Marco Rubio omija Polskę
Wizyta Marco Rubio na Węgrzech i Słowacji stawia polską prawicę przed palącymi wyzwaniami. Czy ideologiczne sojusze w praktyce mogą zagrozić interesom Polski i nowym ambicjom w polityce bezpieczeństwa?

W tym roku przed Monachijską Konferencją Bezpieczeństwa wyczuwano szczególnego rodzaju napięcie. W ubiegłym roku wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, JD Vance, bezceremonialnie zrugał pół Europy. Agresywnie, napastliwie. Zagrożenie rosyjskie ze Wschodu go nie interesowało. Wrogów wewnętrznych poszukiwać należy raczej we własnych krajach. Nie dyskryminować skrajnej prawicy, choćby jej ideologiczne korzenie znajdowały się niepokojąco blisko faszyzmu.
Można było odnieść wrażenie, że Amerykanin nie przyleciał zza Atlantyku, tylko spadł z księżyca i nie ma pojęcia, o czym mówi. A jednak był to charakterystyczny dla naszych czasów groch z kapustą, który ma być ciskany gęsto, aby naruszać status quo. Generalnie bez dawnej troski o konsekwencje. W tej wizji polityki jakieś tam lekcje z kart historii XX wieku w zasadzie bledną w porównaniu z działaniami przeciwników z konkurencyjnych partii.
Tym razem z Waszyngtonu do Monachium pojechał Marco Rubio. Polityk, kierujący sprawami zagranicznymi, uderzył w zupełnie inne tony niż JD Vance. Po pierwsze, darował sobie chamskie pouczanie słuchaczy z wysoka. Po drugie, retorycznie podkreślał związki USA z Europą.
Jednak o realnym przełomie trudno mówić. Owszem, był grzeczniejszy. O relacjach USA i Unii Europejskiej nie miał nic interesującego do powiedzenia. Dorzucił typowy passus o cywilizacyjnych zagrożeniach dla Europy, migracji i globalnym ociepleniu. Jednak w przypadku administracji Trumpa ważniejsze są czyny niż ciskane na lewo i prawo słowa.
A tutaj trudno było nie zauważyć, że gest spotkania się przez JD Vance'a z szefostwem niemieckiej AfD sekretarz stanu Rubio powtórzył w międzynarodowej skali. Zamiast dalej pojechać z wizytą do Brukseli czy Warszawy, pognał w ramiona Viktora Orbána na Węgrzech i Roberta Fico na Słowacji.
Polak, Węgier - dwa bratanki?
Podobnie jak rok temu amerykańskie działania były i są ordynarnym mieszaniem się w wybory. Zimą 2026 dla Victora Orbána sondaże nie są przychylne. Polityczna zmiana na Węgrzech, przynajmniej w teorii, wisi w powietrzu. Konkurent Péter Magyar nad Dunajem marzy o przejęciu władzy z łap obozu, którego od ponad dekady nie podobna od niej odspawać.
Coraz więcej Węgrów razi opanowanie państwa przez krewnych i znajomych Orbána. Opowieść o alternatywnej wersji ustroju tylko po to, aby obóz władzy mógł bezkarnie czerpać korzyści materialne, wygląda na zużytą. Nie wszystkim też odpowiadają ciepłe słowa dla Kremla. Listę powodów do demokratycznej zmiany można wydłużać.
Pytanie jednak, czy odsunięcie Orbána od władzy jest w ogóle możliwe. Dobrze pamiętam, jak przy okazji poprzednich wyborów na Węgrzech dzielono skórę na węgierskim niedźwiedziu. W praktyce to były pobożne życzenia. Podobnie w 2026 nic nie wydaje się przesądzone.
Właśnie w tym kontekście pojawia się w Budapeszcie Marco Rubio, aby podczas konferencji prasowej wychwalać przyjacielskie stosunki Trumpa i Orbána oraz frukta ekonomicznej współpracy. Sekretarz stanu zapewniał, że obecna administracja USA wierzy w sukces wyborczy premiera Węgier. Ten kolei skrytykował wspieranie Ukrainy przez kraje europejskie i dorzucił garść pochlebstw pod adresem obecnego mieszkańca Białego Domu. Kadzić zatem można także z daleka.
I tu właśnie otwiera się wielki dylemat przed polską prawicą. Prezydent Karol Nawrocki ostatnio oświadczył, że chciałby przystąpienia Polski do programu nuklearnego. Wiadomo, że celem jest ochrona przed agresją ze strony sąsiada ze Wschodu. Rosja przeciwko takim pomysłom będzie protestować. Jednak w obecnym układzie sił na świecie warto odnotować, że także obecnej administracji amerykańskiej takie pomysły mogą być nie w smak.
Próby przejścia od słów do czynów w tak drażliwej sprawie mogłyby się skończyć dostaniem po łapach, co widzieliśmy na przykładzie potraktowania prezydenta Zełenskiego w Białym Domu. Marco Rubio dotarł do Bratysławy, ale do znajdującego się na mapie świata "tuż obok" pałacu prezydenta Karola Nawrockiego czy siedziby na Nowogrodzkiej - już nie. Obecna administracja USA nie ogląda się na protokół dyplomatyczny.
Granice ideologii
Po wybuchu wojny pełnoskalowej w 2022 Jarosław Kaczyński, słysząc relatywizowanie rosyjskiego zagrożenia, wysyłał Orbána do okulisty. Jednak układanka robi się coraz bardziej skomplikowana. Obecnie Budapeszt - w imię rzekomego ideologicznego sojuszu - potrafi wychwalać jednocześnie Trumpa i Putina. I to wystarczy, aby USA na Węgry spoglądały przychylnym okiem. Czy taka droga czeka polską prawicę?
Coraz bardziej wydaje się, że na prawej stronie nowe ideologiczne alianse są grubo przeceniane. To jasne, że można wspólnie atakować liberalny porządek i Unię Europejską, jednak konsekwencje byłyby inne dla mieszkańców USA, Węgier i Polski.
Pod grubą warstwą abstrakcyjnych słów znajdują się konkretne problemy: czy Amerykanie pozwoliliby na przystąpienie Polski do nowego programu nuklearnego, jak chciałby prezydent Nawrocki? Czy amerykańskie naciski wywierane na Ukrainę doprowadzą do porozumień, które nie będą zagrażały nam wybuchem kolejnej wojny?
Czy polska prawica byłaby w ogóle w stanie wynegocjować podmiotowe traktowanie przez Waszyngton - bez lewarowania się jak Węgry i Słowacja - Moskwą? (skoro prawica lewarować się Unią Europejską nie chce).
Oto pytania, które przynosi nam wizyta Marco Rubio w Europie Środkowo-Wschodniej. Sprawy "azylu politycznego" dla Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego są tylko odpryskiem większych spraw. Podobnie jak deklaracja Pétera Magyara na temat ewentualnej ekstradycji dżentelmenów - po ewentualnym zwycięstwie nad Orbánem w kwietniu 2026.
Na co dzień żyjemy sobie w Europie Środkowo-Wschodniej, jak gdyby daleko od osi świata. Prowadzimy nasze lokalne swary. Spieramy się o Tuska, Kaczyńskiego czy Nawrockiego (lub wywiad jego żony). A tymczasem to u nas - między Wschodem a Zachodem - globalne pęknięcia widać coraz wyraźniej. I coraz mniej "jak w soczewce".
Jarosław Kuisz














