Kryzys na prawicy dopiero się rozkręca
Działania Mateusza Morawieckiego pokazują brutalną prawdę o sytuacji na prawicy. Trwa tam regularna wojna o władzę, o schedę, o rozległość wpływów. Czy to dobra wiadomość dla Donalda Tuska? Niekoniecznie.

Wojna w Prawie i Sprawiedliwości między Mateuszem Morawieckim a całą resztą nie jest dobrze wyreżyserowanym spektaklem, ale prawdziwą polityką.
Tak wygląda realna walka o władzę na zapleczu partii politycznej, która straciła władzę, nie jest w stanie odzyskać dawnego poparcia i nie umie skonsumować zwycięstwa swojego kandydata w wyborach prezydenckich.
Parasol Nawrockiego
Do tego dochodzi słabnąca pozycja Jarosława Kaczyńskiego, który przesłał być "genialnym strategiem" prawicy i hegemonem monowładzy, bo zaczął być postrzegany jako polityk szykujący się na emeryturę, pogrążony w beznadziejnych sporach z konkurencją po prawej stronie, mimowolnie wplątany w proces sukcesyjny. Trwa więc walka o władzę, o schedę, o rozległość wpływów na prawicy.
Były premier wie, że powołując własne stowarzyszenie, dewastuje rolę Przemysława Czarnka jako "lidera zastępczego" w PiS i pioniera walki o elektorat Konfederacji.
Zwłaszcza że Czarnkowi nie idzie, a "OZE-sroze" nie wystarczy, by przekonać kogokolwiek do PiS. Morawiecki wie też, że aby zachować podmiotowość, musi prowokować Kaczyńskiego, który boi się zwiędnięcia swojej formacji, więc straszy ustami rzecznika, że działalność w stowarzyszeniu Morawieckiego jest "sprzeczna z interesami PiS".
Wie także, że jeśli w przyszłości zechciałby budować koalicję na przykład ze Sławomirem Mentzenem, dostanie parasol Karola Nawrockiego.
Prezydent oczywiście sam walczy dziś o pełne przywództwo po tej stronie sceny politycznej. Ale prędzej poprze mariaż prawicowego "liberała" z prawicowym "libertarianinem", niż pozwoli na to, by warunki dyktował Kaczyński.
Prezes nie odpuści
Prezesowi PiS miałby zostać tzw. zakon Porozumienia Centrum, czyli działacze z czasów pierwszej partii Kaczyńskiego, oraz starzy towarzysze, choć nawet Ryszard Terlecki - ku zdumieniu wielu - poszedł za Morawieckim.
Jednocześnie to, co dzieje się w PiS, nie jest niczym nowym, a Kaczyński tak łatwo nie odpuści. W swojej politycznej karierze potrafił wyrzucić z partii nawet Ludwika Dorna, najbliższego współpracownika, współtwórcę PiS, "trzeciego bliźniaka", z którym łączyły go bardzo silne więzi.
Tym bardziej nie drgnęłaby mu powieka, gdyby mógł bezpośrednio pozbyć się z partii Morawieckiego. Byłby to zresztą ryzykowny ruch, ponieważ wyrzucając go teraz, być może odebrałby mu tlen wyborczy (przez kilkanaście miesięcy inicjatywa byłego premiera mogłaby się wypalić), ale sam ogołociłby klub parlamentarny z kilkudziesięciu członków.
Na razie więc prezes PiS straszy: albo porzucicie stowarzyszenie Rozwój Plus (zasilając "radę ekspercką", jaką ad hoc powołano podczas zebrania komitetu politycznego, gdy Morawiecki pojechał udzielać wywiadu wspierającej prawicę telewizji), albo nie będzie was na listach lub odejdziecie z partii.
Sam Morawiecki i jego ludzie widzą to inaczej: albo Kaczyński doceni ich rolę, dogada się i podzieli władzą w partii, albo będą zmuszeni odejść, by budować konkurencyjną formację, która jeszcze bardziej osłabi PiS.
Rozczłonkowanie czy rekonfiguracja?
W tej politycznej kwadraturze koła mieszają się więc namiętności i interesy, a w gruncie rzeczy stawką jest krajobraz polityczny, jaki wyłoni się po 2027 roku.
Na przykład czy - gdyby obecnie rządząca koalicja straciła władzę, co wcale nie jest oczywiste - rządzić będzie centroprawica zdolna do ewentualnej koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym, czy zwycięży koncepcja alt-rightowego sojuszu Czarnka, konfederackiego odłamu Krzysztofa Bosaka i ludzi od Grzegorza Brauna.
Powiada się, że rozczłonkowanie prawicy jest na rękę Donaldowi Tuskowi, który zyskuje argumenty za budową jednej listy demokratycznej, żeby skorzystać z dobrodziejstw systemu D'Hondta.
Jednak działania Morawieckiego wcale nie muszą premiera cieszyć, bo rozczłonkowanie łatwo może przerodzić się w rekonfigurację, czyli takie ułożenie oferty prawicowej, która stworzy realne szanse na przejęcie władzy od Koalicji Obywatelskiej. I to bez utrudniającej wszystko konieczności układania się z Braunem.
Już dziś po prawej stronie sceny politycznej tworzone jest zaplecze medialne i liczne "kanały artykulacji" (jak śpiewał Kazik Staszewski w piosence o czymś innym), które szykują się na bezwzględną kampanię wyborczą i propagandową w sieci, czego nie da się powiedzieć o rządzących, którzy w internecie są słabi.
Na razie jednak głód władzy i sny o potędze nie pokrywają się z realnymi możliwościami. A kryzys na prawicy dopiero się rozkręca.
Przemysław Szubartowicz















