Reakcje na śmierć młodego konserwatywnego influencera Charliego Kirka w następstwie zamachu to dobry przyczynek do globalizacji ideologicznej wojny. Amerykańskie media, zwłaszcza te społeczne, pełne są opisów radości wyrażanej przez tamtejsze środowiska lewicowe nazywane liberalnymi. Więc i polski internet zaroił się od uwag, że zginął "neofaszysta", zatem nie ma się czym przejmować. Kiedy prawica zaproponowała w Parlamencie Europejskim oficjalną minutę ciszy, jego kierownictwo wniosek odrzuciło. Kiedy mimo wszystko go uczczono, część europosłów siedziała na swoich miejscach i głośno rozmawiała.
Zarazem po prawej stronie pojawiła się teza o przemocy jako immanentnym narzędziu politycznym lewicy. Jest powtarzana i odmieniana na wszystkie sposoby. Widok ludzi otwierających szampana na wieść o tym, że zabito kogoś za poglądy, to oczywiście jedna wielka makabra. Ale do samego twierdzenia trzeba dodać kilka zastrzeżeń.
Amerykańska łatwość przemocy
Po pierwsze, w USA zawsze łatwiej strzelano do polityków niż w Europie. Czterej prezydenci zginęli w następstwie zamachów, z różnych powodów, ale jednak. Na niższych szczeblach działo się to jeszcze bardziej nagminnie. W roku 1900 republikański sekretarz stanu Kentucky zabił demokratycznego gubernatora tego stanu Williama Goebela. Został skazany na więzienie, ale po wyjściu… kontynuował karierę polityczną. W następnym roku radykał polskiego pochodzenia zabił republikańskiego prezydenta Williama McKinleya.
Stany Zjednoczone to kraj łatwego używania broni. Amerykanie mają to we krwi i w konstytucji. Wiem, że przypominanie poglądów Kirka, który sprzeciwiał się ograniczeniom w dostępie obywateli do broni, brzmi jak usprawiedliwienie tego mordu. Faktycznie niektórzy do tego zmierzają. Ja nie. Ale warto pamiętać o kontekstach, a nie przedstawiać najbardziej dramatyczne zdarzenia jako coś zupełnie oderwane od przeszłości.
Po drugie, polaryzacja polityczna w Ameryce jest nieporównywalna z czymkolwiek innym. W zeszłym roku strzelano do kandydującego Donalda Trumpa. Ale na przykład zabito demokratyczną spikerkę (przewodniczącą) niższej izby legislatury stanu Minnesota, także jej męża, i postrzelono demokratycznego senatora. Każda ze stron może się powoływać na własne ofiary i piętnować stronę drugą jako skłonną do przemocy. Skoro Trump jest potencjalnym autorytarystą, jego ludzie zabijają, według lewicy, w imię tego autorytaryzmu. Co w takim razie z zamachami lewicowymi? Jeszcze chwila i zostaną uznane za przejaw chwalebnego oporu wobec opresyjnej władzy.
Dopiero co oglądaliśmy film "Civil War" Alexa Garlanda. Właśnie powtarzają go w jednej z telewizji. To obraz krwawej wojny domowej, który rozrywa jedność Stanów Zjednoczonych, niesie śmierć i zniszczenie. Nie podaje nam się powodów, nie mówi jakie poglądy reprezentuje zabity na końcu prezydent. Ale to zagrożenie jest w USA jak najbardziej realne. Wojna cywilizacji, na którą w Ameryce nakładają się na dokładkę konflikty rasowe, przebiega tak gwałtownie. Nie szukajmy jednej przyczyny, ani nie twierdźmy, że tylko jedna strona jest zła. Mamy do czynienia z masowym pogubieniem, które na dokładkę zaczyna docierać jak echo do Europy.
Podwójna hipokryzja lewicy
Czy to znaczy, że w zamachach, tych zbrojnych i tych słownych, na "neofaszystów", na "wrogów wolności" nie ma żadnego dodatkowego paradoksu? Dla mnie jest. Lewica była kiedyś rewolucyjna, ale od dziesiątków lat jest przecież pacyfistyczna, wyrzeka się przemocy jako dziedzictwa kapitalizmu czy patriarchalizmu. Jeśli więc na sam koniec ma kłopot z potępieniem politycznego zabójstwa, staje się karykaturą samej siebie.
W Stanach Zjednoczonych jest ona uwikłana w szczególną hipokryzję. Dotyczy to chociażby ruchu Black Lives Matter, bliskiego rozpętania rasowej wojny domowej w USA. Przedstawiał on Amerykę jako rasistowskie imperium zła. Ale miał kłopot z ustosunkowaniem się do przemocy popełnianej przez kolorowych. Także biali liberałowie (czyli lewicowcy) uznawali, że czarni są pokrzywdzeni dziedzictwem niewolnictwa i rasowej segregacji. Więc ich przemoc jest nawet zrozumiała. Łączyło się to z obcesowym odrzuceniem niemal całego dziedzictwa, politycznego i kulturowego, amerykańskiego państwa.
Zwalano pomniki, zmieniano nazwy instytucji, wyrzucając takich rasistów jak generał Waszyngton czy demokrata Woodrow Wilson na śmietnik. Prowadziło to do antycywilizacyjnej pustki. Na którą odpowiedzią jest obecna, mocno brutalna, chwilami wylewająca dziecko z kąpielą, kontrrewolucja Trumpa.
W sferze czystej przemocy mamy tam najnowszy przypadek mordu dokonanego przez czarnego człowieka na białej Ukraince. I białych lewicowców, którzy nie umieją zająć stanowiska wobec takich całkiem masowych przypadków, bo wciąż toczą jedną wojnę: z rasizmem innych białych.
Lewica staje się także coraz bardziej antywolnościowa, skoro forsuje poprawność polityczną. Nie tylko poprzez kształtowanie odpowiednich obyczajów, choćby na uczelniach, do których jeździł tocząc polityczne dysputy Kirk jako przedstawiciel konserwatywnej młodzieży. Ale i poprzez prawo. Akurat w Ameryce rządzi prawica. Ale spójrzmy choćby na Wielką Brytanię, przez lata wzorzec z Sevres wolnościowych norm. Pod rządami Labour Party, czyli lewicy, zamyka się tam ludzi do więzień za tak zwaną mowę nienawiści, czyli po prostu za poglądy. Może to spotkać zarówno autora internetowego wpisu dotyczącego kolorowych, jak i komika, który popełnił "niewłaściwy" żarcik.
Dominacja lewicy rządzącej takimi metodami rodzi pokusy buntu i odwetu. Więc może zaowocować przemocą "prawicową". Tym bardziej, że prawica nigdy nie obiecywała, że będzie pacyfistyczna.
Na koniec kilka uwag na temat samego Kirka. Oczywiście współczuję mu jak każdej ofierze nienawiści. W Polsce jest w tej chwili żałowany, ale też wychwalany przez prawicę, w ramach globalizacji ideologicznych podziałów. Sam prezydent Karol Nawrocki zabrał głos na jego temat.
Nie zmienia to faktu, że boję się momentu, kiedy polska prawica do końca przejmie poglądy takich ludzi jak Charlie Kirk. Jak on będzie zaprzeczała zmianom klimatycznym i sensowi używania szczepionek. Albo naśladowała jego język zaczerpnięty z ewangelicznego, niekatolickiego chrześcijaństwa, i zapowiadała karanie sodomitów śmiercią. Albo ogłaszała, że to Putin a nie broniąca się Ukraina ma rację.
Tacy ludzie już w Polsce są i nawet odnoszą ostatnio sukcesy, by przypomnieć fenomen sondażowych triumfów Grzegorza Brauna. Ale pełna globalizacja poglądów jeszcze nie nastąpiła. Taki konserwatyzm może odnosić sukcesy, na zasadzie odreagowywania absurdów politpoprawnej propagandy. Ale na dłuższą metą okaże się zapewne i nieskuteczny i destrukcyjny dla wspólnoty. Ja nie chcę jakiejś "Polish Civil War".
Piotr Zaremba















