Prezydent Karol Nawrocki ułaskawił gniazdowego z legijnej Żylety, czyli słynnego "Starucha". Dla niewtajemniczonych kilka szybkich acz koniecznych wyjaśnień. Po pierwsze "Staruch" wcale nie jest stary - to rówieśnik polskiego prezydenta (rocznik 1983), a ksywka wzięła się od nazwiska. Zresztą już nieaktualnego, bo główny dyrygent dopingu na meczach Legii (tym właśnie zajmuje się gniazdowy) dawno temu przyjął oficjalnie nazwisko od swojej życiowej partnerki. Też aktywnej na Żylecie kibicki.
Jeśli zaś - jakimś cudem - znajdzie się wśród czytelników tego tekstu ktoś nieświadomy, czym jest legendarna Żyleta, to warto, by wybrał się w rozpoczętym właśnie sezonie Ekstraklasy na stadion przy Łazienkowskiej Warszawie. I sam posłuchał "Snu o Warszawie" śpiewanego przez 30 tysięcy gardeł.
Trener Legii Marek Papszun trafił niedawno w sedno, mówiąc, że chciałby, żeby jego piłkarze grali choćby po części tak, jak kibice z Żylety dopingują. Daj Boże! Bo cała robiona przez Żyletę oprawa meczowa, zawsze dowcipna i niepokorna, przyśpiewki oraz atmosfera - to jest, proszę Państwa, absolutna europejska kibicowska szpica. I szczerze mówiąc, wątpię, czy kiedykolwiek jakakolwiek polska drużyna dorówna na boisku temu poziomowi, który od lat trzymają na trybunach "Staruch" i pozostali "nieznani sprawcy".
Kibol broni kibola?
Wróćmy jednak do ułaskawienia "Starucha", którego ośmielił się udzielić prezydent Nawrocki. Czołówka liberalnych polityków oraz mediów natychmiast przystąpiła do rytualnego tańca oburzańca o tym, że "kibol broni kibola".
Założę się jednak, że ogromna większość z nich nie bardzo nawet wiedziała, czego to ułaskawienie dotyczyło. Powtarzając przekaz dnia, łudzili się pewnie, że chodzi o jakiś rozbój. No, ewentualnie uporczywe naruszanie ciszy nocnej.
Tymczasem prezydent ułaskawił "Starucha" od dość kuriozalnej decyzji sądu o… dwuletnim zakazie wstępu na mecze. Powodem tegoż było zaś ciężkie przestępstwo "siedzenia na płocie" stadionu w Lublinie, skąd "Staruch" dopuszczał się oburzającej czynności kierowania dopingiem kibiców Legii podczas wyjazdu z Motorem.
Nasza Temida uznała ten fakt za przebywanie w miejscu nieprzeznaczonym dla publiczności. Zaś kuriozum polegało na tym, że "Staruch" miał specjalną zgodę organizatora na przebywaniu poza sektorem kibiców gości. Sąd uznał jednak, że płotu ona nie dotyczy.
Przyznacie, doprawdy, że ciężkie to były zbrodnie, wobec których sądy Rzeczypospolitej absolutnie obojętnie przejść nie mogły!
Donald Tusk przegra tę wojnę
Szczerze mówiąc, własnym oczom nie wierzę, gdy kolejni ważni politycy obozu rządzącego oraz ich zaprzyjaźnione media brną dalej w śmieszność, pomstując na "kibolskie powiązania" głowy polskiego państwa. Można nawet powiedzieć, że Tusk i jego ekipa postradali zmysły. Na wojnie z kibicami byli już przynajmniej dwa razy. I dwa razy ją sromotnie przegrali. A teraz przegrają po raz trzeci, bo opierają się na pewnej błędnej kalkulacji, która - do dodatek - z biegiem lat staje się coraz bardziej błędna.
Gdy za swoich pierwszych rządów Donald Tusk wypowiadał swoją słynną wojnę "stadionowemu chuligaństwu", był przekonany że wygra w cuglach. Jego kalkulacja była prosta. Uruchomić pokłady strachu po stronie milczącej większości normalsów karmionych w latach 90. obrazkami "kibicowskiej dziczy". Do tego raz po raz próbowano doklejać historie o strukturalnych powiązaniach świata kibicowskiego ze zorganizowaną przestępczością.
Był to typowy Tusk działający wedle zasady "dziel i rządź" - poszukujący łatwego przeciwnika, wobec którego pokaże swoją sprawczość. Zwłaszcza w kontekście nadchodzącego polskiego Euro 2012.
Tylko że Tusk tamto starcie przegrał. Nie docenił przeciwnika. Nie rozumiał, że polscy kibice są doskonale zorganizowani oddolnie i że nie da się ich ponapuszczać jednych na drugich. W odpowiedzi dostał więc prosto w nos hasłem "Donald matole, twój rząd obalą kibole". I doprowadził do czasowego zakopania topora wojennego pomiędzy prawicowymi szeryfami z PiS-u a zorganizowanym światem kibicowskim. W myśl zasady: "każdy, byle nie z Platformy".
Niepomni tamtego Waterloo Tuskowcy postanowili pójść w straszenie "kibolem Nawrockim" w wyborach roku 2025. Kibicowanie inne niż przed telewizorem lub na trybunie VIP znów zaczęło być w politycznym przekazanie obozu liberalnego klejone z przemocą, mizoginią, brakiem ogłady i generalnie czarnym podniebieniem.
Wyszedł z tego autentyczny klasizm i wielka manifestacja pogardy, którą fajna uśmiechnięta Polska żywi wobec wszystkiego, co nie chce jej się kłaniać w pas. Co pozwoliło wielu ludziom zidentyfikować się raczej z Nawrockim niż z "paniczykiem" Trzaskowskim.
I znów stała za tym fundamentalnie błędna ocena rzeczywistości. A zwłaszcza tego, jak większość społeczeństwa postrzega dziś piłkarskich kibiców. A postrzega ich dziś zupełnie inaczej niż w latach 90., gdy matki żegnały swoje idące na mecz dzieci znakiem krzyża.
Świat kibiców w centrum polityki
Kibicowski świat jest dziś o niebo lepiej zorganizowany i posiada żelazne procedury pokojowego współistnienia oraz komunikacji z tzw. normalsami. Kibole zyskali też rozumiejących ich argumenty sojuszników w ważnych miejscach establishmentu.
Prezydent Nawrocki ze swoją kibicowską przeszłością jest raczej zwieńczeniem tego procesu niż zjawiskiem zupełnie nowym. W tej sytuacji coraz trudniej będzie Tuskowi i jego następcom nakręcać kolejne fale moralnego oburzenia wobec kibiców. To znaczy mogą to robić, ale efekt będzie w najlepszym razie żenujący.
Oczywiście niechęć środowisk liberalnych do kibiców pozostaje realny. Polscy kibice poglądy mają - co do zasady - uparcie nieuśmiechnięte.
"Podoba ci się jakaś partia?" - pytali w czasie pierwszej wojny Tuska z kibicami dziennikarze Paweł Reszka i Michał Majewski wspomnianą już dziewczynę "Starucha". W odpowiedzi usłyszeli:
"Czyli jesteście prawicowi?" - dopytywali dziennikarze. "Tak. Jesteśmy prawicowi i patriotyczni. Obchodzimy rocznice Powstania Warszawskiego, 11 listopada. Żołnierze wyklęci, AK - o tym się u nas w domu często mówiło. Chcę, żeby nasze dzieci za kilka lat wiedziały, że Polacy walczyli, by im się dobrze żyło i żeby im się w ogóle żyło".
15 lat później taka rozmowa mogłaby wyglądać bardzo podobnie. Kibicowski świat pozostaje solą w oku polskich elit liberalnych i lewicowych. Również dlatego, że kibice nie zamierzają się do fajnej i uśmiechniętej Polski dopasowywać. Przeciwnie. Są raczej przekonani, że w tematach takich jak historia, Rosja, Ukraina czy migracja ostatecznie wyszło na ich. Bo dziś hasła, które kiedyś wisieć mogły tylko na stadionowych płotach, weszły wysoko na agendę polityków. Nie tylko prawicowych.
Rafał Woś

















