Koniec maskarady
Wystarczy, że Tusk, Sikorski i Kosiniak-Kamysz dość dobrze dogadują się z Nawrockim w sprawach państwowych. Ale wojna polityczna między prezydentem (i opozycją) a władzą może odbywać się bez masek. Tak będzie zdrowiej dla demokracji.

Na wieść o tym, że parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy odrzucili zaproszenie Karola Nawrockiego na rozmowy "o sprawach ludzi", prezydencki minister Paweł Szefernaker oznajmił, że "maski opadły".
Dodał, że oba ugrupowania "same wyłączają się z polityki współpracy" i ucieszył się, że "wreszcie bez udawania". Można by się w pełni zgodzić z tymi słowami, ale trzeba dodać, że z polityki współpracy wyłączył się także obóz prezydencki. Tam maski też opadły, tyle że dużo wcześniej.
Po co udawać?
Być może zresztą - skoro prawdziwej odwilży w relacjach nie ma - otwarta walka bez masek będzie zdrowsza dla demokracji, niż spektakl. Po co udawać, skoro ani opozycja (w tym niechętny rządowi prezydent) nie ma żadnego powodu, by pomagać władzy, ani władza nie będzie wspierać opozycji?
Wystarczy, że współpraca - dość udana - łączy oba środowiska na poziomie kontaktów między prezydentem i premierem oraz szefem dyplomacji, a także ministrem obrony. Toczą się rozmowy w sprawie ambasadorów, a w kwestii Rady Pokoju Donalda Trumpa osiągnięto sprytny kompromis państwowy. Także problemy bezpieczeństwa są rozwiązywane w duchu dobra kraju, choć towarzyszy temu partyjniacka piana wzajemnych złośliwości.
Za kotarą politycznego teatru pt. "Prezydent zaprosił do rozmowy ponad podziałami" rozgrywa się przecież brutalna walka polityczna o władzę, o zniszczenie przeciwnika, o dominację, o wybory w 2027 roku. Rozstrzygną one podstawową kwestię: czy sojusz PiS, Konfederacji i Brauna przejmie rządy pod prezydenckim parasolem Nawrockiego i zajmie się brutalnymi kontrrozliczeniami ekipy Donalda Tuska, czy też obecny układ rządowy przetrwa i będzie współreprezentował faktyczne polskie pęknięcie.
Pół na pół
A nic się w tej sprawie nie zmieniło od wyborów prezydenckich: połowa głosującej Polski chce rządów prawicy, a połowa stawia na stronę zwaną demokratyczną.
Nie trzeba słuchać krytycznych uwag prof. Antoniego Dudka na temat Nawrockiego, by rozumieć, że prezydenckie weta czy wstrzymywanie nominacji dla oficerów, sędziów i dyplomatów to część strategii zwalczania rządu. Podobnie jak wzywanie szefów służb i zapraszanie polityków działających w parlamencie ma pomóc w budowaniu siły prezydenckiej, która chce przełamać zasady ustroju parlamentarno-gabinetowego.
Ludzie Nawrockiego w licznych wypowiedziach medialnych nie ukrywają przecież, że sypanie piachu w rządowe tryby jest dopuszczalne, a konstytucja powinna być zmieniona w duchu wzmocnienia władzy prezydenckiej.
Nie trzeba też być krytykiem władzy, by wiedzieć, że dla premiera obrona obecnie obowiązujących zasad ustrojowych jest podstawą politycznej siły. Skoro współpraca z prezydentem obejmuje kluczowe dla Polski kwestie, to w tej optyce na poziomie politycznym konieczne jest utrzymanie różnic. Polska debata publiczna przeorana jest przez skrajne emocje i polaryzację, która dziś opłaca się i Nawrockiemu (oraz opozycji), i Tuskowi (oraz władzy).
"Maska maskę dręczy"
Najszlachetniejszym pięknoduchom słusznie marzy się przekroczenie tego wojennego fantazmatu politycznego, wyjście poza scenariusz wzajemnej nienawiści. Ale realnie nie jest to dziś możliwe. Znów trzeba przyznać rację Gombrowiczowi i jego "Operetce":
Tu maska maskę dręczy! Zrzućcie maski! Zwykłymi stańcie się ludźmi!
Przemysław Szubartowicz














