Mit "specjalnych relacji" z USA
Wizyta Karola III u Donalda Trumpa to polityczny spektakl, w którym historia miesza się z bieżącą kalkulacją siły. Za ceremonialnym przepychem kryje się jednak pytanie znacznie poważniejsze: czy w czasach Trumpa "specjalne relacje" USA z jakimkolwiek krajem to nie są zwykłe bajki?

Król Karol III z małżonką udał się w podróż po Stanach Zjednoczonych. Oficjalnie chodzi o upamiętnienie momentu, gdy wybuchł konflikt między kolonią a metropolią, który przerodził się w regularną wojnę amerykańsko-brytyjską.
Świętowanie 250. rocznicy amerykańskiej niepodległości - z udziałem głów obu państw - ma więc swój niepowtarzalny, historyczny posmak. Prezydent Donald Trump ponoć zakochał się w ceremonialnym przepychu władzy, oglądając w telewizji koronację Elżbiety II. Tym tłumaczy się pewną słabość brutalnego polityka do brytyjskiej monarchii.
USA a "specjalne relacje" z Wielką Brytanią
Wielka historia - wielką historią, jednak w tej wizycie chodzi przede wszystkim o sprawy bieżące. Media brytyjskie i amerykańskie dzielą, niczym włos na czworo, problem tzw. "specjalnych relacji" między oboma krajami.
Dawno temu Wielka Brytania porzuciła globalne ambicje. W Londynie wymyślono, by podnosić własną rangę poprzez bliskie relacje z Waszyngtonem. I rzeczywiście - jeszcze do niedawna strategia ta przynosiła efekty. Gdy Wielka Brytania była członkiem Unii Europejskiej, odgrywanie roli nieformalnego ambasadora USA momentami zwiększało jej podmiotowość.
Wszystko to zakończył z hukiem Brexit. A w chwili, gdy Stany Zjednoczone stały się "drapieżnym hegemonem" (określenie Stephena M. Walta), z całą siłą powróciło pytanie: jaką rolę ma dziś odgrywać Wielka Brytania? Czy w ogóle jest jeszcze samodzielnym graczem?
USA a Wielka Brytania. Wojna w tle przepychu
Traf chciał, że podróż Karola III do Stanów Zjednoczonych odbywa się w momencie, gdy prezydent Trump potyka się na wojnie z Iranem. Brak sukcesów na Bliskim Wschodzie przekłada się na poszukiwanie winnych wszędzie, byle nie w Białym Domu.
Trump atakuje sojuszników z NATO za brak wsparcia militarnego, a szczególnie obrywa premier Keir Starmer. Prezydenckie oskarżenia - rzecz jasna - są upubliczniane. W świat idą także pogłoski o możliwym wycofaniu przez USA wsparcia dla brytyjskiego zwierzchnictwa nad Falklandami.
Jednocześnie Londyn oczekuje amerykańskiego wsparcia - zarówno militarnego, jak i politycznego, choćby w kontekście Ukrainy. Krótko mówiąc, drogi obu państw zaczynają się rozchodzić. Nic dziwnego, że Karol III ma wygłosić uroczyste przemówienie przed połączonymi izbami Kongresu. Jego rola jest jasna: uspokoić nastroje, mówić o pojednaniu i odnowie. Nie będzie fajerwerków - i nie o nie chodzi.
Obie strony korzystają bowiem z instytucjonalnej powściągliwości brytyjskiej monarchii. Trump jest wyraźnie zafascynowany faktem, że odwiedza go król. Spontanicznie zaczyna mówić o odnowieniu bliskich relacji z Wielką Brytanią. Być może szybko mu przejdzie. Ale sam fakt jest znaczący. Londyn pokazuje, jak prowadzić politykę zagraniczną na dwóch fortepianach: jeden ośrodek władzy zachowuje dystans, drugi wyciąga rękę do mocarstwa, od którego - jakby nie było - wciąż wiele zależy.
Stary morał
Niespodziewanie wizyta monarchy przynosi politykom chwilę ulgi - odwraca uwagę opinii publicznej od realnych problemów. Ceremonialny przepych, bankiety i ogrodowe przyjęcia okazują się użyteczne w łagodzeniu napięć międzynarodowych. To wiedza, którą monarchie konstytucyjne wciąż przechowują. W republikach, przeżartych polaryzacją, często nie dostrzega się, jak podobne mechanizmy można wykorzystać dla racji stanu.
Nie zmienia to jednak zasadniczego trendu. Wielka Brytania może celebrować "specjalne relacje", lecz coraz wyraźniej ciąży ku Europie. Jej podmiotowość najlepiej było widać wtedy, gdy Starmer zasiadał do stołu z Emmanuelem Macronem oraz Friedrichem Merzem, by rozmawiać o sprawach wojny i pokoju.
Im bardziej Wielka Brytania potrzebuje Stanów Zjednoczonych, tym wyraźniej musi pokazywać, że potrafi się bez nich obyć. To, jak się zdaje, dotyczy także innych państw, w tym Polski.
Jarosław Kuisz














