Kilka lat temu zaproszono mnie do udziału w pierwszej edycji Campus Polska. Co było oczywiste, politycy związani z Platformą mieli swoje partyjne interesy do załatwienia. Niemniej sam pomysł był niezły.
Campus Polska bez Przyszłości?
Oto w Polsce wreszcie pojawiały się tzw. letnie szkoły, gdzie politycy spotykają się z młodymi ludźmi. Rzecz znana od dawna w Europie Zachodniej. W naszym kraju brak takich spotkań wyłącznie przypominał, jak zamkniętym obiegiem jest rynek partii politycznych. Poza tym politycy są zawsze najbardziej otwarci na rozmowę, gdy pozostają w opozycji. Później, gdy rusza kampania wyborcza i w ręce wpada władza, o społeczeństwie obywatelskim błyskawicznie zapominają. Warto zatem było skorzystać z okna możliwości.
I rzeczywiście, Campus Polska okazał się strzałem w dziesiątkę. W mediach ogólnopolskich hejtowano inicjatywę wedle podziału partyjnego. Wyrywano zdania z kontekstu, by napiętnować je w mediach społecznościowych. Wystarczyło jednak przyjechać do Olsztyna, by wzruszyć na to ramionami. Wydarzenie nie miało nic wspólnego z lizusostwem czy sianiem nienawiści. Młodzi ludzie zadawali trudne pytania, grillowali polityków rzeczowo, czasem emocjonalnie.
Za to wszystko należało być uczestnikom w liczbie ponad tysiąca osób wdzięcznym. Ostatecznie chciało im się w ogóle przyjechać. Opowiadanie dziś, że Campus Polska nie pomógł w kampanii prezydenckiej i dlatego powinien zostać zarzucony, to głębokie nieporozumienie.
Bez sterowania
Tak, tak, już słyszę zgryźliwe uwagi… Ale względny sukces wydarzenia Campus Polska wiązał się z tym, że tam nikt nikomu niczego nie mógł nakazać. Na Campusie każdy mógł myśleć, co chciał. W ostatnich edycjach bywało ostro w debatach z publicznością. Trudno było zakładać, że wszyscy zgadzają się z Rafałem Trzaskowskim. A skoro można było oberwać od publiczności, to właśnie była mała, ale prawdziwa demokracja w praktyce.
Nie występy polityków w telewizjach. I nie partyjne monologi w rozgłośniach radiowych. Wydawało się przez moment, że ktoś w Platformie i okolicach zrozumiał, iż potrzebujemy POLITYKI CIERPLIWOŚCI. Nie spazmów w mediach społecznościowych, ale mozolnego włączania kolejnych pokoleń do III RP, tak, ze wszystkimi jej wadami i zaletami.
Adam Andruszkiewicz i prawicowa winda do kariery
Byłoby niesprawiedliwe nie zauważyć, że jednocześnie na narodowej prawicy trwa zaciąg młodych. Hula w najlepsze. Widać tam dużo młodych twarzy i warto na nie zwrócić uwagę: świadczy to bowiem o tym, że tam struktury partyjne umożliwiają wspinanie się na samą górę. To ambitnych ludzi przyciąga jak magnes. Skoro w innych ugrupowaniach miejsca są zajęte - i to nierzadko na lata - może lepiej wyruszyć inną drogą partyjną. Związać się z kimś, kto naprawdę daje szansę?
I tak należy czytać np. zaproszenie Adama Andruszkiewicza do Pałacu Prezydenckiego. Co prawda polityk o endeckim rodowodzie ma już 35 lat, ale jednak na tle obu liderów PO czy PiS to młodzieniaszek. I proszę bardzo: otrzymuje szansę na dalszą karierę.

Rozmaite dwuznaczności w karierze, jak choćby nawoływanie do współpracy z reżymem białoruskim, raczej przyczynią się do skutecznego wtopienia się w nowy ośrodek władzy Karola Nawrockiego. Wszyscy, którzy kiedyś w coś wdepnęli, będą tam sobie pomagali. Krótki rzut oka na biografię Andruszkiewicza świadczy, że to bardzo elastyczny człowiek. A przyszłość ma przed sobą.
Jeśli na sprawę Campusu i karierę Andruszkiewicza spojrzeć, jak na dwie strony medalu politycznego, widać, kto bardziej otwiera się na przyszłość. Cokolwiek nie sądzić o poglądach politycznych młodej czy względnie młodej prawicy, to także otwieranie się na ludzką energię i pomysłowość panów Andruszkiewicza, Pawła Szefernakera i wielu innych. Kto to robi bardziej - wygrywa. Jak zresztą pokazały ostatnie wybory prezydenckie.
Jarosław Kuisz













