Morawiecki jak Tusk w przeszłości? Tego scenariusza obawia się Kaczyński
Stowarzyszenie Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego przedstawiane jest w propagandzie wewnętrznych przeciwników jako ruch na rzecz wyjścia z PiS lub jego rozsadzania. W rzeczywistości jednak przy jego pomocy były premier wraz z powiększającą się grupą polityków walczy o pozostanie i podmiotowość w ramach partii.

Akcesja kolejnych posłów wskazuje, że akcja Mateusza Morawieckiego jest skuteczna. Ani pogróżki i sygnały, wysyłane w kierunku prezesa Kaczyńskiego przez konkurencję partyjną, ani uruchomienie medialnych plotek, że członkowie stowarzyszenia już żałują, nic nie dały.
Lista zwerbowanych jest spora i prawdopodobnie będzie się powiększać. Wygląda na to, że twórcom stowarzyszenia udało się osiągnąć to, co amerykański socjolog Mark Granovetter określa jako przekroczenie "momentu krytycznego zachowań zbiorowych".
Stowarzyszenie jest już na tyle silne, że część członków partii, przede wszystkim posłów i wysoko postawionych radnych, widzi, że można do niego dołączyć, ponosząc ryzyko na poziomie przez nich akceptowalnym.
PiS jak Unia Wolności?
Efekt jest dokładnie odwrotny niż spekulacje części mediów, czy propaganda tak zwanej grupy maślarzy w PiS. Ci ostatni, przynajmniej część z nich, działali na rzecz marginalizacji czy wyrzucenia Morawieckiego, Dworczyka i innych. Robili to, przekonując prezesa, że były premier i tak zdradzi, zdradza albo "nie pasuje", szczególnie do nowego, bardziej radykalnego kursu.
Z kolei część środowiska Morawieckiego miała go przekonywać, że pora się już zbierać. Dla tych polityków, czy działaczy z drugiego szeregu, oznaczałoby to awans do pierwszego.
Tyle że cała akcja miała cel dokładnie odwrotny i - jak się zdaje - go spełniła, o ile żaden z kluczowych graczy nie zachowa się po drodze irracjonalnie i nie ulegnie podszeptom tych, którzy w całej grze mają bardziej wąski interes.
Masakra członków nowego stowarzyszenia przez Jarosława Kaczyńskiego oznaczałaby masakrę własnej partii i powstanie dwóch, konkurujących ze sobą formacji prawicowych. Ekipa Morawieckiego miałaby za sobą efekt świeżości, a PiS potężne, lecz zmurszałe struktury.
Wyjście ludzi Morawieckiego byłoby z kolei skokiem w nieznane. Nie jest tak, że w polskiej polityce nigdy się to nie udawało, udało się choćby Donaldowi Tuskowi, który u progu tysiąclecia pogrzebał w ten sposób Unię Wolności, ale różnic jest zdecydowanie więcej niż podobieństw.
Bójki w wielkim namiocie
Nie chodzi tylko o władzę. Różni ich stosunek do Unii Europejskiej, polityki wschodniej, sojuszy, modelu modernizacji, a także języka politycznego. Zwolennicy Morawieckiego, jak były wiceszef MSZ Paweł Jabłoński, tłumaczą, że ich celem jest budowa "wielkiego namiotu", jak określa się amerykańskie partie (przypominające raczej nasze ruchy społeczne) czy niemiecką CDU.
Członkom nowego stowarzyszenia zapewne w dużym stopniu o to chodzi, żeby po pierwsze zachować podmiotowość i wpływy w partii, po drugie móc walczyć o władzę w jej ramach.
Ale na dłuższą metę zaczynają się schody. "Wielki namiot" musi spełniać warunek obcy duchowi polskiej polityki. Musi zakładać, że w jednej formacji konkurują różne grupy, wrażliwości i poglądy oraz że w ramach tej walki o władzę przeciwnicy nie dążą do całkowitej anihilacji drugiej strony, czyli wyrzucenia jej poza nawias partii czy nawet polityki.
A tak było dotąd, choćby wtedy, gdy poszczególne grupy w PiS i Solidarnej Polsce w swoich rozgrywkach korzystały z mediów bliskich Donaldowi Tuskowi, zasilając je prawdziwymi lub nieprawdziwymi wrzutkami.
Dlatego, aby Morawieckiemu się udało, konieczny jest kolejny ruch ze strony Jarosława Kaczyńskiego oraz znacznej części aparatu PiS. Muszą "nabyć świadomość", że władzę mogą odzyskać tylko jako wielonurtowy konglomerat prawicowy, wyrażający różne poglądy, ale nieprzeżarty ostentacyjnym konfliktem ani tym bardziej nieustannymi czytelnymi eufemizmami i podtekstami, wskazującymi na walkę buldogów pod dywanem.
Bo warto pamiętać, że warzywka z bajki Brzechwy też były do końca na jednym jarmarku, a potem nawet znalazły się w jednej zupie.
Wiktor Świetlik













