Książę Andrzej tylko chciał się zabawić
"Robiliśmy tylko to, co robią dorośli" - tłumaczyli pod koniec książki bohaterowie "Władców much" Williama Goldinga. Klienci Jeffreya Epsteina chcieli tylko robić to, co robią dzieci, czyli się bawić. Skala imponuje. Brytyjska policja właśnie aresztowała królewskiego brata, byłego księcia Andrzeja, oskarżonego o przekazywanie tajemnic państwowych Epsteinowi.

Epsteinowska, grzeszna piaskownica dla dorosłych miała pewną cechę, która miała zapewnić jej bezkarność. I iluzję bezkarności rzeczywiście zapewniała. Była na swój sposób pluralistyczna, choć absolutnie nie należy mylić tego z demokratycznością. Dostęp do niej mieli ludzie o różnych poglądach, reprezentujący różne formacje i grupy polityczne. W ten sposób epsteinowska galaktyka mogła obejmować prezydentów USA, europejskie rodziny królewskie, a z drugiej strony największego intelektualnego pogromcę imperializmu i kapitalizmu Noama Chomsky'ego. Łączyło ich jedno. Wszyscy byli bogaci i wpływowi.
Niedemokratyczność nie polegała na tym, że biedni tam nie mieli dostępu. Mieli, ale w charakterze służby, prostytutek oraz innych wykorzystywanych osób. Sam twórca imperium grzechu, jak książkowo-filmowy "Wielki Gatsby", postać niezwykle ikoniczna wśród nowojorskiej elity, wywodząc się z samych dołów, okiełznał tych na szczycie. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Dlaczego elity świata zachodniego w ogóle się w to pakowały? Sądzę, że przyczyny są dwie - banalne, choć ich rozwinięcie banalne już nie jest, a opisuje bardzo istotne dysfunkcje współczesnej władzy. Po pierwsze więc dlatego, że chcieli. Po drugie, bo mogli, a przynajmniej tak im się wydawało.
Księżna księżną myje
Nie wszyscy musieli wiedzieć o przestępstwach: wykorzystywaniu nieletnich, wymuszeniach, handlu ludźmi, w końcu nielegalnym obrocie informacją. Ale wykształconym, obrotnym przedstawicielom elit spostrzeżenie, że coś jest nie tak, nie powinno zająć dużo czasu.
Warto zwrócić uwagę, że Donald Trump i Elon Musk w pewnym momencie mieli zauważyć, iż w tej sprawie lepiej współpracować z policją, i samemu składać zawiadomienia. Przy czym Musk nie krył, że chciał tym zniszczyć Billa Gatesa.
Inni wracali na rajską wyspę nawet po tym, jak Epstein po raz pierwszy został aresztowany. Wiedzieli już dokładnie, dokąd idą.
W sprawie Epsteina pojawiają się, oprócz brata brytyjskiego monarchy, trzy europejskie księżne i księżniczki. Ich wiedza i poziom związków z przestępczym rajem mogły być różne, choć norweska księżna Mette-Marit przepraszała niedawno za relacje i korespondencję już po tym, jak sąd uznał go za przestępcę. Czy przeprosiłaby, gdyby sprawa nie wyszła? Na pewno nie.
I to właśnie była ta kwestia poczucia, że "mogą". Iluzja bezkarności, którą miało zapewniać to, że wszyscy wiedzą i wszyscy się tam spotykają. A więc ręka rękę myje. To zresztą dość częste wśród osób popełniających notoryczne przestępstwa.Tam, gdzie wszyscy są winni, nikt nie jest winny.
Doprowadzają do tego media, zrównując osoby, które wymieniły z Epsteinem korespondencję albo tylko się gdzieś przewinęły, z tymi, którzy popełniali przestępstwa lub o nich wiedzieli. "Wszyscy oni tacy są" - ma machnąć w końcu ręką odbiorca. I trochę będzie miał rację.
Wbrew pozorom nie zawsze tak było
Uderza jeszcze jedno. Zwykli ludzie rzadziej odczuwają potrzebę rozmaitych ekstremalnych - także pod kątem prawnym - doznań niż przedstawiciele elit.
Bunga bunga, nasze ośmiorniczki (tam też był wątek obyczajowy), biznesmen z podwarszawskiej piramidy finansowej zapraszający do siebie na szampana i prawdziwy kawior polityków od prawa do lewa. Spełnienie marzeń o władzy.
I wbrew temu, co pokazuje popularna kultura, nie zawsze tak bywało z przedstawicielami elit czy - tym bardziej - władcami. Wbrew temu, co często sądzimy, dawny monarcha, a nieraz i arystokrata, często był przygotowywany do misji życiowej i w niej się spełniał. Austriacki cesarz Franciszek Józef przez niemal 70 lat swojego panowania spał na stalowym łóżku, chodził w kilku mundurach na zmianę i całymi dniami przyjmował interesantów. Pruderia i obyczajowa restrykcyjność królowej Wiktorii nadały nazwę jej czasom.
Na tym zresztą polega błąd scenarzystów serialu o królowej Elżbiecie II. Zobrazowali znakomicie ogromną liczbę historii i plotek, ale nie zrozumieli samej królowej, bo nie potrafili wyjść z myślenia typowego dla swoich czasów. Osoba, dla której panowanie było misją i służbą, była dla nich więźniarką z wyrokiem. "Co z życia ma taka królowa?" - można by streścić cały serial. Nie zrozumieli, że w tej misji dawni władcy - być może Elżbieta II była jednym z ostatnich takich przypadków - spełniali się lepiej niż na imprezie.
Zupełnie inną ścieżkę wybrała większość krewnych Elżbiety II, w tym jej młodszy syn. Czy jego następcy i potencjalni następcy pana Epsteina wyciągną z tego lekcję? Na pewno. Będą bardziej uważać. Przez jakiś czas. Dopóki poczucie bezkarności i żądze znowu nie wezmą góry.
Wiktor Świetlik















