Morawiecki zaskoczył wszystkich. Prezes się ugiął, ale na jak długo?
Pomimo kompromisu Kaczyńskiego z Morawieckim, PiS nadal będzie funkcjonował na granicy rozłamu. Nienawiść między "harcerzami" i "maślarzami" to recepta na autodestrukcję. W jedno nie wierzcie: to nie jest ustawka.

Poseł PiS Łukasz Kmita zasłużył się prawicowej opozycji dwa razy.
To on zawołał "Nie ma prezydenta" podczas fałszywego "samoślubowania" nowych członków Trybunału Konstytucyjnego w Sejmie. I to on ogłosił treść notatek posłanki KO Karoliny Pawliczak, które były ewidentnym zapisem partyjnych instrukcji, co mają mówić ludzie z ugrupowania Donalda Tuska o zapaści służby zdrowia.
Co zabawne, Kmita, fetowany przez prawicowe media, jeszcze przed chwilą był kandydatem do niewystawienia go na listy PiS. Dlaczego? To jeden z ponad 40 posłów, którzy zapisali się do stowarzyszenia Rozwój Plus, inicjatywy Mateusza Morawieckiego.
Gdyby przejrzeć tę listę, uderza obecność na niej ludzi najlepiej przygotowanych dla pracy w parlamencie czy występów w mediach. Ich ewentualne pominięcie (lub wyjście) to oczywiste osłabienie PiS. Ale Jarosław Kaczyński tym właśnie groził.
Stowarzyszenie Rozwój Plus. O spiskowych teoriach
Ta wojna wewnątrz głównej partii opozycyjnej, to ewenement. W oblężonej twierdzy zwykle następuje zjednoczenie, wyrównanie szeregów obrońców. Prawo i Sprawiedliwość jest przez obecny rząd nękane represjami, także pozbawieniem pieniędzy z budżetu państwa.
Akty oskarżenia dotyczą wszystkich frakcji. Tymczasem partia funduje sobie niszczącą wojenkę domową, pomagając Donaldowi Tuskowi odwracać uwagę od takich przewin rządu, jak choćby wspomniana już katastrofa w szpitalach.
Owocuje to spiskowymi teoriami typowymi dla polskiej polityki.
Jacek Kurski niedawno rozsiewał w imieniu "maślarzy" podejrzenia, że Morawiecki chce grać z Tuskiem, może jest z nim nawet umówiony. Przykład choćby posła Kmity pokazuje, ile te insynuacje są warte.
Między poszczególnymi odłamami PiS nie ma różnic w ocenach obecnego rządu, zresztą różnice programowe są w ogóle nie tak wielkie.
Harcownicy obecnej koalicji ogłaszają, że to wszystko ustawką. Tytani intelektu typu posła Jońskiego z KO powtarzają to, nie objaśniając, czemu taki spektakl miałby służyć.
Kiedy prezydent Andrzej Duda opierał się Jarosławowi Kaczyńskiemu, powtarzali formułki o ustawce z równą pewnością siebie. Skądinąd oni nienawidzą Morawieckiego równie intensywnie jak Przemysława Czarnka czy Kaczyńskiego.
Ale teoria ustawki była przed chwilą modna także wśród smakoszów polityki, popierających Kaczyńskiego. Takich, którzy wierzą, że ich idol zawsze postępuje racjonalnie.
Oto prezes PiS miał zainspirować wrzenie, prowadzące do rozłamu w nadziei, że dwie prawicowe partie pozyskają różne grupy wyborców, będąc dla siebie nawzajem koalicjantami po wyborach, tak jak Polska 2050 czy PSL były z założenia koalicjantami Tuska w roku 2023.
Ta teoria nakłada się niekiedy na jeszcze dalej idące hipotezy, dotyczące Węgier. W miarę jak odsłaniane są prawicowe deklaracje Petera Magyara, niektórzy wierzą, że to Victor Orban namaścił swojego następcę, pozwalając mu odgrywać rolę swojego wroga.
Częścią tamtej ustawki miała być zniesławiająca Magyara kampania mediów i polityków Fideszu.
Nie będę się zagłębiał w przykład węgierski, choć ta wizja na milę zalatuje wiarą w polityczne cuda. W przypadku "zwycięstwa przed podział" trzeba przypomnieć, że nasza ordynacja wyborcza mniejszych ugrupowań nie premiuje.
To nie jest tak, że obecne sondażowe rezultaty PiS podzieliłyby się po połowie. Sama awantura też raczej odpycha wyborców od jej obu stron. Wie to Morawiecki, wie Czarnek, wie i Kaczyński. A jednak lud pisowski chce szukać ukrytych sensów.
W efekcie biesiady u Adama Bielana Morawiecki właściwie odniósł sukces. W scentralizowanej, wodzowskiej partii dobił się jako oficjalnego przyzwolenia na własną frakcję, z ograniczonymi uprawnieniami, ale jednak.
Bielan był idealnym mediatorem - między kolejnymi wyprawami do USA. Sprzyjał raczej Morawieckiemu niż "maślarzom", ale na listę stowarzyszenia się nie wpisał.
Zna Kaczyńskiego jak mało kto. Doskonale wyczuwał, że obie strony bluffują. I że trzeba je ratować, nim zapędzą się w swoich bluffach za daleko. Pamiętajmy, że większość członków PiS nie należy do żadnej z frakcji.
Pęknięcia PiS. Kto tu miał rację?
Morawiecki w swoich wysiłkach, aby zaaplikować wodzowskiej partii choć trochę kultury wewnętrznego pluralizmu i dyskusji, musi budzić sympatię takich ludzi jak ja. Choć Kaczyński miał swoje wcale nie bagatelne racje.
Jeśli celem fermentu w partii było początkowo zdobycie przez Morawieckiego namaszczenia na premiera, to nie był dobry pomysł. I w kontekście ewentualnej koalicji z Konfederacjami, ale i w kontekście społecznych nastrojów.
Prawda, w pisowskim ludzie Morawiecki był odbierany jako najbardziej naturalny kandydat. Ale innych - jako dawny premier, symbol błędów poprzedniej epoki - odpychał.
Kaczyński miał też rację oceniając krytycznie niejako równoległą kampanię Morawieckiego. Ona, obiektywnie patrząc, nie pomagała Czarnkowi. Tworzyła alternatywny przekaz.
Były premier miał z kolei swoje racje. Pozostaje kwestią otwartą, czy sam Czarnek to najlepszy kandydat. Tym razem Kaczyński nie wykazał się odwagą wymyślenia kogoś całkiem nowego, jak było w przypadku Karola Nawrockiego.
Być może nikogo takiego nie było. No i skoro decyzja zapadła, taka forma kontestacji prowadziła donikąd.
Drugą racją Morawieckiego było jego coraz bardziej ostentacyjne pomijanie, o co dbali "maślarze". Zyskali oni wpływ na Kaczyńskiego prostym argumentem, że trzeba odzyskać utraconych prawicowych wyborców.
Morawiecki mówił o wyborcach nie tyle nawet centrowych, co mniej uwikłanych w ideologiczne wybory, za to marzących o dobrze funkcjonującym państwie.
Spór o to, który elektorat jest ważniejszy, przypominał dyskusję, czy lepiej myć ręce czy nogi. Ale Morawiecki mógł mieć wrażenie, że przy okazji na niego polują.
Trzeba tu brać pod uwagę także czynnik psychologiczny. Chcąc być namaszczonym przez Kaczyńskiego na przyszłego lidera partii, technokrata Morawiecki był zmuszony przez lata mówić nie swoim językiem, hałaśliwym, pełnym ideologicznych zawijasów.
Uważano, że boi się starań o budowanie własnego zaplecza. A tu się nagle okazało, że je jednak stworzył, jakby mimochodem, dzięki rządowym zależnościom i więzom.
Teraz jeżdżąc po kraju, mógł wreszcie przemówić własnym językiem. Formuła "dwóch płuc" partii dała mu na koniec oficjalne prawo do tego.
Czym to się skończy, nie wiadomo. Relacje jego "harcerzy" z "maślarzami" nacechowane są autentyczną wrogością. Ludzie dawnej Suwerennej Polski wierzą, że godząc się na zasadę warunkowości przy okazji unijnych transferów z KPO, ten premier zdradził Polskę.
Reszta to personalne zawiści. Ciężko, będąc takim Patrykiem Jakim, nie zazdrościć bankowcowi biegle mówiącemu obcymi językami. Układanie list PiS (o ile już wcześniej nie wybuchnie kolejna awantura) może się okazać dla utrzymania politycznej wspólnoty katastrofą.
Ciekawe, jaka rola w gaszeniu pożarów przypadnie Kaczyńskiemu. Zawsze gotów był się pozbywać najcenniejszych postaci w imię sterowności partii.
Wierzył, że chroni prawicę przed kolejnymi Konwentami Świętej Katarzyny. Ale też bronił swojej władzy, bo uważał PiS za swoją własność. Rządząc ciężką ręką, nie przygotował swoich ludzi na cywilizowane rozstrzyganie sporów.
Teraz nagiął się do nieco innej formuły partii, zwłaszcza że nie jest już tak energiczny jak kiedyś. Na dokładkę, choć przestał ufać Morawieckiemu, wciąż docenia jego przydatność. Ale przecież może mu się znowu zmienić, odwidzieć. A wówczas…
Kompromis został dopiero co zawarty, a już "harcerze" Morawieckiego mówią o nim coś innego niż "maślarze" Czarnka. Czy do stowarzyszenia Rozwój Plus można czy nie można przyjmować nowych członków PiS? Tak, według jednych, nie, według drugich.
Wszystko to dzieje się na tle kiepskich wyników PiS-u jako całości. Czy dlatego, że formuła i język Czarnka się nie sprawdziły? Tak uważają "harcerze". Czy dlatego, że to Morawiecki wszystko popsuł? Tak żali się partyjna prawica.
Piotr Zaremba















