Reklama

Reklama

Kaczyński ruszył w Polskę. Po co?

Czy dowodzenie, że PiS miał rację w relacjach Polski z Rosją, to dobra recepta na tak wcześnie rozpoczętą kampanię? Może się okazać, że to nie wystarczy.

Jarosław Kaczyński odszedł z rządu, żeby pilnować partii przed wyborami. I efekty widać. To obóz rządzący zabrał się za prowadzenie kampanii na wszystkich frontach. Jeździ po kraju w wielkie upały sam prezes, jeździ premier Morawiecki. Jeżdżą też zastępy polityków PiS - do swoich regionów. Ekipy regionalnych oddziałów TVP nie nadążają od kilku tygodni za obsługiwaniem tych wszystkich imprez i spotkań. A Wiadomości dają każdego dnia po kilka materiałów, gdzie cytuje się samego Kaczyńskiego występującego w tym czy innym mieście.

Homilie prezesa o bezpieczeństwie

Prezes uważa, że odpowiedzią na kłopoty władzy z inflacją, wojną i Unią Europejską powinna być ciężka praca partii rządzącej. Więc już powołał cały zastęp terenowych pełnomocników PiS, którymi zostali szeregowi działacze oraz 16 wojewódzkich opiekunów spośród czołowych polityków. Żadnych niespodzianek personalnych tu nie widać. Może poza potraktowaniem ministra edukacji Przemysława Czarnka jako jednego z opiekunów, co w teorii stawia go wśród pisowskich gwiazd. Szef resortu edukacji dostał Opolszczyznę, która jest bastionem polityków Solidarnej Polski.

Reklama

Warto się jednak wsłuchać w to, co mówi każdego dnia sam prezes Kaczyński. Bo ton tych kolejnych "homilii" jest wspólny. Lider PiS nie obiecuje nowych socjalnych transferów. Raczej broni tego, co już zrobiono. Przestrzegając, że dojście do władzy opozycji może oznaczać ich cofnięcie.

Zarazem najwięcej mówi o bezpieczeństwie kraju. Odnosi się do relacji polsko-rosyjskich. Tu podział jest według niego prosty. PiS zawsze wyczuwał zagrożenie ze strony Putina. Donald Tusk za to z Putinem flirtował (odprężenie z lat 2008-2010, poniekąd przerwane katastrofą smoleńską). A nawet, gdy już nie flirtował, wspierał politykę niemiecką. Niemcy są zaś głównym autorem totalnego otwarcia na Rosję, uzależnienia siebie i Europy od niemieckich surowców, złudzeń co do obłaskawienia Kremla, które pojawiają się nawet i teraz.

Oczywiście Kaczyński przedstawia skrajnie uproszczony kurs najnowszej historii Polski. Gazoport był na przykład wspólnym dziełem obu śmiertelnie zwaśnionych spraw. Jego budowę podjęła i dokończyła koalicja PO-PSL. Wizja Tuska jako konsekwentnego sojusznika Putina to bardziej propaganda niż rzetelny opis rzeczywistości.

Inna sprawa, że to poniekąd odpowiedź na kampanię drugiej strony, która wmawiała pośredni sojusz z Putinem polskiej prawicy - poprzez Orbana i zachodnich eurosceptyków. I mówiła o domniemanym podobieństwie pisowskich porządków do rosyjskiego autorytaryzmu.

Ile można o wojnie?

Można by powiedzieć, że obie strony uczyniły z wzajemnego pomawiania się o putinizm, proputinizm i kryptoputinizm karczemne widowisko, które trochę znieczuliło publiczność na tę tematykę. Nie zmienia to faktu, że w przesadnych oskarżeniach Kaczyńskiego jest zawiązek racjonalnego sporu - i to nie o zdarzenia sprzed lat, a o dzień dzisiejszy. Całkiem niedawno, kiedy prezydent Francji Macron, kanclerz Niemiec Scholz i premier Włoch Draghi pojechali do Kijowa, PO zgłaszała pretensję, że nie było z nimi polskiego prezydenta lub premiera.

Tyle że oni obaj byli tam wcześniej. Jest pytanie, czy i na ile powinniśmy szukać na siłę jedności z Francją czy Niemcami. I czy "roztopienie się w Unii", prowadzenie realnej wspólnej polityki zagranicznej, to dziś działanie przeciw Rosji. Czy przeciwnie, wzmacniałoby niemieckie i francuskie dążenia do ugłaskania potwora z Kremla. Jednym słowem, jaki sens ma wobec nowej sytuacji kurs na federalizację Unii. A przecież Tusk i opozycja opowiadają się za nim coraz wyraźniej.

Kaczyński takich wywodów na spotkaniach ze zwolennikami nie snuje. Są zbyt skomplikowane. W zasadzie jednak ma rację twierdząc, że PiS w ocenie Rosji na ogół się nie mylił. I nie myli do dziś.

Kłopotem jest co innego. Na ile da się przez ponad rok budować kampanii na samych tego typu konkluzjach i przestrogach. Opozycja narzeka na drożyznę i to jest konkret. Potrafi przebić PiS radykalizmem, choćby w krytyce banków. Że inflacja jest dziełem sytuacji międzynarodowej, to oczywiste. Ale wyborcy kierują się często odruchami, nie związkami przyczynowo-skutkowymi.

Na dokładkę wojna jako temat niestety się opatruje. Mobilizacyjnej pobudki starczyło na niewielki czas. Wojna, choć okrutna, ale rozwleczona w czasie, nie podnieca już społecznej wyobraźni. Opowieści Kaczyńskiego o "PiS, który zawsze miał rację" za pół roku może brzmieć dziwnie, wręcz egzotycznie.

Kłopoty z ideologią

We Włocławku Kaczyński poruszył też inny temat. Jego żart na temat ludzi, którzy chcą o 17:30 zmienić płeć, został już zakwalifikowany jako homofobiczny. Ja go tak nie odebrałem. To była raczej przestroga przed modami, także przed ludźmi, którzy ogłaszają swoją zmianę płciowej tożsamości. I potem, będąc facetami, żądają dostępu do damskich toalet czy szatni. Albo prawa do wygrywania w kobiecych zawodach. W Polsce to temat wciąż marginalny. Na Zachodzie - realne zjawisko społeczne.

Bez wątpienia PiS będzie się chciał przedstawiać jako obrońca "normalności" przed ideologicznymi szaleństwami. Jest tylko pytanie, czy Kaczyński powinien wrzucać ten temat w tonie pociesznej facecji. Bo on jest śmiertelnie poważny. Bo naprawdę kogoś, kto ma problem z własną płcią, może urazić. Bo wreszcie, uderza w zachodnią poprawność polityczną w momencie, kiedy przynajmniej część Zachodu, z Ameryką na czele, jest nam szczególnie potrzebna.

Dzisiejszy PiS jawi mi się generalnie jako formacja, która jest w stanie firmować rzecz najbardziej poważną i potrzebną obok własnego ideologicznego głupstwa. Do poważnych przedsięwzięć zaliczam ukończenie zapory na granicy z Białorusią. Jest rzeczą oczywistą, że imigranci byli tam używani przez Łukaszenkę do hybrydowego ataku na Polskę. Co więcej, Tusk zapowiadał, że taka zapora nie powstanie przez lata. Powstała w zapowiadanym terminie.

Do ideologicznych głupstw zaliczam licealny podręcznik do nowego przedmiotu historia i teraźniejszość, autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Jest mi przykro, bo profesora cenię i nie rozumiem, czym się kierował, pisząc coś tak metodologicznie nieporadnego - zbiór dygresji i dygresji do dygresji przedstawiany jako naukowy wywód. I tak bardzo odchodzącego od standardów obiektywizmu nauk historycznych. Miejsce na esej, na ostrą publicystykę w prawicowym duchu, na wyklinanie muzyki rockowej i liberalizmu, jest gdzie indziej. Na pewno nie w szkolnym podręczniku chwalonym przez ministra Czarnka.

Usłyszałem - nota bene - ciekawą interpretację, po co ten podręcznik powstał. Nie z myślą o młodzieży, której znaczącą część prawica straciła, a o starszych wyborcach, których ta kontrowersja mobilizuje po stronie konserwatywnych wartości. Tyle że to by oznaczało kompletny brak perspektywicznego myślenia o przyszłości. Bo to od tych młodych, prawda mniej licznych z powodu demografii, ale kiedyś jednak dominujących, będzie zależała przyszłość partii politycznych w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy