"Trudno w to uwierzyć, ale Karol Nawrocki zablokował ustawę chroniącą pacjentów przed oszustami, wyłudzeniami i groźnymi niesprawdzonymi terapiami. Zamiast po stronie chorych, stanął po stronie szarlatanów" - zagrzmiał Donald Tusk, tradycyjnie na platformie X. To reakcja na przesłanie przez prezydenta rządowej ustawy nazwanej "lex szarlatan" do Trybunału Konstytucyjnego, w ramach kontroli prewencyjnej, więc nowe prawo nie wchodzi w życie.
To kolejne takie starcie, w którym szef centrolewicowego rządu bez cienia kurtuazji oskarża prezydenta od razu o najgorsze intencje. Stało się to już rytuałem, oba polityczne plemiona zdążyły się przyzwyczaić. Pod wpisem premiera komentarz zamieścił szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker: "Tylko polityczny szarlatan mógł w tak ważnej sprawie napisać tak złą ustawę".
Tu są podstawy do realnych emocji. Mnożąc kolejne blokady, gdy tylko widzi okazję do zamanifestowania różnic, prezydent staje się podmiotem współrządzącym państwem. Ale jakby nie pohukiwali politycy KO i popierający ich prawnicy, jest to zgodne z literą konstytucji. I choć poseł KO Adrian Witczak też tradycyjnie zapowiedział próbę obejścia tego sprzeciwu, to jest kłopot dla koalicji. Zwłaszcza, że to również zderzenie dwóch punktów widzenia, adresowane do najszerszej publiczności - wszystkich Polaków.
Na ile racje podzielone?
Nawrocki przyznał wprawdzie, że cel ustawy jest słuszny, a realnych szarlatanów trzeba zwalczać i karać. Ale po prawej stronie nieufność wobec naukowych dogmatów jest większa niż po lewej. To przede wszystkim tam mnożone są zastrzeżenia wobec obowiązkowych szczepień, a rozmaite kampanie i zalecenia prozdrowotne bywają interpretowane jako efekt lobbingu korporacji farmaceutycznych. Z pewnością prezydent liczy się i z takimi głosami. W Sejmie Konfederacja i posłowie partii Grzegorza Brauna byli przeciw. PiS w większości się wstrzymał.
To budzi z kolei reakcję ludzi, których niepokoi wzbierająca fala antynaukowych uprzedzeń. Niedawno, podczas pandemii, słyszeliśmy takich deklaracji pod dostatkiem. Co nie musi oznaczać, że prezydent w niczym nie ma racji.
Większość lekarzy zablokowanie ustawy krytykuje. Ale stanowisko Nawrockiego prezentował znany chirurg prof. Piotr Czauderna, przewodniczący Rady ds Zdrowia przy głowie państwa. Nie podejrzewam go o antynaukowy obskurantyzm. - Polityka to sztuka racji podzielonych - lubił powtarzać to Jacek Kuroń. Tyle że w kraju drapieżnej polaryzacji na takie maksymy nie ma miejsca.
W uzasadnieniu swojej decyzji prezydent stwierdził, że "do jednej grupy, tzw. szarlatanów, rząd zakwalifikował realnie zagrażających, szkodzących zdrowiu szaleńców oraz tysiące polskich firm i osób, zajmujących się zielarstwem, zdrowym odżywianiem czy medycyną komplementarną". Czy to diagnoza do końca słuszna? Podważa ją zwykle rzetelny portal Demagog.
Rządowa ustawa wprowadza pojęcie "praktyk pseudomedycznych". Ma nią być leczenie przez osoby nieuprawnione albo "przedstawianie metod diagnostycznych i leczniczych jako skutecznych działań zdrowotnych". Czy jednak te definicje mogą prowadzić do delegalizacji na przykład zielarstwa?
Demagog twierdzi, że nie. Jak pisze, "Ważnym elementem nowych przepisów jest jasne rozdzielenie działalności legalnej od praktyk szkodliwych. Projekt nie ogranicza takich aktywności jak zielarstwo, kosmetologia, podologia, joga czy masaż. Ustawa uderza wyłącznie w sytuacje, w których niesprawdzonym metodom przypisuje się bezpodstawnie działanie lecznicze lub gdy ich promowanie nakłania chorych do rezygnacji z diagnostyki i konwencjonalnych terapii".
Nie jest czymś nielegalnym zalecanie melisy jako środka na uspokojenie. Nielegalnym byłoby jednak przedstawianie melisy jako środka na leczenie raka. "Lex szarlatan" nie uderza nawet we wszystkie rodzaje leczenia, które nazwiemy "niekonwencjonalnymi". Zwalczane praktyki pseudomedyczne mają dotyczyć leczenia dzieci, pacjentów onkologicznych, ciężkich chorób nieuleczalnych i zaburzeń psychicznych.
Kancelaria prezydenta powołuje się jednak na obawy zielarzy czy praktyków medycyny komplementarnej. One wynikają z wpisanych w rządową ustawę procedur. Nowe prawo rozszerza mocno kompetencje Rzecznika Praw Pacjenta. Ma zarówno wszczynać postępowania jak i podejmować wiążące decyzje, w tym nakładać kary finansowe. Owszem można się od nich odwoływać do sądów administracyjnych, ale w pierwszym kroku są to decyzje definitywne. Rzecznik dostaje przy tym inne uprawnienia, choćby do zdejmowania stron internetowych propagujących "nienaukowe" metody lecznicze.
Czeka nas pat?
Karol Nawrocki mówi o nadmiernej władzy "pojedynczego urzędnika", który może to prawo interpretować dowolnie. Sam zgłasza projekt ustawy teoretycznie drastyczniejszy, bo wprowadzający zmianę w kodeksie karnym. Pojawia się tam przestępstwo polegające na "świadomym nakłanianiu pacjenta do rezygnacji ze sprawdzonych metod leczenia lub do korzystania z niebezpiecznych, szkodliwych praktyk". Miałoby być ono karane więzieniem od 6 miesięcy do aż 15 lat.
Zarazem jednak ciężar walki z tymi patologiami spocząłby na prokuratorach i sądach, a nie na biurokracji. Argument jest prosty: nawet zdjęcie strony internetowej to ograniczenie czyjejś wolności, więc powinno zależeć od wymiaru sprawiedliwości, a nie do urzędników. Prezydencki projekt zabrania karania za same poglądy na metody leczenia, o ile głoszący je "nie wprowadza umyślnie innej osoby w błąd"
Zwolennicy rządowego podejścia odpowiadają, że pokładanie zaufania w przewlekłych procedurach prokuratorsko-sądowych uniemożliwi szybką reakcję na patologię. No tak, tyle że demokracja oparta na prawach i wolnościach jednostki nie może w imię skuteczności zawieszać tych praw i wolności, taka jest moja opinia.
Najgorsze jest to, że starcie rządu i prezydenta to recepta na pat. Trybunał Konstytucyjny jest w stanie zapaści. Nie wiadomo, czy będzie mógł się czymkolwiek zająć, zresztą w tym momencie rząd nie uznaje jego orzeczeń. Z kolei marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty konsekwentnie zamraża prezydenckie projekty.
Ideałem byłoby wynegocjowanie projektu będącego wypadkową podejścia rządowego i prezydenckiego. W teorii stało się tak raz. Kiedy Karol Nawrocki zawetował tzw. ustawę łańcuchową, chór prorządowych polityków, komentatorów i celebrytów oskarżył go o to, że podtrzymuję mękę psów trzymanych na łańcuchach. Tymczasem prezydent kwestionował sensowność żądania od właścicieli gospodarstw, aby budowali dla swoich zwierząt duże kojce. Istniała obawa, że postawieni wobec takiej konieczności, prędzej pozbędą się swoich psów.
Ostatecznie jednak powstała nowa ustawa z zakazem trzymania psów na łańcuchach, ale bez kojców. Był to praktyczny kompromis, co znamienne prawie niezauważony przez tych, którzy wyklinali prezydenckie weto.
Czy w tym przypadku byłoby to możliwe? Polityczny klimat coraz mniej służy kompromisom. Tusk jest zainteresowany wyklinaniem Karola Nawrockiego, a nie braniem pod uwagę jego zastrzeżeń. Na razie politycy koalicji potrafią pytać w telewizyjnych audycjach, ilu ludzi umrze przez tę wymuszoną przez prezydenta zwłokę. Dlaczego jednak w takim razie zajęli się samym tematem w niemal trzy lata po objęciu przez siebie rządów?
Piotr Zaremba















