Nie wiadomo, czy ci, którzy dużo obiecują sobie po zeznaniach podobno skruszonego szefa upadłej giełdy kryptowalut Przemysława Krala, doczekają się satysfakcji. Od kilku lat wiadomo bowiem, że w czasach postpolityki i nietrwałego szumu mediów społecznościowych nawet najgrubsze afery na dłuższą metę spotykają się z obojętnością społeczną i nie doprowadzają do radykalnych przesileń politycznych.
Zondacrypto. Kiedy zaczęły się schody?
Wiadomo jednak, że będzie inaczej, niż sądzi Mateusz Morawiecki, który w ramach odwracania kota ogonem zasugerował, że afera Zondacrypto "pogrąży ten rząd".
Tymczasem nie będzie ona raczej problemem Donalda Tuska i obecnej władzy, ponieważ jednoznacznie wiąże się z polską prawicą, jej kluczowymi postaciami i jej szarymi eminencjami. To jest afera prawicy, choć z pewnością będzie próba obronnego przedstawiania jej w innym świetle.
Pierwszym śladem sprzed lat, który jest dziś przypominany w kontekście nowej odsłony tej awantury - tym razem z szefem Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosławem Piesiewiczem w tle - są schody Jacka Sasina.
Były wicepremier i minister aktywów państwowych z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości pożyczył kiedyś pieniądze na remont drewnianych schodów właśnie od Piesiewicza.
Sam Sasin bagatelizuje tę sprawę, mówiąc o zarejestrowaniu koleżeńskiej pożyczki w Urzędzie Skarbowym, zwłaszcza że miała ona miejsce kilka lat przed przejęciem przez PiS władzy w 2015 roku. Jednak bliska znajomość tego polityka z Piesiewiczem jest traktowana jako trampolina do zadziwiająco szybkiego rozwoju kariery kontrowersyjnego działacza sportowego.
Choć zarówno Sasin, jak i Piesiewicz stanowczo zaprzeczają takiej koincydencji.
Radosław Piesiewicz. Szara eminencja
Wśród szarych eminencji PiS - a wymienia się w tym gronie także byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka czy byłego prezesa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michała Kuczmierowskiego - Piesiewicz zajmuje poczesne miejsce. Po zwycięstwie PiS trafił do Polskiego Związku Piłki Siatkowej, w 2018 roku stanął na czele Polskiej Ligi Koszykówki, a później Polskiego Związku Koszykówki.
Wiele pisano o tym, jak zasilał polską koszykówkę wielomilionowymi umowami ze spółkami Skarbu Państwa, co jest wiązane jednoznacznie z kontekstem politycznym.
Finalnie wylądował w PKOl, gdzie - jak portretują go media - dał się poznać jako prezes miłujący bizantyjski styl życia za pieniądze instytucji, prywatne odprawy na lotnisku, luksusowe podróże, kurorty czy wizyty w Monako. A potem wprowadzający do PKOl Zondacrypto jako strategicznego partnera, który kilka miesięcy temu ogłosił upadłość.
Dziś z tej mozaiki układa się problematyczny obrazek. Zaprzyjaźniony z politykami prawicy sportowy baron. Przyjmujący luksusowy zegarek od szefa upadłej giełdy. Obiecujący mu - jak opisują dziennikarze - wstawiennictwo u ówczesnego premiera Morawieckiego i szefa UOKiK.
Wolnoamerykanka i jawność
No i sama giełda Zondacrypto, której pieniądze miały zasilać prawicową telewizję Republika, fundacje związane ze Zbigniewem Ziobrą z PiS (a wtedy z Suwerennej Polski) i Przemysławem Wiplerem z Konfederacji, konferencję CPAC przed wyborami prezydenckimi, na której wystąpił Karol Nawrocki i Andrzej Duda.
A potem była walka prawicy o to, by rynek kryptowalut w Polsce nie był uregulowany. I trzykrotne zawetowanie przez prezydenta przepisów, które miały ukrócić kryptowalutową wolnoamerykankę.
Bez względu na to, do czego doprowadzą zeznania oskarżonego o oszustwa i pranie brudnych pieniędzy Krala, co ustali prokuratura, jaki będzie efekt tej afery dla polskiej polityki - wiadomo, że Piesiewicz raczej jest skończony. Świat pieniędzy - pełen zawiści i egoizmów - nigdy nie jest krypto.
Nawet jeśli uczestnicy polityczno-biznesowych gier i wielkich, acz powierzchownych i krótkotrwałych interesów bardzo by tego chcieli. Finalnie wszystko wychodzi na jaw.
Przemysław Szubartowicz















