylko opinia publiczna wciąż woli uważać, że u nas do przekroczenia masy krytycznej jest wciąż bardzo daleko. Czyżby?

W Polsce jest znacznie więcej cudzoziemców niż głoszą oficjalne dane. Przypomnijmy, że proste zsumowanie wszystkich obywateli innych krajów przebywających nad Wisłą na podstawie zezwoleń na pobyt czasowy lub stały to około milion osób.
Tymczasem według najnowszych obliczeń GUS na koniec 2025 roku w Polsce faktycznie przebywało ponad dwa razy więcej obcokrajowców. To dokładnie 2,3 miliona ludzi. Liczba ta jest dlatego tak znacznie wyższa od oficjalnej, że wyliczona została na podstawie tzw. śladów życia, czyli pojawienia się przynajmniej w jednym z oficjalnych rejestrów administracyjnych. Można więc spokojnie przyjąć, że to liczba 2,3 miliona obcokrajowców lepiej odpowiada rzeczywistości niż ów oficjalny milion.
Jest kilka ważnych konsekwencji takiego stanu rzeczy. Są one bardzo realne. A jednocześnie mam wrażenie, że nieznośnie łatwo znikają one z radaru opinii publicznej.
Po pierwsze, ważne jest to, że liczba obcokrajowców stale rośnie. Już dane dotyczące oficjalnej migracji zarobkowej wykazywały coroczny trend przyrostu o jakieś 5 procent. Tylko w latach 2024-25 ich liczba zwiększyła się o jakieś 100 tysięcy. Tych nowych nieoficjalnych danych nie mamy jeszcze z czym zestawiać, bo zostały opublikowane po raz pierwszy. Wolno jednak założyć, że skoro różnica między migracją oficjalną a nieoficjalną wynosi jeden do dwóch, to i przyrost liczby obcokrajowców w latach 2024-2025 to faktycznie nie jest 100, ale raczej właśnie jakieś 200 tysięcy. Czyli mniej więcej tyle ludzi, ile mieszka w Toruniu, Rzeszowie albo Częstochowie.
Przekroczenie masy krytycznej?
Po drugie, dane te oznaczają, że odsetek niepolskich obywateli w Polsce jest już zauważalny. Dane dla całego kraju mogą mylić, bo to dziś jakieś 6 procent. Tę liczbę zaniża jednak mocno natura zjawiska migracji, czyli jej bardzo nierównomierne rozlokowanie. Obcokrajowcy gromadzą się przecież zawsze w miastach największych. To sprawia, że już dziś w Poznaniu i Krakowie stanowią ok. 12 procent ogółu mieszkańców.
W Warszawie odsetek ten zbliża się do 15 procent. Są jednak i takie miast jak Wrocław, gdzie liczba obcokrajowców zbliża się do 20 procent. Innymi słowy, co piąty mieszkaniec "miasta stu mostów" nie jest dziś polskim obywatelem. To dużo. To są już poziomy, przy których można mówić o przekroczeniu masy krytycznej kraju narodowo jednolitego. I wejście w znany dobrze z Europy Zachodniej model społeczeństwa multi-kulti. Co oczywiście ma swoje praktyczne konsekwencje.
Po trzecie, zdecydowana większość żyjących w Polsce obcokrajowców to rzecz jasna Ukraińcy. Nie jest już jednak tak, jak było przez lata, gdy migrant w Polsce w zasadzie równał się Ukraińcowi. Dzisiejsze 73 procent obywateli Ukrainy wśród żyjących w Polsce nie-Polaków to wciąż dużo, ale nie wyczerpuje już całego obrazka. Coraz częściej żyjący w Polsce obcokrajowiec to Kolumbijczyk, Filipińczyk, Hindus, Pakistańczyk.
Co zrobią Ukraińcy po zakończeniu wojny?
Po czwarte, jeżeli obywateli Ukrainy jest dziś w Polsce 1,7 miliona, to znaczy, że mamy do czynienia z mniejszością potężną w każdym tego słowa znaczeniu. To jest masa ludzi. Tyle co dwa Wrocławie, trzy Poznanie i cztery Szczeciny. Na dodatek oczekiwać można, że gdyby doszło do zakończenia wojny w Ukrainie, to liczba ta może wcale nie zmaleć. Tylko wręcz przeciwnie - raczej urośnie, biorąc pod uwagę, że podzielone wojennym dramatem rodziny będą chciały się ze sobą znów połączyć. Do czego, po ludzku, będą miały zresztą pełne prawo.
Po piąte, dane dotyczące migracji trzeba zawsze zestawiać z poziomem bezrobocia w Polsce. A to dlatego, że migranci w swej masie nie przybywają do Polski, by pieniądze wydawać. Tylko właśnie zarabiać. Mają do tego prawo i jest na ich tanią i dyspozycyjną pracę popyt.
To jednak wpływa na sytuację polskiego pracownika. Oczywiście nie każdego, bo migrant rzadko rywalizuje o pracę i płacę z przedstawicielem klasy średniej czy przedstawicielem zawodów inteligenckich albo menadżerskich. Ale z pracującymi za płacę minimalną lub w jej pobliżu Polakami już absolutnie tak. I nie wolno tego nie dostrzegać, zasłaniając się poprawnością albo argumentem, że "niedobrze o takich rzeczach mówić".
Komu niedobrze temu niedobrze. W Niemczech, Holandii albo Wielkiej Brytanii też długo zamiatano te kwestie pod dywan. Skończyło się kompletnym oderwaniem się elit opiniotwórczych i politycznych od egzystencjalnych problemów rodzimej klasy robotniczej. I wzrostem poparcia dla tzw. prawicowego populizmu. Czemu absolutnie nikt dziwić się nie powinien.
Wszystkie te dane nie są suchymi liczbami. To olbrzymie wyzwanie domagające się odpowiedzi praktycznych. Mamy przed oczami spektakularną klęskę modelu masowej migracji w krajach zachodnich, którego Polska teoretycznie nie chce powtórzyć. Ale w praktyce idziemy jednak raźno właśnie w tym samym kierunku. Udając, że u nas jest jednak inaczej. Liczby pokazują, że to już są tylko pozory.
O polski paszport wcale nie jest tak trudno
A przecież problemy będą narastać. Jest kwestia unijnego paktu migracyjnego, z którego nie zostaliśmy (wbrew rządowej propagandzie) na stałe zwolnieni. Do tego dochodzi rzadko w Polsce dotykany temat ścieżki do polskiego obywatelstwa. Dziś jest ona bardzo krótka. Wystarczy mieszkać w Polsce przez trzy lata. A w wypadku ślubu z Polakiem taki status można dostać już po dwóch latach. Dla posiadaczy Karty Polaka takie prawo uzyskuje się już po roku nieprzerwanego pobytu. Z tak luźnymi regulacjami olbrzymia część obcokrajowców już wkrótce przestanie być obcokrajowcami sensu stricte. Problemy modelu społeczeństwa wielokulturowego jednak pozostaną, bo rozdawanie paszportów nigdzie ich nie rozwiązało.
Polaków - podobnie jak innych zachodnich Europejczyków - nikt nigdy o migrację na poważnie nie spytał. Próbował to u nas zrobić rząd Morawieckiego w referendum połączonym z wyborami roku 2023, ale tamto głosowanie zostało przez ówczesną opozycję (a dzisiejszy rząd) obśmiane. A Donald Tusk tamto referendum "uroczyście unieważnił".
Doświadczenie Niemców, Holendrów, Belgów, Szwedów i Brytyjczyków pokazuje jak szkodliwe dla spójności społecznej jest takie zamiatanie pod dywan sprawy migracji.
A my tą droga już idziemy. Nie tylko idziemy, ale nawet pędzimy.
Rafał Woś

















