KO popełniła duży błąd, ale PiS wcale nie musi na tym skorzystać
Przegrana Aleksandra Miszalskiego w Krakowie wcale nie musi wywołać fali i uskrzydlić PiS-u. O tym zdecyduje dopiero wynik nowych wyborów na prezydenta miasta. Ale koalicja rządząca ma inne zmartwienie. Obserwowana przy okazji referendum mobilizacja prawicy politycznej i dziennikarskiej powróci w 2027 roku w wersji turbo. A "liberalna Polska" coraz chętniej wybiera emigrację wewnętrzną.

Jeśli "efekt Przemysława Czarnka" się pojawił, to raczej ma wielkość błędu statystycznego w sondażach niż wyraźnego wzrostu poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości. To frustruje skonfliktowanych działaczy z partyjnych frakcji, których kłótliwą aktywność chwilowo zastąpiono bajkową narracją o "dwóch płucach".
Frustracja Kaczyńskiego
Frustruje się też Jarosław Kaczyński, który rozpaczliwie chce uniknąć konieczności powyborczej współpracy ze Sławomirem Mentzenem i ludźmi Grzegorza Brauna, choć badania pokazują, że taka konfiguracja pozwoliłaby dzisiejszej opozycji rządzić.
W PiS trwa więc polowanie na sprawę, która mogłaby zostać zamieniona w sprężynę do skoku po władzę.
Formacja Kaczyńskiego sonduje różne możliwości, by odzyskać coraz mniej pewne poparcie. Partyjni specjaliści od zarządzania informacją i propagandą sprawdzają, czy Polacy będą wyczuleni na przerysowaną opowieść o "elitach, które gardzą ludem", ubierając owe elity w twarze znanych aktorów albo rozpoznawalnych socjologów.
Zastanawiają się, czy da się wykorzystać przeciw rządzącym prowokacje zmuszające służby do działań wobec ludzi prawicowej opozycji, w tym prezydenta.
Sprawdzają też, czy system wsparcia dla artystów zaprojektowany przez resort kultury da się przerobić na antyelitarną nagonkę na "darmozjadów od sztuki".
Badają również szanse na to, czy z upadku prezydentury Aleksandra Miszalskiego w Krakowie da się zrobić antyrządową falę, która zmiecie innych włodarzy polskich miast.
Kardynalny błąd
W tym sensie referendum oddane walkowerem przez Koalicję Obywatelską spadło Kaczyńskiemu z nieba. Ta fala, twierdzi Czarnek, ma się zakończyć odejściem samego Donalda Tuska.
Ciekawe, że niektórzy politycy frakcji Mateusza Morawieckiego, na przykład Marcin Horała (w "Punkcie widzenia Szubartowicza" w Polsat News), dystansują się od próby przełożenia lokalnego referendum na politykę ogólnopolską, choć sam Morawiecki - w ramach filozofii zgody między partyjnymi "płucami" - ułożył nawet hasło "Dziś Miszalski, jutro Tusk".
W PiS nie bardzo jednak wierzą w powodzenie tego pomysłu, ponieważ jak bumerang powraca pytanie: a co, jeśli to był przypadek, który wynikał z krakowskiej specyfiki i minimalnej przewagi pierwotnego wyborczego zwycięstwa Miszalskiego?
I tak gładko nie poszłoby już w Poznaniu, Rzeszowie, Bochni czy Gdańsku? Osiągalny jest Wrocław, bo prezydent Jacek Sutryk nie ma dobrej prasy nawet w swoim środowisku.
KO popełniła duży błąd, zniechęcając swoich wyborców do udziału w krakowskim referendum. Gra frekwencją uratowała tylko Radę Miasta, ale pogrążyła prezydenta. Gdyby jego wyborcy poszli do urn, wyniki nie byłyby oczywiste, a przegrana dawałaby okazję do snucia opowieści o "żyletkach", czyli minimalnej różnicy.
Wiadomo jednak, że upadek Miszalskiego niczego jeszcze nie rozstrzygnął, a politycy KO traktują jego odwołanie niczym lekki "krakowski spleen".
Podkreślają jednocześnie, że dopiero ponowne wybory na prezydenta Krakowa pokażą realną sytuację polityczną. Jeśli kandydat wskazany przez partię Tuska przegra, zaczną się schody.
Mobilizacja i "emigracja"
Patrząc na rozkład politycznego poparcia, ten mecz PiS ma spore szanse przegrać, a wtedy dzisiejszy referendalny hurraoptymizm szybko zamieni się w depresję. Zwłaszcza że w partii Kaczyńskiego dobrze wiedzą, że droga do triumfu nigdy nie wiodła przez duże miasta.
Jeśli jest jakiś ponadlokalny wniosek płynący z krakowskiej klęski Miszalskiego, to jest nim nadzwyczajna mobilizacja prawicy politycznej i dziennikarskiej przy - w tym wypadku sterowanej - głębokiej demobilizacji elektoratu prorządowego.
Formacja Tuska oraz jej koalicjanci zapewne jeszcze nie doceniają tego zjawiska, ale powtórzy się ono w wersji turbo w ogólnopolskich wyborach 2027 roku.
Dziś opozycja kojarzy się z silnym głodem władzy i widać, że jej zaplecze medialne buduje kanały wsparcia, które tworzą przychylny szum towarzyszący polityce.
Po stronie władzy umacnia się zaś przeświadczenie o braku sprawczości, zmarnowanych szansach i nie do końca odrobionej lekcji z triumfu populizmu w świecie zachodnim.
Nawet jeśli społeczeństwo jest pęknięte na pół, to w połowie kibicującej władzy panuje flauta, a emigracja wewnętrzna zdarza się coraz częściej.
Przemysław Szubartowicz












