Kim pan jest, panie Czarzasty?
Włodzimierz Czarzasty jest w specyficzny sposób konsekwentny. Jego Lewica poza paroma postulatami obyczajowymi i światopoglądowymi jest w zasadzie lewicą bezobjawową. To większy problem niż jego obrona PRL-u, nawet niż afera Rywina.

- Precz z komuną! - krzyczeli posłowie PiS na sali sejmowej, protestując przeciw wyborowi Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu. A przecież o tym, że lider Nowej Lewicy będzie przewodniczył Sejmowi, było wiadomo od dwóch lat.
Niektórzy politycy prawicy opowiadają nawet, że polityk był w czasach PRL członkiem Komitetu Centralnego. Mylą go z Zygmuntem Czarzastym, działaczem ze Słupska, który pod koniec lat 80. został sekretarzem KC, a więc bardzo ważną osobą. Zdaje się, że nie byli nawet rodziną, w każdym razie nie bliską.
Czy to komunista?
Ten Czarzasty, dziś 65-latek, to działacz Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich, który w roku 1983 wstąpił do PZPR. Do wielkiej polityki trafił w latach 90. poprzez Stowarzyszenie Ordynacka skupiające weteranów ZSP i SZSP, ludzi u schyłku PRL pragmatycznych, chcących dobrze żyć, kiedy większość ich rówieśników buntowała się przeciw autorytarnemu państwu Jaruzelskiego.
Zasłynął jako sekretarz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w czasach dominacji SLD. W roku 2016 został przewodniczącym Sojuszu Lewicy, wypychając z niej historycznych przywódców typu Leszka Millera. Potem zmienił postkomunistyczną partię w Nową Lewicę. Na jej szczytach jest dziś chyba jedynym mastodontem kojarzącym się z czasami PRL.
Pełne zgrozy deklaracje, sporo ich także w necie, że oto komunista czy postkomunista zostanie drugą osobą w państwie, rozumiem, acz zarazem brzmią dla mnie przesadnie. Przecież przeżyliśmy czasy, kiedy te funkcje sprawowali w wolnej Polsce tacy politycy jak Józef Oleksy czy Włodzimierz Cimoszewicz. To tylko ich powrót. Można oczywiście wyrzucać Donaldowi Tuskowi, dawnemu anty-PRL-owskiemu opozycjoniście, że do takiego powrotu dopuścił czy doprowadził. Ale to też nic nowego. Są koalicjantami od lat.
Padły też przypomnienia afery Rywina. Czarzasty został w raportach Jana Rokity i Zbigniewa Ziobry opisany jako członek grupy trzymającej władzy, tej która próbowała wycisnąć łapówkę z Agory. Jako sekretarz Krajowej Rady Radiofonii wręcz ostentacyjnie korzystał ze swojej władzy manipulowania mediami.
Z jednej stronie jego awans w czasie, kiedy Ziobro jest zagrożony aresztowaniem, to czytelny symbol. Nic ci nie zaszkodzi, kiedy jesteś elementem establishmentu. A Czarzasty nim jest, jako bogaty wydawca i znajomy wpływowych ludzi.
Z drugiej strony o jego przeszłości w roli jednego z bohaterów afery Rywina przypomniał zwykle mało pryncypialny w takich debatach były prezydent Bronisław Komorowski. Zapewne pod wpływem swojego dawnego współpracownika Tomasza Nałęcza, wtedy tropiącego aferę jako przewodniczący sejmowej komisji śledczej. Choć prof. Nałęcz popiera obecną koalicję, wydał niedawno książkę przypominającą aferę Rywina. Dla niego kariera Czarzastego jest wciąż problemem.
Zauważmy, że polityk uzyskał zapomnienie swojej roli bardzo łatwo. Po części dlatego, że pamięć politycznej publiczności w Polsce jest zawsze krótka. A po części dzięki własnemu zręcznemu zachowaniu. Przed sejmową komisją Nałęcza Czarzasty był uosobieniem buty, arogancji powracających dawnych panów Polski. Kiedy wracał do polityki po latach, był wręcz ostentacyjnie miły dla wszystkich. Sam tego zaznałem jako dziennikarz.
Nawet prawica z paroma dawnymi funkcjonariuszami PRL na pokładzie właściwie go nie nękała. Inna bohaterka afery Rywina Aleksandra Jakubowska została prawicową dziennikarką i wszyscy po prawej stronie jej wybaczyli. Oczywiście kariera lidera partii to trochę co innego. Ale dla PiS głównym wrogiem był zawsze Tusk z jego Koalicją Obywatelską. Jego sojusznicy zwykle byli traktowani bardziej wstrzemięźliwie, w złudnej nadziei, że kiedyś Tuska zdradzą, choćby w pojedynczym głosowaniu.
Nie zdradzili, a na dokładkę jako koalicjant Tuska Czarzasty wrócił trochę do swoich dawnych manier. Poczułem to, kiedy arogancko odmawiał wypowiedzi prawicowym dziennikarzom. Tusk mu imponuje, próbuje go naśladować, opisał to w swojej książce Kamil Dziubka. Eliminował swoich oponentów z Nowej Lewicy, wzorując się na bezwzględności lidera PO, teraz KO.
Jednak zły morał
Nie ma więc żadnego problemu? Jednak jest. Nie tylko dlatego, że taki awans bohatera afery Rywina to zły morał dla życia publicznego. Także dlatego, że Czarzastemu nie wystarczy wątpliwa przeszłość. Z upodobaniem wybiela czasy PRL-u łącznie z początkiem tamtego systemu, wychwalając nawet wyzwolicielską Armię Czerwoną.
Z Robertem Mazurkiem wdał się w Kanale Zero w absurdalną dyskusję, czy w Polsce mieliśmy w ogóle komunizm. Wzorem dawnych prominentów SLD ogłasza, że go tak naprawdę nie było. To zwykłe pudrowanie odrażającego trupa.
Przecież nie chodzi o utopię bezklasowego społeczeństwa zapowiadaną przez Marksa. Ona rzeczywiście nigdy nie nastała. "Komunizm" to był dla Polaków totalitarny, potem autorytarny system władzy, wciąż wracający do ideologicznych, choć potem także do geopolitycznych uzasadnień. Ludzie, którzy go podtrzymywali, byli dla reszty Polaków "komunistami", choć nie było w nich na ogół, zwłaszcza pod koniec PRL, ani grama ideowości.
Dla Czarzastego generał Jaruzelski pacyfikujący przemocą Solidarność to bohater. Pułkownik Kukliński, ostrzegający Amerykanów przed stanem wojennym, to zdrajca. W tym sensie Czarzasty wskrzesza dziś, powtórzmy, za cichą zgodą Tuska, wielką kampanię relatywizacji ocen kilkudziesięciu lat przemocy i zbrodni. Ma to większe znaczenie niż zrobienie Marka Siwca, jednej z gwiazd postkomunizmu lat 90., szefem sejmowej kancelarii. Ale też układa się w logiczną całość.
Posłanka Anna Maria Żukowska, pierwsza przyboczna Czarzastego, wyprowadza tradycję ich lewicy z rewolucji październikowej. Tacy to są socjaldemokraci. Czy Lenin też nie był komunistą? Pytanie, na ile będzie to miało wpływ na historyczną świadomość pokoleń, które Polski Ludowej nie pamiętają. Pokładam pewną nadzieję w przekorze młodych ludzi, ale sporo spustoszeń już zostało poczynionych. Wystarczy zerknąć choćby na polskie kino.
Cała koalicja się na to zgodziła, łącznie z Szymonem Hołownią pozującym na złotoustego moralistę. Jest coś jeszcze. Czarzasty w swoich kolorowych sweterkach z cynicznymi minami jest w specyficzny sposób konsekwentny. Jego Lewica poza paroma postulatami obyczajowymi i światopoglądowymi jest w zasadzie lewicą bezobjawową.
Jakieś zaczątki własnej socjalnej agendy w dużej mierze odpłynęły od niej wraz z Partią Razem Adriana Zandberga. Ci, co zostali, to kandydaci do wchłonięcia przez jeszcze bardziej programowo obrotową Koalicję Obywatelską. Zaangażowani głównie w kolejne anty-PiS-owskie nagonki na równi z ludźmi Tuska. Toporny propagandzista Tomasz Trela jest w tym równie gorliwy jak Witold Zembaczyński z KO.
Czarzasty kupował sobie poparcie reszty koalicji, aby zostać marszałkiem między innymi godząc się na skasowanie limitu kadencji władz samorządowych. Targował się w ten sposób z PSL-em. Przyszło mu to tak samo łatwo jak przyłączenie się do systemu przemocy w stanie wojennym. Jest bystry, ale nie widzę tego bynajmniej jako okoliczności łagodzącej. Dziś to typowy lider formacji "po nic". To znaczy po coś, po to, aby paru działaczy miało jak najdłużej zatrudnienie.
Piotr Zaremba















