Kaczyński źle definiuje wrogów Polski
Na prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu ostatnio urosło zbyt wielu konkurentów. Prezes PiS rozpoczął ofensywę medialną. Ale do walki używa jednak pradawnego oprogramowania. Nie zauważa, kto i co w 2025 realnie zagraża polskiej suwerenności.

Strachy na Lachy
W ostatnich dniach Jarosław Kaczyński dziarsko podjął ofensywę komunikacyjną. Rzeszów, Kraków… Jeździ po kraju i opowiada o tym, co nam grozi. Co dziwne, politykowi w gruncie rzeczy wcale nie chodzi o rosyjskie prowokacje z ostatnich dni.
Można odnieść wrażenie, że retoryczne szarże Kaczyńskiego to w mniejszym stopniu reakcja na atak rosyjskich dronów. A w większym próba przejęcia inicjatywy na prawicy. Obecnie, przy wszystkich różnicach, prezesa PiS - szczególnie w mediach społecznościowych - ewidentnie przesłaniają postacie Karola Nawrockiego, Sławomira Mentzena czy Grzegorza Brauna.
W tej sytuacji prezes PiS obficie rozsiewa "strachy na Lachy", wedle znanych mu szablonów. Na pierwszym miejscu znalazła się zatem obrona suwerenności. Sugeruje zatem, że rzekomo spontaniczne "patrole" bronią jej lepiej niż regularne służby mundurowe. Publicznie zastanawia się, czy Polska jest jeszcze suwerennym krajem. Straszy zmianami w Unii Europejskiej na niekorzyść naszego kraju. Ostatecznie okazuje się, że - wedle tej wizji - zagrożenie dla Polski jest większe na Zachodzie niż na Wschodzie. A dokładniej na Zachodzie Europy, bo USA za daleko i za oceanem.
Bez aktualizacji
Tak się składa, że napisałem ostatnio kawał książki dokładnie na ten temat ("Strach o suwerenność") i mogę ze spokojem napisać, że to są kompletne bzdury. Co więcej, przesłanie kierowane jest do własnych wyborców - i to ich wprowadza ten polityk w błąd co do zagrożeń. Przeciwnicy PiS przecież i tak nie będą tego słuchać. Wydaje się jednak, że poza uderzaniem w struny, które rezonują w polskich duszach, Jarosław Kaczyński coraz bardziej jawi się jako człowiek o dramatycznie niezaktualizowanym oprogramowaniu politycznym.
O USA w 2025 roku mówi, że "Stany Zjednoczone to jest trudny sojusznik, ale bardzo potężny". Dodaje także, iż to "jedyny gwarant bezpieczeństwa militarnego Polski". Wszystko to jest prawda, ale na papierze. W styczniu 2025 roku w Białym Domu zasiada polityk, który w swoim życiu ostro atakował publicznie nie tylko Unię Europejską, ale także NATO. Nie są to nowości. W trakcie pierwszej prezydentury Trump poddawał w wątpliwość działanie art. 5 NATO, ale także debatował z doradcami nad scenariuszem wyjścia z NATO. Czy była to tylko taka paplanina czy nie, ma mniejsze znaczenie niż wnioski, które z wygadywania głupot wyciągają przeciwnicy Polski. Otóż prezydent Putin wyraźnie uznaje, że NATO nie jest tym samym, co dawniej.
Rozzuchwalenie Rosji
Codziennie rosyjska armia narusza i testuje przestrzeń Sojuszu - w Polsce, Rumunii, teraz w Estonii - czego wcześniej nie było. Chronologicznie dzieje się to po Szczycie Trump - Putin na Alasce. Pośrednim efektem spotkania było zwiększenie ataków na Ukrainę. W Kijowie zniszczono budynki europejskich instytucji. Wreszcie nastąpiła wspominana seria prowokacji na obszarze NATO. I co się dzieje w Waszyngtonie Trumpa? Nic. To prezydent USA - a nie sojusznicy z Europy - snuje rozważania na temat tego, czy atak na Polskę był "przypadkiem", czy nie. Werbalne pohukiwania Trumpa wobec Rosji są żałosne. Gołym okiem widać, że Kreml nic sobie z nich nie robi. Właśnie dlatego w Europie trwa gorączkowe szukanie rozwiązań na wypadek, gdyby USA jednak militarnie nas zawiodły. Ostatecznie Ameryka ma długą listę wiernych sojuszników na świecie, których w XX wieku lekką ręką porzuciła, by wspomnieć przykład Wietnamu Południowego czy Afganistanu.
W tym czasie Jarosław Kaczyński straszy nas Francją i Niemcami, które ledwo zipią. Paryż ma GIGANTYCZNY dług państwowy, co fundamentalnie ogranicza możliwości praktycznego działania międzynarodowego. Brakuje innowacji, nowych technologii militarnych, ale także woli politycznej do podejmowania śmielszych działań. Solidarnościowa wobec krajów Europy Wschodniej, w tym Polski, retoryka prezydenta Macrona jest wyjątkiem, a nie regułą. Tyle, że ten francuski polityk w kraju jest skrajnie niepopularny (77proc. ankietowanych wyraża dezaprobatę wobec jego działań). Co do aktywności i siły międzynarodowej, dość przypomnieć, że kończy się na słowach. Między innymi to rosyjskie trolle i oddziały wojskowe dosłownie przepędziły Francję z afrykańskich baz. Czad, Wybrzeże Kości Słoniowej, Senegal… Stała obecność w Afryce Zachodniej jest przeszłością. Oto fotografia z roku 2025.
Słabnący Berlin
Z kolei Niemcy od 1972 roku mają niż demograficzny. Były górki i dołki w skali dzietności, ale znów nasi sąsiedzi wymierają: urodzeń jest mniej niż zgonów. Widać to na ulicach niemieckich miast. Migracja netto częściowo zatyka lukę, ale, jak wiadomo, przynosi inne problemy. Berlin martwi się o tanie surowce i o spokój społeczny. Gospodarka pozostaje w stagnacji. Optymizmu brak. Sądząc po ciągłych sukcesach wyborczych AfD i zmianie retoryki CDU obecnego kanclerza Merza, coraz więcej Niemców dla świętego spokoju najchętniej zamknęłoby się za swoimi granicami. Berlin ostro pogrywa w sprawach biznesu, ale zwykle na tej planszy często się kończy. Można dyplomatycznie spierać się z Niemcami o reparacje, domagać się szacunku dla naszej przeszłości, jednak nie można nie zauważać, co poza tym dzieje się za Odrą.
Ogólna potrzeba świętego spokoju za wszelką cenę, strach przed wojną jądrową, prorosyjskie sympatie na prawicy i lewicy, spory o nielegalną imigrację, wreszcie radykalny pacyfizm - oto prądy, które rozlewają się po całych Niemczech. Nic dziwnego, że coraz więcej osób tylko marzy, aby zamknąć się za wysokim płotem na granicach. Ani Francja, ani Niemcy przy tym nie mają suwerenności cyfrowej. Na terytorium tego ostatniego kraju amerykanie niezmiennie utrzymują swoje wojska. A "big techy" zza oceanu wywierają tam naciski, które w zasadzie tylko Unia jako tako próbuje poskramiać.
Gdy słucham opowieści Jarosława Kaczyńskiego, że te kraje Europy Zachodniej nam zagrażają - i to egzystencjalnie - myślę, że to jest co najmniej dowodem złej woli wobec własnych wyborców. A może, kto wie, zwykłego niedouczenia, na które w 2025 Polska nie może sobie pozwolić. Oczywiście, że te kraje europejskie w jednych sprawach z nami konkurują, bo chcą więcej zarobić. Ale w innych współpracują. Nie ma powodu, aby w tej pokojowej rywalizacji nasz kraj nie wygrywał. Opowiadanie jednak o egzystencjalnym zagrożeniu na Zachodzie Europy to dyrdymały. Wpatrywanie się wyłącznie w przeszłość oślepia. Czasem trzeba rozejrzeć się dokoła, by nie przeoczyć tego, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.












