Reklama

Ludzie Tuska leją wodę na młyny Kremla

Politycy i publicyści związani z dawnym układem władzy postanowili dowieść, że rząd PiS chciał wraz z Rosją rozebrać Ukrainę. Ponieważ tezy tej na podstawie faktów dowieść się za żadne skarby nie da, więc dowód zalicza się do kategorii "argumentów z autorytetu". Ich własnego autorytetu. Autorytetu Radosława Sikorskiego, Jana Rostowskiego i innych. Tyle, że akurat w tym przypadku to dość niezdrowa zabawa. I to także dla nich.

Teza, która wywołała spory szum w tym tygodniu, wygłoszona przez Radosława Sikorskiego, brzmiała ni mniej, ni więcej, a tak, że w pierwszych dniach po rosyjskim ataku na Ukrainę rząd PiS zastanawiał się, czy zamiast angażować się w pomoc sąsiadowi nie pomagać Rosji w rozbiorze Ukrainy. W sumie nie rozumiem, dlaczego były minister spraw zagranicznych, a także obrony narodowej, nomen-omen, w rządzie PiS, nie poszedł dalej. I dlaczego nie uczynił tego sekundujący mu były minister finansów, a także kilku najbardziej zacietrzewionych publicystów politycznych. Ale wszystko przed nimi.

Reklama

Przecież można było wskazać na to, że Kaczyński z Morawieckim planowali także zaatakować nielubiane przez nich, a lubiane przez Tuska, Niemcy. Albo, że przekop Mierzei Wiślanej miał służyć temu by Flota Bałtycka Federacji Rosyjskiej mogła sprawniej operować na Bałtyku i tamtędy przepływać. Że plany budowy elektrowni atomowych to fragment irańskiego projektu nuklearnego, a mikro-instalacje atomowe to tak naprawdę głowice. Płot graniczny na granicy z Białorusią służy tak naprawdę temu, by rosyjscy żołnierze wpuszczani przez PiS do Polski nie mogli się cofać, a Centralny Port Komunikacyjny ma służyć jako baza inwazyjna. Jeśli nie Rosjan, to Chińczyków, albo Marsjan lub zombie, obojętne. Można by wymieniać dalej. Śmiechu, co niemiara. Tyle, że sprawa ma także poważniejszy aspekt.

Antyprawda

Nie chodzi już nawet o fakty, bo te już dawno, podobnie jak rozsądek, spłonęły w ogniu polsko-polskiej wojny. W rzeczywistości zdominowanej przez narracje, fabryki fake-newsów i farmy trolli dotarliśmy do momentu, w którym spora część naszych - przepraszam za słowo - elit uznała, że na fali zacietrzewienia politycznego można sprzedać tezę każdą. Nawet najbardziej niedorzeczną, byleby odpowiadała ona emocjom odbiorcy.

Sensacje Radosława Sikorskiego są jednak pod jednym kątem wyjątkowe. Teza głoszona przez niego jest antytezą faktów. Ba, przecież, to ten właśnie polityk twierdził, że "Kaczyński chce wywołać wojnę z Rosją" i krytykował zbyt konfrontacyjny styl PiS w tej sprawie. Tamte wypowiedzi, jakkolwiek się z nimi nie zgadzam, odnosiły się rzeczywiście do stanu faktycznego, z którym można było polemizować. PiS rzeczywiście był dużo bardziej konfrontacyjny w stosunku do Rosji niż PO.

Paradoks polega na tym, że otoczenie Donalda Tuska, niejako przyznaje Prawu i Sprawiedliwości rację w tamtej sprawie, ale robi to... próbując odwrócić fakty o sto osiemdziesiąt stopni i pod tym względem jest to już pewien fenomen w polskiej polityce. Czyli stawia odwrotną do rzeczywistości tezę, że Polska nie chciała pomagać Ukrainie w pierwszej fazie wojny. Czy działanie to odbywa się na zlecenie lub w porozumieniu z liderem formacji tego nie wiemy. Ale sporo mówi jego wsparcie dla Sikorskiego zresztą poprzez kolejne kłamstwo - jakoby Radosław Sikorski walczył w Afganistanie (był tam, jako dziennikarz).

Polska gorsza niż Iran

Wsparcie, także militarne i logistyczne, które Polska okazywała Ukrainie jeszcze przed rozpoczęciem działań zbrojnych, niecały rok temu, było gigantyczne. Budziło zresztą krytykę niektórych środowisk politycznych czy dziennikarskich, przede wszystkim bliskich Konfederacji, która odnosiła się niewątpliwie do stanu rzeczywistego, bez względu jak ją oceniać.

Potwierdzenie tego, że Radosław Sikorski skrajnie mijał się z prawdą można odnaleźć przez krótką kwerendę internetową. Oczywistym też jest, że części faktów nie znamy, ale widoczny gołym okiem od 2020 roku ruch sprzętu wojskowego w portach przeładunkowych, na drogach i torach, mówi swoje. Wypowiedzi takie jak te płynące z ust polityka PO prowokują rządzących do wykazywania się ujawnianiem działań. Przy okazji - uwzględniając przedwyborczy ferwor, a i poziom niedyskrecji niektórych polityków prawicy - mogą się wykazać i takimi, o których niekoniecznie powinni głośno mówić.

Kolejnym nieszczęściem jest rezonans, z jakim spotykają się bezrozumne, przy najlepszej dla niego interpretacji, wypowiedzi Radosława Sikorskiego na Zachodzie. Polski odbiorca - może poza najbardziej zatopionymi w nienawiści szeregami tak zwanych "silnych razem" - raczej jest przyzwyczajony, że politycy z obu stron obrzucają się najbardziej absurdalnymi zarzutami. Z perspektywy opinii światowej, były szef MON i MSZ, europoseł i mąż prominentnej liberalnej amerykańskiej dziennikarki właśnie "ujawnił", że Polska rozważała rozbiór Ukrainy. Na tym tle to nawet mordowanie opozycjonistek przez Iran wydaje się igraszką. Choć oczywiście, uwzględniając wszystkie fakty, i od zachodniego odbiorcy ten kąsek wymaga sporej dozy ignorancji, zacietrzewienia bądź głupoty.

Inaczej jest jednak z rosyjskim odbiorcą. Sensacje Sikorskiego i spółki podchwycili z miejsca liderzy rosyjskiej propagandy z Marią Zacharową na czele. Są one wykorzystywane do budowy poparcia dla inwazji i zbrodni w rosyjskim społeczeństwie ("Polacy też tak chcieli zrobić"), skłócania Polski i Ukrainy, w końcu prób odcinania Polski od Unii Europejskiej, NATO, siania zamętu. Dobrze, że i w obrębie Koalicji Obywatelskiej znaleźli się politycy, którzy zdecydowanie odcięli się od Sikorskiego, jak Borys Budka. Źle, że milcząco je poprzeć zdecydował się lider formacji. Niestety jest to zachętą do recydywy.       

Dowiedz się więcej na temat: Radosław Sikorski | Donald Tusk | Wiktor Świetlik

Reklama

Reklama

Reklama