Małżeństwa jednopłciowe w Polsce to kwestia czasu
W sprawie orzeczenia TSUE, wpuszczającego do Polski jednopłciowe małżeństwa zawarte za granicą, Donald Tusk będzie kluczył. Ale pierwszy krok w kierunku takich małżeństw, i to zawieranych w samej Polsce, został zrobiony.

W instytucjach unijnych mówiło się od dawna o legalizacji małżeństw jednopłciowych zawartych w jednych państwach Unii i niejako importowanych do innych państw, które ich nie uznają. Zarazem to polski Naczelny Sąd Administracyjny sprowokował takie rozstrzygnięcie swoim pytaniem do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Spór o słuszność czy o władzę Unii?
Zacznę od swojego osobistego stosunku do takich małżeństw. Kiedyś fakt prawnego zrównania związków jedno- i dwupłciowych mnie niepokoił. Uważałem, że podważa się naturalny ład oparty jednak na tradycyjnej rodzinie. Zaryzykuję tym wyznaniem agresję takich fanatyków jak Jacek Dehnel.
Takie związki mogą podsuwać młodym ludziom na progu dorosłości myśl, że warto spróbować, zaryzykować eksperyment - rozumowałem. Eksperci temu zaprzeczali, ale ich progresywne zapatrywania mogły mieć na takie zaprzeczenia wpływ.
Dziś takie rozterki nie mają znaczenia. Ludzie tej samej płci układają sobie wspólne życie, więc jeśli to ma wpływ na wybory kogoś innego, jest on niezależny od prawnych regulacji. Uznaję ich prawo do ułatwień.
Jeśli jestem nadal co najmniej sceptyczny wobec nazywania takich związków małżeństwem, to głównie z jednego powodu. Nie chcę prawa do adopcji dla takich par. A ono siłą rzeczy po legalizacji homoseksualnych małżeństw się pojawi, zostanie wyegzekwowane pod hasłem zapobiegania dyskryminacji. Może nawet nie w parlamencie, a przez sądy.
Oczywiście natrafimy na ekspertyzy dowodzące, że dzieci przysposobione do takich związków rozwijają się normalnie. Przeciwstawiam temu zwykłe życiowe doświadczenie. Ojciec i matka zaspokajają różne potrzeby dziecka, zapewniają harmonijny rozwój i chłopcom i dziewczynkom. Tylko tyle i aż tyle.
To o meritum. Zarazem przy okazji pojawiła się kolejna dyskusja o wciąż rozszerzanych granicach władzy Unii Europejskiej. Przecież w 2004 roku, kiedy wstępowaliśmy do UE, zapowiadano, że akurat w sprawach obyczajowych i moralnych zachowamy pełną samodzielność. Gdzie ona jest teraz?
W te tony uderzają konserwatywni politycy i komentatorzy. Typowy jest tu głos wicemarszałka Krzysztofa Bosaka z Konfederacji: "Właśnie runął kolejny mit budowany przez ostatnie 20 lat przez prawicowych i centrowych zwolenników integracji europejskiej: że zagwarantowali Polsce w traktatach autonomię w sprawach aksjologicznych i obyczajowych. Temu miało służyć wyłączenie nas z Karty Praw Podstawowych i niezliczone publiczne deklaracje, pozbawione mocy prawnej. Niestety jest tak jak ostrzegaliśmy: samo uznanie nadrzędności prawa UE i logiki pogłębiania integracji daje nieskończone możliwości reinterpretacji porządku prawnego".
Akurat w tym przypadku logika nie daje oczywistej odpowiedzi. Unia powołuje się na prawo do swobodnego przemieszczania się jej obywateli. Cudzoziemcy powinni zachować swoje pierwotne uprawnienia, jeśli się przeniosą do innego kraju Unii. W teorii to oczywiste.
Z drugiej strony nie całkiem oczywiste. Przecież zaczęło się od wniosku jednopłciowej pary Polaków, którzy wzięli ślub w Niemczech, bo tam jest to dozwolone. To im polski urzędnik stanu cywilnego odmówił potem wpisu jako małżeństwa. Przyznanie w takich przypadkach stosowania prawa innego państwa jest oczywistą drogą do obejścia prawa polskiego. Które wciąż obowiązuje. Łącznie z zapisem konstytucji z roku 1997, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny jest pod ochroną prawa.
Wszystkie opinie Tuska
Przed polskim rządem, mocno wychylonym w stronę progresywną, stanął dylemat, jak zareagować. Donald Tusk na posiedzeniu Rady Ministrów zaprezentował wszystkie poglądy równocześnie.
Najpierw prawie zagrzmiał w duchu obrony polskiej odrębności. - Nie jest tak, że Unia Europejska może nam w tej kwestii cokolwiek narzucić. Pracujemy nad własnymi przepisami prawa, które będą to regulowały i w sposób taki, jaki większość Polaków, poprzez większość parlamentarną, uzna za stosowne - powiedział.
Mówił o projekcie ustawy o statusie osoby najbliższej. On jednak nijak się nie ma do tej sytuacji, bo nie daje parom jednopłciowym statusu małżeństwa. A to o niego, nawet z powodów symbolicznej satysfakcji gejów i lesbijek, toczy się gra.
Potem zaś premier sformułował konkluzję daleką od obrony tej samodzielności: - My będziemy oczywiście respektować werdykty i wyroki trybunałów europejskich także w tej kwestii. Powtarzam, one dotyczą tych wszystkich, którzy mieszkają w innych państwach europejskich i kiedy przybędą do Polski, będziemy musieli i będziemy chcieli traktować ich z pełnym respektem, ale też zgodnie z przepisami polskimi - oznajmił.
Od razu trzeba słowa premiera sprostować: to dotyczy bynajmniej nie tylko cudzoziemców, skoro polscy obywatele mogą zawrzeć takie małżeństwo w Niemczech. Co więcej, zapowiedź respektowania orzeczenia, i zarazem kierowania się polskim prawem, jest sprzeczne.
Zamieszanie pogłębił minister sprawiedliwości Waldemar Żurek: - Myślę, że jesteśmy nadal mocno konserwatywnym społeczeństwem, choć widać, że te poglądy się zmieniają. Natomiast będziemy musieli jednak przyjąć swoje ustawodawstwo i w jakiś sposób wdrożyć to orzeczenie - ogłosił w TVP Info.
Powstało wrażenie niespójności obu tych stanowisk. Próbował je rozwiać rzecznik Adam Szłapka. - Tutaj nie ma nic do narzucenia Polsce, bo z wyroku, który zapadł, nie wynika obowiązek wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw jednopłciowych. Kwestie prawa małżeńskiego pozostają i będą pozostawały w wyłącznej kompetencji państw członkowskich Unii Europejskiej - powiedział.
I niby to prawda. Ale tu ważne zastrzeżenie. Nie wiemy, co dokładnie zechce zrobić ta ekipa dla implementacji orzeczenia TSUE. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że polskie pary homoseksualne zechcą bardziej masowo używać zagranicznych podróży, żeby uzyskać, także i w Polsce, prawa małżeństwa.
Co więcej, możliwe, że w pewnym momencie polskie sądy, nawet nie Trybunał Konstytucyjny, ale powiedzmy Sąd Najwyższy w ramach tzw. rozproszonej kontroli konstytucyjności zechce na wniosek jakiejś pary pozostającej w Polsce przyznać jej podobny status bez wyjeżdżania gdziekolwiek. Bo przecież ci, których na to, powiedzmy, nie stać, nie mogą "być dyskryminowani".
Minister Żurek sformułował przy okazji jeszcze jedną myśl. Mówił, że to "pierwszy krok", że trzeba Polaków "edukować". I wprawdzie przyznał, że istnieje konstytucyjna formułka "małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny". Ale przecież nie oznacza ona zakazu małżeństw jednopłciowych.
Żurek po raz kolejny tworzy na kolanie wydumane doktryny prawne. W przypadku instytucji państwowej zasada "co nie jest zakazane, jest dozwolone" nie obowiązuje. Obowiązują te zadania czy kompetencje, które są im wyraźnie przyznane. Czy małżeństwa jednopłciowe miałyby być pozbawione ochrony prawnej? To nonsens oznaczający, że nie mogłyby w świetle prawa funkcjonować. Ale też prawda, że Żurek sam na to nie wpadł. Progresywni prawnicy od dawna uprawiają taką radosną twórczość i być może takie majstrowanie przy prawie nas kiedyś czeka.
W jednym więc minister pozujący na drwala ma rację: to pierwszy krok. Jak szybko przyjdą następne, nie sposób przewidzieć. Tusk wyczuwa, że przynajmniej do wyborów 2027 roku nie może być zbyt radykalny w obyczajowej rewolucji. Polacy coraz mocniej jednak oswajają się z nią, choć wciąż nie akceptują adopcji dzieci przez takie pary. Ale Niemcy też długo nie akceptowali. A potem nastąpił efekt domina.
Piotr Zaremba















