Koniec zawstydzania prezydenta. Koniec przemysłu pogardy
W sierpniu 2025 roku skończył się w Polsce "przemysł pogardy". Wyczerpała mu się bateryjka. Najłatwiej byłoby to przypisać świeżości i wigorowi Karola Nawrockiego. Ale przecież to nie jest takie proste.

Pierwszy miesiąc prezydentury Karola Nawrockiego pokazuje znaczącą zmianę. Nowy prezydent stawia na kurs wojowniczy. Wetuje ustawy uśmiechniętego rządu, sprawnie omija sidła zastawiane na niego przez tuskowe ministerstwa (wiatraki zaszyte w ustawie o obniżce cen prądu) i wyzywa premiera na udeptaną ziemię podczas Rady Gabinetowej.
Przychylni Nawrockiemu komentatorzy widzą tu narodziny "polskiego Trumpa" - lidera ambitnego, dynamicznego i stale podkręcającego tempo politycznej naparzanki. Widzą to także ci bardziej symetryzujący. Gdy z Nawrockiego zaczął lżyć mieszkający w Polsce ukraiński publicysta, to publika zjednoczyła się w ponadpartyjnym oburzeniu. Formułki gotowe do walenia w nowego prezydenta ("alfons", "przemocowiec", "gangus") ugrzęzły w silnorazemowej banieczce i nie bardzo potrafią się stamtąd wydostać.
"Wejście smoka"
Pierwsze tygodnie prezydentury wydają się na razie prostą kontynuacją kampanii wyborczej, w której "Now Rocky" zajechał Trzaskowskiego - by tak rzec - kondycyjnie. Teraz w podobnym stylu wsiada na wyraźnie zmęczonego dwuletnim rządzeniem i zniechęconego słabymi sondażami Donalda Tuska. Spychając go do defensywy.
Owszem, Nawrocki ma teraz swój miesiąc miodowy i zgarnia premię świeżości. A prawica fetuje go - moim zdaniem nieco przesadnie - jak długo oczekiwanego Mesjasza. Warto jednak zauważyć, że polityczny debiutant Nawrocki ewidentnie korzysta tu z roboty wykonanej przez swoich poprzedników. Wchodzi na teren przygotowany i do pewnego stopnia oczyszczony przez Andrzeja Dudę, Beatę Szydło oraz Mateusza Morawieckiego. To im Nawrocki zawdzięcza, że może mieć teraz takie "wejście smoka".
Wszyscy oni (Duda, Szydło i Morawiecki) musieli po roku 2015 - prócz wyzwań samego rządzenia - zmierzyć się z medialną i symboliczną dominacją swych wrogów z obozu liberalnego. Tamta przewaga najbardziej dobitnie i w praktyczny sposób krystalizowała się w haśle "przemysł pogardy".
"Przemysł pogardy". Prekursor obecnej polaryzacji
Autorstwo hasła "przemysł pogardy" przypisuje się mojemu znakomitemu koledze z tych stron Piotrowi Zarembie. W 2010 - kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej - opisał przy pomocy tego określenia praktykę stosowaną przez pięć poprzednich lat wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Polegała ona zorganizowanym działaniu mającym na celu zdyskredytowanie ówczesnej głowy polskiego państwa przy użyciu wszelkich dostępnych metod. Najchętniej szyderstwa i kpiny, które miały tworzyć wrażenie, że Kaczyński nie jest godny najwyższego urzędu w państwie. Że nie jest prezydentem pełnym i prawdziwym. Ów przemysł pogardy był pierwszą kampanią wojny totalnej (do dziś zwanej "wojną polsko-polską" albo "polaryzacją"), którą Donald Tusk wypowiedział PiS-owi po przegranych (właśnie z Kaczyńskim) wyborach prezydenckich roku 2005. Kampanią - jak się okazało - niezwykle skuteczną.
Rzecz jasna strona naszej sceny politycznej, która przemysł pogardy odpaliła, nigdy się do tego nie przyznała. Logiczne - trudno oczekiwać od kogoś, kto opracował przepis na "zbrodnię doskonałą" opowiadał na prawo i lewo o arkanach swojego planu. Dobrze uchwycił to Sławomir Kmiecik w wydanej w roku 2012 (czyli w samym środku pierwszego Tuska) książce "Przemysł pogardy". Pisał:
Nie walczyliśmy z Lechem Kaczyńskim – zaperza się dziennikarz. Nie uchybialiśmy Lechowi Kaczyńskiemu – wzrusza ramionami "autorytet". Nie znieważaliśmy Lecha Kaczyńskiego – gorączkuje się artysta. Chór takich głosów odzywa się za każdym razem, gdy pada oskarżenie, że prezydent Lech Kaczyński był z rozmysłem niszczony za pomocą drwin i szyderstw, gdy wspomina się o "przemyśle pogardy" wobec niego.
Musiało minąć wiele lat, zanim środowisko polityczne PiS nauczyło się radzić sobie z tym wyzwaniem. Aby wyjść z tego okrążenia, przystąpili po roku 2010 do budowy własnego zaplecza medialnego. Po roku 2015 kontynuowali ten proces w oparciu o zawłaszczone media publiczne.
Przez cały ten czas PiS-owcy zdawali się powtarzać za Bismarckiem, że polityka (w tym wypadku medialna) jest "jak robienie kiełbasy". Niekoniecznie ładnie to wygląda i nie wszyscy powinni być zmuszani do zaglądania za kulisy. Gdy ktoś zaglądał i zniesmaczony pytał, "czy nie dałoby się robić to inaczej, niż robi Jacek Kurski?", PiS-owcy odpowiadali, że nie mają ochoty na wieki wieków być ofiarami "przemysłu pogardy" nakręcanej przez media totalnie zdominowane przez jedną ze stron politycznego sporu - to znaczy przez liberałów.
Od długopisu do uzurpatora
Czas pokazał, że ta wojna im się opłaciła. W efekcie nawet po siłowym odzyskaniu przez liberałów mediów publicznych w Polska nie wróciła do medialnego monopolu liberałów, który znaliśmy sprzed roku 2015. Wtedy łatwo było przedstawić każdego demokratycznie wybranego prezydenta jako niezdolnego do pełnienia swojej funkcji gamonia, który przynosi nam wszystkim wstyd na cały świat oraz okolice. Dziś zrobić się tego już nie da. Rynek medialny został spluralizowany. A opinie "Gazety Wyborczej", TVN-u i TOK FM nie mają już mocy powszechnie obowiązującego prawa.
Oczywiście minie jeszcze trochę czasu, nim liberałowie uświadomią sobie, że ich wunderwaffe straciła swoją dawną skuteczność. Wciąż w pamięci są lata 2015-2025, gdy jako tako to jeszcze działało. Trochę siłą rozpędu, a trochę poprzez dyskretny urok bycia "demokratyczną opozycją".
Andrzej Duda był więc najpierw przedstawiany był na jako polityczne zero, pocieszny "Adrian" i bezwolny "długopis" w ręku Jarosława Kaczyńskiego (jego weta w sprawie reformy sądów albo ustawy medialnej oczywiście nie dostrzeżono). Po odzyskaniu władzy przez liberałów w 2023 roku Duda nagle stał się groźnym uzurpatorem, który ośmiela się korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień przy wetowaniu ustaw czy nominacjach sędziowskich albo ambasadorskich.
Te argumenty podnoszone są także i dziś wobec Karola Nawrockiego. Jednak ich skuteczność już jest niezwykle niska. A w następnych latach zmierzać zaś będzie w kierunku zera. Więcej nawet. Poza bańką (sektą?) postkodziarsko-silnorazemową przemysł pogardy stawał się będzie symbolem braku troski o dobro wspólne i kompletnego pozamykania. A w końcu coraz bardziej obciachu.
Czy ktoś będzie chciał na dłuższą metę być w jednej drużynie z mecenasem Giertychem, Tomaszem Wiejskim i Elizą Michalik?
Ręka do góry, kto chętny. Nie widzę...
Rafał Woś















