Łańcuchem po głowie - po nieobalonym wecie Nawrockiego
Nie o psy chodzi w sporze o ustawę "łańcuchową", a politykę. Obu stronom, ale to koalicja bije dziś wszelkie rekordy bezwzględności. Jutro, pojutrze nie będzie miejsca na jakikolwiek kompromis.
![W sporze o ustawę łańcuchową między prezydentem Karolem Nawrockim i rządem premiera Donalda Tuska chodzi o politykę, nie psy [OPINIA] Dwóch mężczyzn w garniturach stoi na tle dużego metalowego łańcucha oświetlonego reflektorem, jeden z nich ma poważny wyraz twarzy, drugi trzyma dłonie przed sobą](https://i.iplsc.com/000M3KAIJB03DOCM-C323-F4.webp)
Kolejny spektakl zakończony nieobaleniem weta prezydenta Karola Nawrockiego, dotyczącego losu psów na łańcuchach, za nami. Media liberalne i lewicowe nazywają zablokowaną ustawę "łańcuchową". Media prawicowe - "kojcową". Nawet to wojowanie samą nazwą to wyraz kołatania obu stron do serc i umysłów Polaków.
Po co ta debata?
Po co Donaldowi Tuskowi i marszałkowi Włodzimierzowi Czarzastemu sama próba obalenia weta? Do tej pory z niej rezygnowano uznając milcząco, że koalicja nie ma potrzebnej do tego większości trzech piątych.
W przypadku ustawy o kryptowalutach, uchwalonej początkowo bez widowiskowych sporów, strona rządowa chciała mieć okazję do posądzenia prezydenta o złe, ciemne intencje. Tu chodzi z kolei o oskarżenie tych 49 posłów PiS, którzy ustawę poparli, a teraz na ogół zmienili zdanie, o obłudę.
Są i dodatkowe smaczki, choćby nieobecność na głosowaniu Jarosława Kaczyńskiego. Więc można powtarzać, że kochający zwierzęta prezes stracił wpływy w PiS na rzecz Nawrockiego.
Ale czy skórka była warta wyprawki? Zbigniewowi Boguckiemu, szefowi prezydenckiej kancelarii, stworzono okazję do efektownego słownego starcia z Tuskiem i Czarzastym. A on ją w pełni wykorzystał. Jeśli chciano przypomnieć Polakom, jak mocno prezydent ogranicza niby wszechwładnego premiera, to stworzono ku temu okazję, wraz z finałem.
Rzecz cała ma trzy wymiary. Po pierwsze merytoryczny: los zwierząt. Tusk rozkręcił propagandową kampanię przedstawiając zwolenników weta, w tym samego prezydenta, jako bezdusznego okrutnika, zwolennika więzienia psów na łańcuchach. W kampanię weszli jak w masło celebryci w ogóle nie słuchając prezydenckich argumentów.
Tymczasem krytyka przymusu budowania kojców na 20 metrów wydaje się zasadna. Obciąża się nimi wieś, ale już nie ludzi w miastach, którzy potrafią zostawiać swoje psy w ciasnych mieszkaniach na całe dnie. Oczywiście rezygnacja z kojców też ma swoje mankamenty. Czy psy "podwórzowe" mają hasać wolno i powiedzmy gryźć kogo popadnie?
To jest przykład postawy współczucia dla zwierząt, która wikła się w sprzecznościach i technicznych trudnościach. Odnotujmy jednak od razu, że prezydencka ustawa bez kojców została od razu zamrożona przez Czarzastego. Nie o psy tu bowiem chodzi, choćby Tusk fotografował się z nimi sto razy dziennie, a Czarzasty zakładał sobie codziennie łańcuch na szyję, a o władzę. To również (w punkcie drugim) spór prawno-ustrojowy.
Prezydent ma prawo
Ludzie obecnej koalicji mają rację przypominając, że żaden z dotychczasowych prezydentów, w tym Lech Kaczyński czy Andrzej Duda, nie używali weta jako codziennej metody wpływania na rzeczywistość. Traktowano je jako ostateczność. Nawrocki aspiruje do pozycji systematycznie współrządzącego. To nowość, dla rządu i jego bazy parlamentarnej dokuczliwa.
Choć nie wiadomo, kto na niej w ostateczności bardziej skorzysta politycznie. Czy prawicowy prezydent (czyli w kolejnych wyborach prawica) przedstawiający koalicję jako brakorobów i autorów złego prawa. Czy Tusk żalący się, że nie może nic zrobić.
Nie jest jednak prawdą, że prezydent narusza w ten sposób konstytucję. Weta prezydenta nie są w niej uzależnione od jakichkolwiek warunków. Jeśli Radosław Sikorski tak twierdzi, to mówi nieprawdę. Prawdą jest, że Nawrocki nadał temu swojemu uprawieniu nowy sens. Ale w zgodzie z logiką ustroju.
Przypomnijmy, że środowiska stojące dziś za centrolewicową koalicją nie miały nic przeciw tak mocnemu wetu, kiedy je do konstytucji wpisywano. Zrobiono to po tym, jak prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. Za rządów koalicji AWS-Unia Wolności ten prezydent nie sypał wetami jak Nawrocki. Ale blokował kluczowe ustawy: reformę samorządową (po to aby stworzono dodatkowe województwo), reformę podatkową czy reprywatyzację. Jego z kolei prawica posądzała wtedy o zamiar bycia trzecim koalicjantem.
Posądzała, tyle że mniej gwałtownymi słowami. To jest podstawowa różnica między latami 90. i czasem teraźniejszym. My się cofamy w epokę politycznego kamienia łupanego. To jest właśnie trzeci wymiar tej wojny: język, jakim się posługują do pewnego stopnia obie strony, ale przede wszystkim koalicja rządząca i sam Donald Tusk.
Minister Bogucki trafnie z tym językiem polemizował. Tusk opatrujący swoją fotkę z psem słowem "podłość" wymierzonym w prezydenta, czy Tusk opowiadający, że prawica kocha Polskę na łańcuchu, uprawia wyjątkowo brzydką demagogię i buduje relacje między politykami na długie lata. - Co wam zawiniły psy? - pyta. A co panu zawiniła Polska, że skazuje ją Pan na permanentne paroksyzmy nienawiści?
W dyskusjach nad międzynarodową pozycją Polski wskazuje się, że osłabia ją istnienie dwóch ośrodków władzy toczących ze sobą bezwzględną wojnę. Co jakiś czas padają wezwania do jakichś uzgodnień, do choć częściowego konsensusu. Co zabawne, wzywa do tego rytualnie sam Tusk. Po czym nazywa prezydenta "podłym".
Czy po takiej wymianie zdań jakakolwiek rozmowa na szczycie jest w ogóle możliwa? Co najmniej bardzo utrudniona. Za tym zresztą idą bezwzględne działania, choćby służb specjalnych przeciw szefowi prezydenckiego BBN Sławomirowi Cenckiewiczowi. Padają ostatnie tabu, w tym przypadku jakaś ochrona prywatności polityków.
W USA, gdzie prezydenci często gęsto korzystali z mocnego prawa weta, ich sprzeciwy często prowadziły do negocjacji z Kongresem i poprawiania ustaw. Oczywiście tam prawna sytuacja jest inna. Prezydent to zarazem szef rządu. W Polsce rząd czuje się przez prezydenta ograbiany z uprawnień, z władzy.
Ale powtórzmy, tego ustroju nie wymyślił PiS. To jest wyzwanie dla ekipy Tuska. Ale jeśli odpowiedzią będą wyłącznie inwektywy i próby obchodzenia prawa, staniemy się skansenem Europy, przestrzenią polityki tyleż barbarzyńskiej co niedbałej i nieskutecznej.
Na koniec historyczna uwaga. Stosunek do prawnej sytuacji psów ma być miarą człowieczeństwa polityków. Tymczasem to III Rzesza ograniczyła nawet polowania i gromko piętnowała okrucieństwo wobec zwierząt, zgodnie z poglądami Adolfa Hitlera. O to okrucieństwo oskarżano… Żydów.
Jest to więc miernik co najmniej obrotowy. Co piszę jako wielki zwolennik ustaw chroniących i broniących zwierzęta przed złymi ludźmi.
Piotr Zaremba












