To, że największy sukces tego rządu, jakim jest odblokowanie środków z KPO, udało się zmienić w wizerunkową porażkę, świadczy o tym, że jeśli chodzi o zdolność do strzelania sobie samobójów z połowy boiska, ta koalicja nie ma sobie równych.
To, że poważni komentatorzy podnieśli larum z racji na promilowe dziwne dofinansowania - zdaje się póki co, że całkowicie zgodne z prawem - kolejny raz ujawnia płyciznę polskiego dyskursu, który sprawnie balansuje między ignorancją a histerią, bez cienia niuansu i poczucia proporcji.
To, że środki unijne, w tym pożyczki, są wydawane w tak idiotyczny sposób - pokazuje, że cień pocovidowy potrafi dosięgnąć nawet skądinąd racjonalnych instytucji brukselskich i że programy dotujące prywatne firmy przez biurokrację mogą zmienić się we własną parodię.
Komunikacyjna próżnia
Środki z KPO rozpisane za czasów pandemii i PiS-u zostały ostatecznie wypłacone z dwuletnim opóźnieniem za rządów PO, choć wiele obietnic reform wymiaru sprawiedliwości nie zostanie prawdopodobnie wdrożonych z racji na opór wcześniej prezydenta Dudy, a teraz Nawrockiego, tym samym uwiarygadniając argumenty, że decyzje UE są upolitycznione.
Być może to pośpiech w dystrybucji środków i rozpisywaniu konkursów, ze świadomością, że niemal niemożliwością jest ich wydanie w terminie do końca 2026 roku, nie pozwolił na racjonalną alokację, a następnie jej skuteczną komunikację. Być może to po prostu zwykła nieudolność. Na pewno kluczem był zmarnowany czas rządów Morawieckiego, który w sprawie KPO umiał tylko wieszać banery. Ale to było dwa lata temu.
Polacy nie wiedzieli, na co pójdą dotacje i pożyczki z KPO, bo rząd nie umiał im tego opowiedzieć. W tę próżnię, liczoną w miliardach euro, jak nóż w masło weszła opowieść o przekrętach w branży hotelowo-gastronomicznej.
Jeśli sam się nie umiesz opowiedzieć, skazujesz się na to, że opowiedzą cię inni.
A jeśli robi się to jak Donald Tusk: chwaląc się inwestycjami w kolej w rządowym samolocie, oblewając się przy tym wodą, to już chyba lepiej jest nie robić nic.
Nie ma oczywiście żadnych powodów, dla których eksperci czy media mieliby za rząd wyciągać kasztany z ognia i przekonywać zirytowanych rodaków, że "nic się nie stało". Ale byłoby dobrze, żeby zamiast li tylko szukać winnych, podejść do sprawy systemowo.
Zamiast się podkręcać smaczkami dyskusyjnych, choć, jak się wydaje, całkiem legalnych biznesów, które mogą się starać o dotację w ramach dywersyfikacji, przeanalizujmy, co nie działa i dlaczego. Kto podjął takie decyzje. Ile realnie pieniędzy zostało zmarnowanych. Czy decyzje podejmowane w realiach covidowych i ratowania upadających biznesów nie powinny być zmodyfikowane, gdy realnie o pandemii nikt już nie pamięta?
Mniej Czyngis Chana, a więcej Toyoty: ze słynnym poszukiwaniem praprzyczyny awarii i pytaniem do skutku: "dlaczego?".
Pecunia olet
Są takie prezenty, których lepiej nie przyjmować. Które okazują się szkodliwe: jeśli nie na poziomie indywidualnym, to zbiorowym.
Logika systemów polityczno-prawnych jest radykalnie odmienna od logiki biznesowej. Tu nie decydują punkty, ale zdolność do zaoferowania lepszego produktu i cena. Jeśli pieniądze są, to się je bierze - ale nie ma co oczekiwać, że w ten sposób stworzy się wydumaną przy biurkach odporność. I że są na to być może bardziej racjonalne sposoby niż napisane na kolanie strategie robienia tego, czego żaden przedsiębiorca nie planował, póki jakiś urzędnik nie postanowił mu dać na to pieniędzy. Czasem wystarczy zapytać. Albo po prostu nie przeszkadzać.
Dużo bardziej przydałoby się wyrównanie warunków gry dla biznesu: tak, żeby nie karać Europejczyków wysokimi standardami, których nie egzekwujemy od azjatyckich kontrahentów. I przy okazji zadbanie o bezpieczeństwo łańcuchów dostaw. Nie mówiąc już o możliwości decydowania o sobie, czyli o budowaniu suwerenności decyzji, czego Unia nie posiada choćby względem USA, dokonując bolesnych koncesji na żądanie Donalda Trumpa.
Samo wymuszanie inwestycji w strategicznych obszarach jest korzystne, choć alokacja środków często podyktowana jest raczej dostępnością pieniędzy niż sensownością.
Zamiast zajmować się ekspansją rynkową, wdrażaniem innowacji czy pojechaniem na zasłużone wakacje, tysiące polskich przedsiębiorców zajęło się kombinowaniem. Pieniądze leżały - dosłownie - na ulicy, tylko opakowane w zawiłe paragrafy i niemądre kryteria. Sęk w tym, że nie można było ich dostać na to, co robi się dobrze - więc masowo były składane wnioski na wydumaną działalność poboczną - których weryfikacja odbywała się na biurkach, a nie w realu, w konfrontacji z konsumentami i potrzebami rynkowymi.
O odporności polskich biznesów świadczy ich zdolność adaptacji. To, czego brakuje nam jako wspólnocie, to zdolności do koordynacji zasobów i skomplikowanych projektów, wykraczających poza wąsko pojmowany interes własny. Byłoby dobrze, żeby funkcjonowanie w ramach unijnych struktur pomagało nam te kompetencje budować.
Czy jesteśmy w stanie o tym serio porozmawiać? Czy też pułap naszej debaty wyznacza beka z klubu dla swingersów i jachtu z elektrycznym silnikiem?
Leszek Jażdżewski
















