Karol Nawrocki rozpycha się do granic konstytucji, ale jej nie łamie
W wojnie o sędziów ma nie tylko poświadczone dawnymi wyrokami kompetencje. Ma także rację. A w przypadku sporu o służby?

- Chodzi o osoby kwestionujące ustrój Rzeczypospolitej, ustawy przyjmowane przez parlament i podpisywane przez prezydenta, status innych sędziów powołanych zgodnie z prawem oraz legalność izb Sądu Najwyższego - tak scharakteryzował grupę, której prezydent Karol Nawrocki odmawia sędziowskich awansów, szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki. Sam Nawrocki opowiadał o sędziach, którzy "ulegają złym podszeptom ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka".
Nowy prezydent zapowiedział podobne decyzje już w swoim orędziu podczas zaprzysiężenia. Rzecznik Adam Szłapka mówi o uzurpowaniu sobie przez niego nienależnych uprawnień. Minister Żurek porównuje go do francuskiego "Króla Słońce", czyli Ludwika XIV ogłaszającego: "państwo to ja".
Prezydent ma prawo
Musi chodzić o sędziów rekomendowanych prezydentowi przez obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie znamy na razie nazwisk ani zarzutów, ale przecież ta KRS nie jest uznawana przez ekipę Tuska. Sam Żurek ten zabawny paradoks nawet zauważył.
Nie może jednak temu ruchowi przyklasnąć zważywszy na uzasadnienie. "Ofiarą" padają zapewne sędziowie odmawiający swoim kolegom legalnego statusu. M.in. w ramach tego nieuznawania nakazywano powtórzenie procesów ludzi oskarżonych o morderstwo. Wystarczyło, że orzekał "neosędzia", a więc człowiek zawdzięczający awans rekomendacji właśnie obecnej, podobno nielegalnie wybranej, KRS.
Nawrocki staje w poprzek tym praktykom. Zapowiada, że będzie tak postępował przez następne pięć lat. Możliwe więc, że rozpolitykowani sojusznicy Żurka w sędziowskich togach zastanowią się dwa razy, nim zajmą się walką ze swoimi kolegami, bo nie będą awansować. I Andrzej Duda i teraz Nawrocki stawali w obronie "neosędziów" podkreślając, że są oni mianowani przez prezydenta, a jego decyzji nie można podważać. I faktycznie Trybunał Konstytucyjny, bynajmniej nie ten obecny, "pisowski", orzekł w roku 2012, że te nominacje to jego osobista prerogatywa, więc nie podlegająca kontroli sądowej.
To tyleż głos w sprawie legalności statusu "neosędziów", co w sprawie obecnej decyzji Nawrockiego. Prawnicy bliscy koalicji, w tym Żurek, odmawiają prezydentowi prawa odmowy nominacji. Wniosek KRS ma być dla niego wiążący. Jednak gdyby tak miało być, zapisano by tę zasadę w konstytucji.
Taka odmowa nie jest niczym nowym. Lech Kaczyński odmówił mianowania dziewięciorga sędziów podsuwanych mu przez KRS, a Andrzej Duda - 10. Za każdym razem Naczelny Sąd Administracyjny i Trybunał Konstytucyjny uznawały się za niezdolne do podważenia takiej decyzji.
W tym przypadku szokuje co najwyżej masowość tej odmowy. Świadcząca skądinąd o tym, że obecna KRS, przedstawiana przez rządową propagandę jako pisowskie narzędzie, mechanicznie zgłaszała do awansu sędziów z drugiej antypisowskiej strony. Bo przecież ten podział istnieje. A Tusk i Żurek go podsycili wypowiadając "neosędziom", a więc ludziom przyjmującym awans od legalnej władzy, absurdalną wojnę.
Z jednej strony był to personalny odwet, wychodzący naprzeciw najbardziej rozemocjonowanym sędziom, którzy zmiany dokonane przez PiS w sądownictwie traktowali jako zamach na swoją korporacyjną pozycję. Ale z drugiej, próba co najmniej zmarginalizowania "neosędziów" to droga do podporządkowania sądów jednej opcji, w sytuacji, gdy próbuje się ich używać do walki z opozycją. Zmiana dokonywana jest pod szyldem "odpolitycznienia", choć w istocie to recepta na ostateczne upolitycznienie.
PiS próbował uzyskać jakiś wpływ na wymiar sprawiedliwości, po to przekazano wybór KRS parlamentowi. Ale pomysły na czystkę personalną w sądach, zgłaszane przez Zbigniewa Ziobrę, nie zostały nigdy zrealizowane. Teraz próbuje jej dokonać Żurek.
Czystka by się powiodła, gdyby KO zdobyła pałac prezydencki. Nawrocki jest w stanie ją w części zablokować. Zarazem zaś "neosędziom" funduje się spektakl publicznego upokorzenia. Jeśli za dwa lata wygra prawica, z kolei ona będzie próbowała rozliczać obecną władzę, tak jak teraz ściga się Ziobrę. Gdy poszuka potwierdzenia oskarżeń w sądach, znajdzie życzliwych w gronie tych, którzy dziś są sędziami "drugiej kategorii". Możliwe, że to oni będą sądzić Żurka.
Oczywiście ten spór ma jeszcze inny wymiar. Nie da się ukryć, że Nawrocki bardziej śmiało niż Duda rozpycha swoje kompetencje. Prawa w moim przekonaniu nie łamie, ale dochodzi do granic tego, co mu przyznano w konstytucji.
Nawrocki nie jest bezbronny
Tuż przed wojną o sędziów, mieliśmy inny spór - o relacje między głową państwa i służbami specjalnymi. Tak naprawdę wbrew temu co głosił Tusk, prezydent ma ustawowe gwarancje uzyskiwania informacji od tych służb. Czy jednak oznacza to prawo do spotykania się z ich szefami, konsultacji czy oceniania ich pracy, niejako poza rządem? Czy to nie jest żądanie dodatkowej kontroli nad nimi? Jak wcześniej nad ministrami, kiedy na posiedzeniu Rady Gabinetowej domagał się od nich pisemnych wyjaśnień.
Tusk uznał, że należy to zablokować. Nawrocki na odmowę spotkań z szefami służb odpowiedział blokadą nominacji na pierwsze stopnie oficerskie w tych służbach. I znów pytanie, czy powinien ich dokonywać mechanicznie, bo tak chce rząd. Przy okazji prezydent zaatakował wysokich funkcjonariuszy służb jako dawnych współtwórców resetu z Rosją, posuniętego aż do wspólnych biesiad z oficjelami z FSB i do formalnej umowy o współpracy z Rosjanami.
Tyle że każda kolejna ekipa obsadzała te służby zaufanymi ludźmi. Pytanie, do czego miałaby prowadzić ingerencja prezydenta w ich działalność. Jakie są jej granice?
To pytanie padało w wielu państwach o ustroju parlamentarnym. Prezydenci mają w nich często uprawnienia, które uznaje się za bardziej ceremonialne niż rzeczywiste. Np. w niemieckiej doktrynie prezydent jest kimś w rodzaju notariusza poświadczającego tylko formalnie rządowe decyzje.
Ale w Niemczech prezydent jest wybierany przez parlament. Polska głowa państwa ma mandat z wyborów przez naród, stąd jego pretensje do wtrącania się w różne segmenty państwa. Jak dalece uzasadnione? To się zawsze będzie ucierało pomiędzy zapisami konstytucji i praktyką, która może się zmieniać.
W przypadku rozgrywki o sądownictwo prezydent używa swoich najszerzej interpretowanych kompetencji w walce z jego totalnym upolitycznieniem w jednym kierunku. Owszem głowa państwa zablokowała kariery 46 prawników, ale jak zauważył Bogucki, nie wypchnęła ich z zawodu. A taką eliminację lub przynajmniej cofnięcie w karierze proponuje innym sędziom Żurek z poparciem Tuska.
Możliwe, że afera dotycząca służb wybuchła trochę przypadkiem. Możliwe, że początkowo Nawrocki chciał nawet uzyskać jedno: certyfikat dostępu do informacji niejawnych dla szefa BBN Sławomira Cenckiewicza. Skądinąd to Tusk zadbał aby maksymalnie nagłośnić awanturę, zgodnie ze swą taktyką rządzenia poprzez polityczne bitki. Teraz próbuje ciągnąć tę metodę przy okazji wojny o sędziów. "'Żeby nie było niczego' - czyli doktryna Kononowicza w Pałacu Prezydenckim" - czytamy w jego wpisie.
Prezydent ma być przedstawiany jako wielki hamulcowy, destruktor państwa. Zarazem Nawrocki nie jest w tym starciu bezbronny. Na razie to głowa państwa jest na czele rankingów zaufania, możliwe że jego racje pracują na rzecz prawicy w wyborach parlamentarnych. Choć może przegrzać. Pytanie, czy z kolei Tusk nie pójdzie dalej w osłanianiu swojej władzy nagą siłą.
Piotr Zaremba
















