Korupcja premium, czyli globalny "Piłkarski poker"
Świat FIFA zawsze przypominał "Piłkarskiego pokera". Jednak w 2026 przesunięto granice. Gra toczy się nie o kupienie meczu, lecz kupienie zasad gry w piłkę. Oto korupcja premium!

W 1989 roku na ekrany trafił legendarny film "Piłkarski poker" Janusza Zaorskiego. Na podstawie prawdziwych historii powstał scenariusz o futbolu skorumpowanym gruntownie, od góry do dołu.
Kupowanie sędziów czy sprzedawanie meczów stanowiło pole zmagań zażartych i równoległych do tych prowadzonych przez zawodników na boiskach. Z filmu poniekąd wynikało, że zmagania działaczy są ważniejsze. To kupowanie bramek, symulowanie kontuzji czy ustawianie sędziowskich kartek przesądzało o wyniku spotkania.
Ambicje zawodników, piłkarska taktyka czy ciężkie treningi nie miały większego znaczenia. Co więcej, uczciwość wydawała się głupia i finansowo nie na miejscu. Wzruszające zakończenie filmu było listkiem figowym.
Życie sportowe płynie swoim korytem. Od lat "Piłkarski poker" oglądamy na żywo w wersji globalnej. Skandale i korupcja stały się niemal synonimami FIFA. Czego to nie oglądaliśmy?!
Przyznanie mundialu Rosji w 2018 roku czy Katarowi w 2022 roku. Burzliwa biografia Seppa Blattera, którego pewien aktywista podczas konferencji prasowej obsypał fałszywymi dolarami.
Po rządach pana Blattera przyszły wyczyny Gianniego Infantino. Rozmowa o granicach sportu oraz przyzwoitości jest po prostu nie na miejscu. Wraz z przyznaniem pokojowej nagrody FIFA, stworzonej specjalnie dla podlizu wobec prezydenta Donalda Trumpa, było dużo śmiechu. Jednak szyderstwo nie powinno to przesłaniać faktu, że tym samym pokazano kibicom - w świetle jupiterów - jeden z pięciu palców dłoni.
Korupcja ponad futbolem
Ktoś powie: co w tym nadzwyczajnego? Oczywiście nic. Wszystko pokazał w filmie Zaorski. Jednakże obecnie manipulowanie światową piłką odbywa się tak otwarcie, że zmienia się nie wynik, ale reguły samej gry.
Bezpośrednie podłączenie piłki nożnej do kroplówki brudnej polityki ma odbywać się jawnie. Żaden kibic nie przeoczył, że FIFA uchyliła zawieszenie napastnika reprezentacji USA. Folarin Balogun otrzymał czerwoną kartkę. Każde dziecko wie, że powinien był pauzować.
Tymczasem Trump zadzwonił do Infantino. FIFA nie po to wręczała pokojowe nagrody prezydentowi USA, żeby nie ugiąć się w tak błahej sprawie. Wyszukano odpowiedni przepisik. Przedstawiono kibicom dętą interpretację, w którą nikt nie wierzy. I poszło. Balogun mógł wystąpić w meczu przeciwko Belgii.
Fakt, że ostatecznie drużyna USA mecz przegrała, można uzasadniać dziejową sprawiedliwością. Jednakże wiara w cuda nie powinna nam przesłaniać już nie korupcji, ile procesu przesuwania granic samej dyscypliny sportu.
Co innego kupić mecz, co innego zmienić zasady gry w piłkę. Czy będziemy mówić o "trumpizacji" futbolu, czy nie, to mało ważne. Liczy się to, że doraźnie, aby spełnić oczekiwania polityka, naruszono same reguły gry!
Co ważne, to właśnie otwarte, a nie zakulisowe, przesuwanie granicy sprawia, że powstaje medialny teflon. UEFA skrytykowała decyzję FIFA. Komentatorzy mogą zgrzytać zębami. Kibice przeklinać. I co? I nic. Postępuje globalizacja stwierdzenia: "Nie mamy pańskiego płaszcza. I co pan nam zrobi?". Jak wiadomo, z innego polskiego filmu.
Dawne dzieje?
W pewnym sensie można powiedzieć, że wracamy do "standardów" mundiali sprzed stulecia. W 1934 roku Benito Mussolini nie ukrywał, że mistrzostwa świata mają służyć faszystowskiej propagandzie.
Wszystko zrobiono, żeby wygrać. Przekupstwo, brutalne naciski, bandyterka na boisku. Nazwisko pewnego sędziego przeszło do historii piłki nie dlatego, że w trudnych latach 30. promował "fair play", ale właśnie z uwagi na to, że bezczelnie dał się przekupić. I co? Włosi zostali mistrzami świata, wbrew jakiejkolwiek przyzwoitości. Reżim Mussoliniego dostał, co chciał. "Nie mamy pańskiego płaszcza. I co pan nam zrobi?".
W zasadzie można sobie wyobrazić następne kroki w degeneracji FIFA. Dlaczego by nie podczas obecnego mundialu? Pewnego lipcowego poranka prezydent Trump obudzi się i, nie wstając z pościeli, zadzwoni do Infantino.
Przyśniło mu się, że to on odbiera puchar wraz z zawodnikami. Myśl podrażniła trumpowską głowę. Zażąda od Infantino, aby to USA zagrało w finale. Działacz najpierw będzie protestować, bo przecież USA odpadło. Ale Trump podniesie głos. Zagrozi prawnymi konsekwencjami dla FIFA, bąknie coś o finansach, wreszcie po chwili ociągania działacz przejedzie dłonią po lśniącym czole i pokornie się zgodzi.
Głupie miny komentatorów. Głupie miny kibiców. Wszystko to bez znaczenia. Show must go on. I jedynie maluchów szkoda, tych dzieciaków, które pędzą na podwórka i boiska, wierząc, że w sporcie wygrywa się talentem i ciężką pracą. Że wygrywa ten, kto jest najlepszy. I może nawet przestrzega reguł "fair play".
Jarosław Kuisz













