Kłamstwa, pycha, brexit. Czyli brytyjska przestroga dla Polaków
W chwili gdy coraz więcej Brytyjczyków smutno przyznaje, że wyjście z Unii było błędem, nad Wisłą rośnie przekonanie, że nas podobne błędy nigdy nie spotkają.

Ponad dekadę temu Wielka Brytania wciąż była najatrakcyjniejszym krajem w Europie. Dawne imperium mórz i oceanów skutecznie zamieniono na imperium rozrywki. Od czasów rewolucji Beatlesów i Jamesa Bonda aż do początku XXI wieku zarzucano glob kolejnymi produktami, które sprawiały, że sędziwa monarchia wydawała się miejscem najbardziej "cool".
Kraj wcisnął się do Unii Europejskiej, ale jedną nogą, na swoich warunkach. Tony Blair odnowił image państwa. Nawet kompromitacja polityczna w Iraku nie miała znaczenia dla tych, którzy drzwiami i oknami walili na Wyspy.
Ośrodki akademickie buzowały intelektualnym fermentem. Człowiek czuł się tam na wysokiej fali. Tyle że wystarczyło wyjechać z Londynu czy Oxbridge, aby zdać sobie sprawę, że "życie w bańce" nie jest metaforą.
W mniejszych miejscowościach entuzjazmu nie było widać. Wystarczyło zamienić kilka słów, aby zdać sobie sprawę z niezadowolenia zwykłych ludzi, że świat dokoła zmienia się zbyt szybko.
Być może wielu ludzi przybywa na Wyspy i kraj z tego odnosi korzyści ekonomiczne, ale oni tego nie widzą. Na tyle długo współprowadziłem na Oxfordzie program naukowy, żeby ugruntować się w przekonaniu, że istnieją nie jedna, ale dwie Brytanie.
Gdy przyszedł czas referendum w sprawie brexitu, wcale nie byłem przekonany jak inni, że sprawa jest przesądzona na korzyść pozostania w UE. Za dużo widziałem coraz słabiej skrywanego niezadowolenia. Później przyszły potwierdzające to sondaże.
Bajki brexitowe
Wiele mówiono, że brexit zdarzył się "przypadkiem". Że to konserwatywni politycy, wewnętrznymi sporami, doprowadzili do najgłupszej decyzji stulecia. Ja tak nie sądzę. Trendy niezadowolenia były wcześniej.
Rosnące ceny mieszkań, zapychający się NHS (brytyjska ochrona zdrowia - przyp. red.), delokalizacje starych fabryk, zbyt szybko przeobrażające się otoczeni… Kto nie odnosi widocznej korzyści ze zmiany, tego ona nie ucieszy. Prawdziwym problemem było to, że kampania nurzała się w kłamstwach.
Opowiadano bajki o korzyściach z odzyskanej suwerenności oraz zatrzymaniu imigracji. Do kontrowania bzdur zabrakło lidera z prawdziwego zdarzenia. David Cameron i Jeremy Corbyn stroili miny, hamletyzowali, w mediach tak podkreślali zalety bycia Wielkiej Brytaniii w UE, jakby to były wady. Widać było dużo wody sodowej w głowach. Pycha przemawiała za tym, że Londyn może sobie sam poradzi. "Czas na Global Britain!", wołano.
Smutne sondaże
10 lat później zaglądamy do sondaży YouGov/The Times. I oto wśród samych wyborców "Leave" nastąpiło odwrócenie ocen. Jeszcze w 2022 r. 34 proc. uważało brexit za sukces, a 19 proc. za porażkę. W 2026 r. tylko 23 proc. uważa brexit za sukces, podczas gdy 26 proc. uznaje go za porażkę.
W całym społeczeństwie brytyjskim oceny są jeszcze bardziej krytyczne. Albowiem aż 59 proc. uważa brexit za porażkę (53 proc. w 2022 r.).
Tylko 10 proc. uważa wyjście z UE za sukces. To oznacza, że nawet część osób, które dekadę temu głosowały za wyjściem z UE, zaczęła oceniać rezultaty brexitu negatywnie. Aż przypomina się aforyzm zza kanału: "Rzeczywistością jest to, o co się rąbniemy" (jak powiedział Jacques Lacan).
Od dekady naukowo studiuje się przyczyny brexitu. Nadmierna imigracja, słabnąca ekonomia, brak zaufania do polityków… Po latach najważniejsze wydaje się, że nie było polityka hamulcowego. Lidera z prawdziwego zdarzenia, który odważnie i wiarygodnie powiedziałby, że Boris Johnson z kolegami opowiada głupoty.
Gdy mówią o zatrzymaniu imigracji, to podobnie jak Donald Trump, tak naprawdę nie wiedzą, jak to zrobić. Gdy snują opowieści o odzyskanej suwerenności, nie dodają, jaką cenę przyjdzie zapłacić tym, którzy stracą pracę.
W 2016 w Wielkiej Brytanii produkowano około 1,7 milionów aut. Odcięcie od rynków europejskich, niepewność inwestycyjna, cały ten "getting Brexit done", sprawiły, że w 2022 produkowano już tylko 775 000 aut. A to tylko jeden sektor.
No Future?
Oczywiście nie można też przesadzać. Nie jest tak, że, jak piszą niektórzy, szczególnie we Francji i Niemczech (nie bez Schadenfreude!), że "tam" już niemal nic nie działa. Niemniej nastroje siadły.
Przyszłość nie wygląda różowo. Pamiętna okładka "Spectatora" z brytyjskim motylem, który radośnie rozwija skrzydła "OUT!", dziś budzą politowanie. Premierzy zmieniają się jak rękawiczki. Pozycja międzynarodowa jest ewidentnie słabsza.
Keir Starmer, chociaż podkreślał na każdym kroku, jak ważne są obronność, wspieranie Ukrainy i wydatki na zbrojenia, nie był w stanie ich zapewnić.
Brexit to wielka lekcja, że nawet społeczeństwo, które wydawało się najbardziej "cool", z najlepszymi uniwersytetami i hołdami dla tradycji, może strzelić sobie w stopę. Utonąć w kłamstwach polityków i złudzeniach wielkości.
Czego to nie opowiadano o budowaniu "Singapuru nad Tamizą". Tymczasem po zwycięstwie "Leave" zapanował kompletny chaos. Cameron, Farage przestraszyli się odpowiedzialności i pouciekali ze stanowisk.
Covid, inflacja, rosyjska inwazja na Ukrainę - rykoszetem uderzyły we wszystkie gospodarki europejskie; dane wskazują, że w państwo będące poza UE jednak uderzyło mocniej. Długo można byłoby podawać dane. Dość spojrzeć, ilu rodaków wróciło.
Mamy 2026. Do dymisji podał się właśnie kolejny premier Wielkiej Brytanii. Na dobrą sprawę Londyn nie wyszedł z kryzysu, który sam wywołał. Najważniejsze jednak dla nas powinno być to, że Polska właśnie znalazła się w elitarnym gronie G20.
Wraz z rosnącym bogactwem kraju woda sodowa ewidentnie idzie do głów, o czym świadczą sondaże. Nigdy nie mieliśmy tylu osób gotowych na polexit (między 20-25 proc.) Patrząc na Brytyjczyków, trudno oprzeć się wrażeniu, że największym zagrożeniem dla nas nie jest dziś biurokratyczna Bruksela czy słabnąca militarnie Moskwa. Jest nim rosnąca wiara, że nad Wisłą prawa rzeczywistości nie obowiązują.
Jarosław Kuisz















