Donald Tusk może sobie pluć w brodę, gdy dziś afery jego władzy są piętnowane - przy pomocy memów i oświadczeń - przez Mateusza Morawieckiego i jego ekipę z Rozwoju Plus.
Były premier, którego rządy obfitowały w niewyjaśnione do dziś szwindle, udaje niewiniątko i wspina się na szczyty bezczelności właśnie dlatego, że obecny premier nie może pochwalić się, że skutecznie rozliczono nadużycia w czasach pandemii.
Na przykład Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych - jak twierdzą śledczy - zawierała część transakcji mimo negatywnej opinii Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Tym samym opowieść o złym PiS-ie, którą koalicja rządząca zawsze ma w rezerwie, zamienia się w swoją własną karykaturę.
Przegrane sprawy
Uczucie niedosytu towarzyszy w tej sprawie wyborcom obecnej koalicji rządzącej, zwłaszcza tym pamiętającym palenie świeczek przed Sądem Najwyższym, ponieważ rozliczenia i naprawa praworządności były głównymi postulatami wyborów 2023 roku.
I choć prokuratura postawiła niektórym osobom zarzuty w kilku sprawach, to Zbigniew Ziobro ze Stanów Zjednoczonych i Marcin Romanowski (podobno) z rosyjskiego Naddniestrza śmieją się Tuskowi w twarz.
A o przebywającym w Wielkiej Brytanii byłym szefie RARS Michale Kuczmierowskim nikt już chyba nie pamięta, zwłaszcza że sąd w Londynie jeszcze przed wakacjami odroczył do 24 września posiedzenie w sprawie ekstradycji.
Obietnica rozliczenia ośmioletnich rządów nie została spełniona i można wątpić, czy kiedykolwiek spełniona zostanie w pełni. Podobny znak zapytania wisi nad uzdrawianiem instytucji typu Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy.
Były prezes Trybunału Jerzy Stępień uważa, sprawa jest przegrana, a prezydent Karol Nawrocki woli poczekać rok, by po zwycięskich dla prawicy wyborach przeorać sąd konstytucyjny na swoją modłę.
Nadchodzi czas prawicy?
Według Stępnia scenariusz, w którym następna ekipa odwołuje powołanych teraz sędziów i wybiera własnych, jest realny. W tej optyce porażką władzy staje się to, co było kanwą jej sprzeciwu wobec praktyk partii Jarosława Kaczyńskiego.
Tusk oczywiście może mówić o bezpieczeństwie, chwalić się na tej niwie sukcesami, ale to nie przeniesie w niebyt nawarstwiających się kłopotów. Afera w Szpitalu Południowym czy przekręty przy dotacjach powodziowych to nie są sprawy, które wyparują. I choć obciążają lokalnych działaczy, składają się na ocenę całej władzy.
Nawet jeśli teraz nie widać ich efektu w sondażach. Premier oczywiście może nagrywać filmiki w mediach społecznościowych, ale niech się potem nie dziwi, gdy czyta w prasie anonimowe oceny polityków swojej partii, że mu się już nie chce, że stracił wigor, że słabnie.
Rachityczne rozliczenia, afery kacyków niższego szczebla, bezradność wobec prezydenckich blokad to nie wszystko. Panuje dość powszechne przekonanie, że nadchodzi czas prawicy, bo jej się chce, bo walczy, bo ma głód rządzenia, a władza po prostu trwa, nie narzuca tematów, nie kreuje politycznej rzeczywistości.
Mit zbawcy
Gdy spojrzeć w sondaże partyjne, Koalicja Obywatelska trzyma się mocno, choć z większości badań wynika, że straciłaby władzę na rzecz pokawałkowanej prawicy. Ale już notowania rządu szorują po dnie zaufania społecznego, a oceny negatywne sięgają nawet 60 procent.
To nie jest dobry punkt wyjścia do optymizmu po stronie rządu na nowy sezon polityczny, nawet jeśli będzie zdominowany przez ofensywę wokół planowanej podwyżki drugiego progu podatkowego.
Dziś staje się niemal pewne, że bez głębokiej, gruntownej rekonstrukcji rządu o zwycięstwie w 2027 roku Tusk będzie mógł tylko pomarzyć. Zwłaszcza jeśli dodatkowo nie nastąpi ofensywa narracyjna, programowa i personalna.
O ile bowiem na prawicy panuje przekonanie, że w razie czego przyjdzie Karol Nawrocki i wszystkich pogodzi, o tyle po stronie władzy tego typu nadzieje już się nie pojawiają. Mit zbawcy na białym koniu przestał działać.
Przemysław Szubartowicz
















