Reklama

Reklama

Mata pewnie błaznuje. Ale "dziaders" Zaremba może się zastanowić...

Oczywiście kampanii prezydenckiej Maty, która ma trwać 18 lat, nawet nie można brać serio. To pewnie tylko lans wokalisty. Ale to również okazja, by spytać o młodych w polskiej polityce. I o to, czy w roku 2040 mechanizm selekcji polityków będzie inny niż obecnie.

Media nie podchwyciły raczej tej zabawnej informacji. Michał Matczak, czyli Mata, gwiazda (a może tylko gwiazdka) hip hopu ogłosił na You Tube'ie, że będzie kandydował na prezydenta. Jednak dopiero w roku... 2040. Mata ma 21 lat. Prezydentem można zostać dopiero w wieku lat 35.

Jednym z nielicznych, który pochylił się nad tematem, był Michał Płociński, komentator "Rzeczpospolitej", ale też propagator hip hopu w Radiu Kampus. Przy czym głównym przesłaniem jego głosu nie była ocena samego Maty. Płociński dworował sobie z 30-, 40-latków, którzy całkiem serio debatują w necie nad tym zdarzeniem i nad szansami Matczaka na wejście do polityki. Dziennikarz napisał o zmęczeniu obecną polityką, gdzie dwaj emeryci, 73-letni Jarosław Kaczyński i 65-letni Donald Tusk, obrzucają się "przedszkolnymi wyzwiskami".

Reklama

Zarazem Płociński napomknął o tym, że dyskutanci niewiele wiedzą o najmłodszych rocznikach, o pokoleniu Maty. Tyle że nie napisał, jaka konkretnie wiedza jest dla nich niedostępna, a potrzebna do oceny fenomenu samego rapera i jego dość infantylnych, pseudopolitycznych deklaracji.

Mata chce zostać prezydentem - czytaj w serwisie Muzyka!

Od prawdy do autoreklamy

Zacznę od tego, że obaj z Płocińskim broniliśmy Maty, kiedy w roku 2019 absurdalną burzę w szklance wody wywołał jego teledysk "Patointeligencja". Ba, przyniósł on istną histerię, też raczej wśród starych roczników.

Konserwatyści mieszali dość w sumie pesymistyczną diagnozę rapera z jego osobistymi zapatrywaniami i skłonnościami. W duchu przekonania, że jak ktoś opowiada o hedonizmie młodzieży z dobrego liceum, to się za tym opowiada. Ale irytowali się też niektórzy lewicowcy. A to wypominając Macie imitowanie buntu (choć on sam wcale się w tym utworze nie opowiadał za kontestacją). A to denerwując się, że zawłaszcza muzykę z blokowisk, odbierając ją "trudnej młodzieży", choć przecież on tylko wyraźnie wyśmiewał snobowanie się współczesnych bananowców na gangsta rap.

Jednym słowem była to komedia pomyłek. A skoro Plociński będący znawcą pisał, że to dobry hip hop (chodziło o cały album, "Patointeligencja" była tylko jednym z utworów), a mnie samemu on pasował, uznałem, że warto Maty pobronić. Choć ani mi brat, ani swat.

Potem zobaczyłem kolejny modny teledysk Maty, "Patoreakcję", która była jedynie pustą afirmacją i reklamą własnej osoby, zarazem naszpikowaną banalnymi wstawkami politycznymi (wojną z PiS i z TVP Kurskiego). Pojąłem, że mam już do czynienia z kandydatem na celebrytę, który niemal na samym początku śpiewa o swoim "celebrytyzmie" jako czymś oczywistym.

Tę samą naturę ma teraz anons kariery politycznej Maty. Z jednej strony jego wojna z policją - o posiadanie narkotyków i nielegalną imprezę - jest typowym występem zamożnego, nudzącego się i szukającego wrażeń młodzieńca. Z drugiej, wygrażanie politykom PiS, acz dziś popularne wśród młodszych roczników, nie niosło ze sobą żadnej sprawy czy ważnego przesłania.

Mata i jego tata

Oczywiście kampanii prezydenckiej Maty, która ma trwać teraz 18 lat, nie trzeba i nawet nie można brać serio. To pewnie tylko okazja do przypominania o sobie, lans muzyka i wokalisty. Czy nawet w tym wytrwa, dopiero zobaczymy.

Możliwe jednak, że Macie chodzi po głowie jakaś forma bardziej systematycznego komentowania polityki. Przypomnijmy, otwarcie przyznaje się (także w "Patoreakcji") do solidarności z ojcem, profesorem Marcinem Matczakiem. Ten zaś jest establishmentowym ekspertem prawnym, a poniekąd i politycznym celebrytą bliskim obecnej opozycji.

Czy pasuje ta więź duchowa do buntu, do kontestacji, którą w swoich dzisiejszych występach (podkreślam - nie w "Patointeligencji") Mata próbuje markować? Ojciec to klasyczny przedstawiciel elity zwalczający obecną władzę z pozycji nie tylko rzecznika prawniczej elity, ale i dość skrajnego rzecznika liberalnego indywidualizmu. Całkiem niedawno profesor opowiadał się za tyraniem w korporacjach po 12 godzin na dobę. Czy to się może podobać młodym ludziom?

Wszystkim na pewno nie, młode pokolenie bywa przez "dziadersów" pomawiane o roszczeniowość i niechęć do mrówczej dyscypliny. Zarazem jednak o młodszych rocznikach mówi się jako o dość liberalnych, także w sensie stosunku do ekonomii. To podobno najmłodszy elektorat lewicy utrudnia Partii Razem sięgnięcie po rząd dusz w realizacji wizji egalitarystycznych, bo składa się z indywidualistów. Możliwe więc, że Mata mógłby być wyrazicielem jakiejś części swojego pokolenia.

Mógłby, gdyby mówił cokolwiek spójnego i poważnego. Na to musimy zaczekać. Możliwe, bardziej prawdopodobne, że nie doczekamy się nigdy. Jak widać, także i ja uległem pokusie potraktowania serio ogórkowego incydentu.

Młodzi, coraz mniej ważni

Aczkolwiek to jest okazja do dwóch uwag. Po pierwsze, co jakiś czas wybuchały debaty o tym, kto i jak mógłby pozyskać najmłodszych do swojej polityki. Młodzież okazywała się i eklektyczna w swoich odruchach, i dość niestała.

Kilka lat temu jej spora część skłaniała się w prawo. Teraz odrobinę tylko młodsi skręcają ostro w lewo, zwłaszcza w kwestiach światopoglądowych. Ale nawet jeśli tak, nie widać ich skłonności, aby stworzyć karne wojsko dla kogokolwiek. Czy Mata mógłby to zmienić? Przypuszczam, że wątpię.

Co ważniejsze, zabieganie o młodych ma póki co ograniczony sens polityczny. Nie tylko niechętnie chodzą do wyborów, ale też jest ich z przyczyn demograficznych coraz mniej. Owszem, pewnie za jakiś, dłuższy czas Polska będzie całkowicie ich. Ale na razie są coraz mniej przesądzającą mniejszością wśród wyborców. To dlatego dla PiS ważniejsze są 14. emerytury. Opozycja próbuje bardziej ich kokietować, ale swój przekaz też kieruje do wszystkich, i chyba odrobinę bardziej do starszych.

Skądinąd wizja, że polityka będzie coraz młodsza, sprawdza się w różnych krajach tylko do pewnego stopnia. Prawda, mieliśmy przeraźliwie młodego kanclerza Austrii, są inne przykłady takich karier w świecie, częstsze niż kiedyś. Ale na przykład w USA, zawsze dość oligarchicznych, gdy chodzi o wiek polityków, mamy kolejno dwóch najstarszych prezydentów w dziejach: Trumpa, a potem Bidena.

Celebryci na start?

Uwaga druga to pytanie, czy ów absurdalny "start" Maty w wyborach to jakiś kolejny symptom rozsadzania tradycyjnej profesjonalnej polityki przez ludzi nowych, głównie celebrytów? To chyba nie tylko kwestia zmęczenia duopolem PO. Także natury polityki w różnych krajach, gdzie staje się ona coraz bardziej widowiskiem. Także znudzenia tradycyjnym życiem publicznym. Mieliśmy więc we Włoszech komika Beppe Grillo jako lidera nowej partii. Także Donald Trump to intruz, wprawdzie z biznesu, ale przecież także z telewizyjnych programów.

U sterów wciąż jednak przeważają produkty profesjonalnej polityki. Polska staje się jednak polem doświadczalnym dla nowych prądów. Najpierw Paweł Kukiz, pan od muzyki, potem Szymon Hołownia, pan od TVN-owskich show, jako nowi gracze doznali szybkiego sukcesu. Na razie bywają oni dość szybko wsysani w rutynę normalnego systemu. O tym, czy Mata jest kandydatem na kogoś takiego, mówić jest zdecydowanie za wcześnie.

Skądinąd najbardziej zaawansowanym eksperymentem w kierunku demokracji celebryckiej był wybór Wołodymyra Zełenskiego na prezydenta Ukrainy. Pamiętajmy, że do wybuchu wojny był on przez wielu Ukraińców odbierany jako "wypadek przy pracy". Jako sygnał przejścia z półdemokracji postkomunistycznej zdominowanej przez oligarchów od razu do demokracji jako show. Polsce wciąż daleko do takiego momentu, chyba daleko. Choć w czystej teorii mogę sobie wyobrazić, że w roku 2040 coś podobnego dzieje się i z nami. Ale chyba nie z Matą w roli głównej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy