Minister Nowacka zalegalizuje zielone włosy uczniów. A i tak ich wkurzyła
Minister Barbara Nowacka chce pisać ustawę o wyglądzie ucznia w szkole. Może i powinien mieć prawo do zielonych włosów. Ale czy niepełnoletnie uczennice powinny móc się malować przed lekcjami? A to tylko przykład.

Przypomniała mi się bardzo stara historia. W latach 1987-1991 uczyłem historii w liceum na warszawskiej Pradze Południe, gdzie mieszkam całe swoje życie. Chyba w roku 1988 wybuchła tam mała aferka z uczniem trzeciej albo już czwartej klasy. Nosił na głowie tzw. irokeza. Ostrzyżenia się zażądała od niego nauczycielka biologii będąca pierwszym sekretarzem organizacji PZPR w tej szkole. I w końcu to zrobił. Szkoła w państwie autorytarnym dysponowała środkami przymusu.
Pamiętam, jak opowiadałem kolegom ze studiów (liberalna historia na UW), że najbardziej konserwatywnymi ludźmi w Polsce są komuniści, że to sam generał Jaruzelski wprowadza taką atmosferę. Tak to wtedy trochę wyglądało, choć pewnie w różnych szkołach różnie.
Co się zdarzyło w Krakowie?
Wspomnienie jest nieprzypadkowe. Minister edukacji Barbara Nowacka zapowiedziała ustawę regulującą kwestię wyglądu uczniów w szkole. Ubioru, ale także na przykład fryzury. Czy planowała od początku, że jej operacja zmieniania w polskich szkołach wszystkiego obejmie również tę sferę? Wygląda to raczej na reakcję na konkretne zdarzenie.
W pewnym krakowskim liceum dyrektor, człowiek starej daty, i na dokładkę zwolennik prawicy, kazał uczniowi ściąć irokeza właśnie. Platformerskie władze Krakowa zawiesiły go za to w obowiązkach. Tzw. eksperci od edukacji pisali o brutalnym potraktowaniu licealisty (musiał u fryzjera ostrzyc się lub wręcz ogolić "na zero"), o podeptaniu jego godności. Z kolei urzędnicy miejscy zarzucili dyrektorowi, że wysłał ucznia do fryzjera w godzinach lekcji.
Dyrektor tłumaczył, że było trochę inaczej. To jedna z nauczycielek uznała taką fryzurę za niezgodną ze statutem szkoły i posłała ucznia do przełożonego całej szkoły. Licealista miał sam zaproponować, że pójdzie do fryzjera, korzystając z przerwy w zajęciach. Jego rodzice nagłośnili sprawę później, kiedy doszło do innego konfliktu - o zachowanie ich pociechy podczas wycieczki do muzeum.
Jak było, tak było. Dyrektora, Mariusza Graniczkę, człowieka na rok przed emeryturą, prowadzącego szkołę podobno na wysokim poziomie, ale tradycyjną, zawieszano i odwieszano. Sprawa, zdaje się, jeszcze się nie skończyła. Jest ona zabarwiona, jak wszystko w Polsce, polityką. Liberalne władze miasta postanowiły ukarać widowiskowo konserwatystę.
Minister Nowacka postanowiła przeciwdziałać takim sytuacjom, regulując kwestię, która jest różnie traktowana przez różne szkoły, "centralnie". Ogłosiła, że każdy może mieć takie włosy, jak chce. W jej mniemaniu odpowiednia ustawa będzie akcją liberalizacyjną, zgodną z linią MEN, który to resort nieustannie przedstawia się jako rzecznik interesów uczniów, chroniący ich przed stresem. Szkoły natomiast mają nie wprowadzać własnych rygorów i zakazów.
Ale przy okazji pani minister oznajmiła, że pewne rygory warto jednak zachować. Na razie poznaliśmy z jej ust dwa przykłady:
- opadające, zbyt obszerne spodnie chłopców (gdzie ona je widziała?)
- i zbyt duże kolczyki dziewczyn, które mogą przeszkadzać na lekcjach wuefu.
Jestem bardzo ciekaw, jak to da się zapisać w ustawie. I czy dojdą inne ograniczenia?
W każdym razie w telewizyjnych programach informacyjnych już pokazano licealistów protestujących przeciw jakimkolwiek restrykcjom ministerstwa. Nagle chcąca nieba przychylić młodzieży Nowacka wyszła na szkolną despotkę.
Mundurki mają swój sens
Na podstawie moich dawnych uczniowskich doświadczeń byłem zwykle sceptyczny wobec rygorów dotyczących stroju i wyglądu. W latach 2006-2007 drwiłem sobie z rozporządzenia ministra edukacji Romana Giertycha, próbującego w koalicji z PiS wprowadzić do szkół mundurki. Wydawało mi się to przejawem nadgorliwości, sztuczną akcją na rzecz dyscypliny i swoistej uniformizacji młodzieży. Sam jestem z pokolenia, które w podstawówkach nosiło fartuchy. Nie jest to miłe wspomnienie.
Niemniej dzieląc się wątpliwościami, czy resort Nowackiej zdoła uregulować kwestię "zbyt obszernych" spodni, przywołam inne pytania. A może to dobrze, że różne szkoły, dotyczy to przede wszystkim tych ponadpodstawowych, mają różne reguły dotyczące m. in. szkolnych strojów? Może rodzice powinni móc wybrać, czy chcą posyłać swoje dziecko do placówki bardziej konserwatywnej czy bardziej liberalnej? Bo normy dotyczące tego, jak się ubieramy i jak wyglądamy, mogą rzutować na atmosferę. Ktoś może uznać, że odrobina dyscypliny pomoże ich niesfornej latorośli.
Idźmy dalej. Może i uczeń powinien mieć prawo do zielonych włosów. Ale czy niepełnoletnie uczennice powinny móc się malować przed lekcjami? Czy szkoła nie powinna w tym przypadku tworzyć jakichś blokad, choćby w interesie innych dziewczyn, które nie dojrzały tak wcześnie do podobnych manifestacji "dorosłości"? Jestem ciekaw, jak minister Nowacka poradzi sobie z tym problemem. Skądinąd nie da się przewidzieć i opisać każdej sytuacji w ustawie.
A co z jeszcze inną kwestią? Mundurki były przedstawiane jako narzędzie wprowadzania większej dyscypliny. Ale przecież nie tylko. Lewicowcowi Ryszardowi Bugajowi ten pomysł prawicy, przywołujący choćby wzorce brytyjskie, się podobał, bo stał na straży pewnego egalitaryzmu na terenie szkoły.
Popisywanie się własnym strojem czy własnym wyglądem może pogłębiać poczucie nierówności, rodzić upokorzenia. Nie wiem, jak to zapisać w prawie. Z pewnością Nowacka jest ostatnią osobą, która wróci do mundurków szkolnych. Ale problem istnieje. I warto się nad nim pochylić, a nie tylko myśleć, jak się odróżniać od PiS.
Równocześnie nasila się tendencja, aby nałożyć na młodych ludzi ograniczenia dotyczące korzystania ze smartfonów - przynajmniej na terenie szkoły albo w ogóle. Więc co, powiemy im: w tej sferze stosujcie się do zakazów, ale w kwestii waszego wyglądu "róbta, co chceta"?
Mam zarazem świadomość, że przy urządzaniu szkolnego życia zawsze będą kolidowały różne wartości. Wojowanie z poczciwym irokezem nadal wydaje mi się absurdalne. Tak myślałem już w roku 1988. Ale tworzenie ze szkoły strefy, gdzie zabrania się zabraniać, trąci mi dziecinadą. Proszę obejrzeć "Tango" Sławomira Mrożka. Wielki dramatopisarz pokazał, jak to się, nie w skali samej tylko szkoły, a w skali społeczeństwa, kończy. Jego zdaniem rodzi to najpierw frustrację, a potem katastrofę.
Piotr Zaremba














